#7OPuo

Niedawno po wielu miesiącach smutku, płaczu i nieprzespanych nocy udałam się do psychiatry. Diagnoza: depresja. No cóż, przede mną miesiące leczenia. Przepisano mi leki, przy których muszę ograniczyć spożycie alkoholu, a najlepiej do zera. Dla mnie to nie problem, chcę w końcu wyzdrowieć i cieszyć się życiem. Problemem jest natomiast reakcja rodziny i znajomych. „Ale jak to depresja, przecież wszystko było okej”, „Każdy ma jakieś problemy, nie użalaj się tak nad sobą”, „Kilka piwek ci nie zaszkodzi, he, he...”. Oczywiście nie wszyscy, są i tacy, którzy mnie bardzo wspierają. Natomiast nikt mimo moich tłumaczeń nie jest w stanie zrozumieć, że alkohol mnie nie zabije, ale może pogorszyć mój stan psychiczny, a terapia nie przyniosłaby żadnych rezultatów. Boli mnie to, że nie chcą rozumieć. Co takiego jest w alkoholu, że już bez niego niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić spotkania, to nie wiem...

#1QNfE

Jestem studentem wynajmującym mieszkanie razem z dwójką kumpli. Nieskromnie powiem, że jestem jedyną osobą w tym domu, która ma ambicje i co najważniejsze – pracę. Dorabiam sobie jako grafik, dzięki czemu zawsze mam parę groszy na opłacenie czynszu i napełnienie żołądka jakąś strawą. Tymczasem tamci dwaj… Są wspaniałymi ludźmi, ale ich podejście do życia przypomina balansowanie na pograniczu menelstwa, żebractwa i radosnej wiary w łut szczęścia.

Ostatnio zajechałem sobie na stację benzynową, aby zatankować auto. Zalałem bak na bogato, za całe 100 zł i poszedłem zapłacić. Przy kasie wyjąłem z portfela banknot stuzłotowy i już chciałem odejść, gdy pani zawołała: „Halo, proszę pana! Żarty sobie pan robi?”. Babka wręczyła mi moje pieniądze, mówiąc, że ma zły dzień i absolutny brak ochoty na takie szczeniackie numery. I wtedy to zobaczyłem... Te dwa barany wyjęły z portfela moje jedyne 100 złotych, a następnie zastąpiły go wydrukowanym na uczelnianej drukarce banknotem o nominale (minus) 0 zł i podobizną Janusza Panasewicza, pod którego nieco zapitym obliczem znajdował się napis „Nie gniewaj się, królu złoty. Pożyczyliśmy, ale oddamy...”.

Najadłem się wstydu jak nigdy wcześniej, gdy mój tatko przyjechał na stację, aby uiścić rachunek za mnie. I jeszcze mnie zrugał przy naburmuszonej kasjerce, mówiąc: „Weź ty, synek, zrób coś wreszcie ze sobą. Miej jakieś ambicje, znajdź pracę...”.

#D41wi

Oddałem wszystkie pamiątki mojej matki na cele charytatywne, a czego oddać się nie dało, spaliłem w piecu na jej oczach. Matka po udarze jest przykuta do łóżka i nic nie może.
Dlaczego tak zrobiłem?
Bo byłem bity, zastraszany i we własnym domu nie miałem żadnych praw. Cokolwiek otrzymałem, było mi zabierane. Byłem bity za sam fakt, że moi rodzice musieli chodzić do pracy. Nie pili, ale bili ostro. Nieważne, co zrobiłem, a czego nie zrobiłem, obrywałem. Czasami, gdy mieli lepsze dni, dawali mi jakieś drobiazgi, w święta nowe ubrania – które po Wielkanocy wywalali przy mnie z szafy i oddawali kuzynowi, którego rodzice mieli bardzo dużo pieniędzy i który był ubrany znacznie lepiej niż ja. Czasami na osobności prosiłem ciocię, żeby mi je oddała, ale ona zawsze zdążyła je wyrzucić. Do następnego roku nic już nie pamiętała.

Mnóstwo ludzi ostatnio opisuje swoje „przeboje” z dzieciństwa, podobne do moich. Ja niemal uciekłem z domu, poszedłem do pracy, sam się utrzymywałem, aż pewnego dnia matka zadzwoniła, że ojciec miał wylew – ratuj, kochane dziecko! Kochane dziecko odpłaciło im tym samym, co oni dali mi. Gdy szanowna mama płakała po śmierci tatuńcia, celowo rozdawałem pamiątki po nim i paliłem zdjęcia m.in. z ich ślubu. Pytała, dlaczego jestem taki zły, oni mi tyle życia dali, poświęcili... Wypomniałem jej wszystko. Udawała, że nie pamięta. Skąd wiem, że udawała? Bo gdy wspominałem odebrane mi pluszaki, zabawki, ulubione rzeczy, za każdym razem tłumaczyła ze szczegółami okoliczności, dlaczego je oddała...

#bttaN

Przewijają się od czasu do czasu historie o tym, że dzieci w przedszkolu nie przyszły na urodziny nielubianej/go koleżanki/kolegi. Mnie to się też zdarzyło niedawno, ale w starszym wieku.

Jestem studentką pierwszego roku i zdążyłam się zakumplować z paroma osobami. Zbliżały się moje urodziny, postanowiłam urządzić małe przyjęcie. Nie w klubie, bo za drogo (utrzymuję się w głównej mierze sama), nie w mieszkaniu, bo nie ma miejsca, tylko w pizzerii. Znalazłam blisko centrum, niedrogą i utrzymaną w fajnym klimacie, zarezerwowałam wstępnie na 10 osób. Niecałe 3 tygodnie wcześniej rozesłałam zaproszenia (taki mamy zwyczaj, że tworzymy wydarzenie na fb i tak zapraszamy, więc nie było to obrazą), zapisało się 8 osób. Super, nic, tylko czekać. Dodatkowa radość, że ostatnie takie przyjęcie miałam może w 4 klasie podstawówki, potem już tak zepsuły się stosunki z klasą, że nie miałabym kogo zaprosić, w liceum jakoś ten zwyczaj zamarł.

Nadchodzi dzień zero, piątek, mieliśmy iść tam bezpośrednio po zajęciach. Przypominam każdemu, że spotykamy się w tym a tym miejscu i potem jedziemy razem, bo łatwiej. I co słyszę? Ten wraca już do domu, tamten ma coś do zrobienia, ta nie jest głodna (sic!), a tamtej się nie chce. Tylko jedna, normalnie szara myszka powiedziała, że chętnie ze mną pójdzie, widać było, że chciała im dojechać, ale nie miała odwagi.

Nigdy wcześniej nie było mi tak przykro. Na pizzę nie poszłyśmy, ale do kawiarni, obu nam odszedł apetyt w jednej chwili. Chyba najsmutniejsze urodziny życia.

#sOWer

Ostatnio byłem na obozie pływackim. Hotel, w którym mieszkaliśmy, miał windę.
Wracałem z kolegami z obiadu. Byliśmy bardzo nażarci i nie za bardzo nam się chciało wchodzić po schodach, więc wjechaliśmy windą na nasze piętro, a potem... wcisnęliśmy wszystkie guziki – no taki kiepski żart. Wychodzimy z windy na naszym piętrze, a tam stoi gość z ręcznikami, widocznie musiał jechać do pralni na samym dole. Usłyszałem tylko soczyste „O ku**a...” i się zmyłem.

Jeśli jakimś cudem czyta to ten pan z obsługi hotelowej, to najmocniej przepraszam!

#rpAtG

Lat temu naście odkryłam Internety i onetowskie blogaski (które to Onet pierw przeniósł na WordPress, a potem i tak wszystkie usunął jakoś w 2017 (?)). Tam też stawiałam pierwsze kroki w pisaniu opowiadań, fanfiction, czy czasami trywialnego pamiętniczka dziewczynki. Niestety, bliskie rodzeństwo miało dostęp do moich haseł, więc co chwila były na bloga włamy, zmienianie treści i wyśmiewanie mnie. Wszystko skasowałam i na jakiś czas zapomniałam.
Niestety, brak pisania mi bardzo przeszkadzał. Założyłam więc w tajemnicy nowy e-mail niezwiązany z moim imieniem czy zainteresowaniami i nowego bloga. Było to opowiadanie pisane w pierwszej osobie, nie wstawiałam żadnych imion związanych z rodziną, czasami jednak przytaczałam jakieś sytuacje ze szkoły czy domu, ale bez szczegółów. Obok tekstu była ramka z opisem, że zbieżności są przypadkowe, a akcja zmyślona.
O blogu powiedziałam jedynie przyjaciółce. Któregoś razu na naszej-klasie skomentowała moje zdjęcie jakimś dziwnym tekstem i przytoczyła tam mój pseudonim blogaskowy. I potem się zaczęło.

Nie mam pojęcia, kto wrzucił w Google tego nicka i jak się rozniosło, ale...
Rodzice zrobili mi awanturę o coś, czego nie zrobiłam, a na blogu zrobiła to główna bohaterka. Ile ja się nasłuchałam, jaki to im wstyd przynoszę, a w dodatku wujek Józek się z nich śmieje, bo to on im pokazał tę stronę.
Rodzeństwo obrażone – w jakiejś postaci dostrzegli podobieństwo do samych siebie i ich rzekomo obrażałam. Moje tłumaczenia i przeprosiny zdały się na nic. Jedna siostra po dziś dzień praktycznie się do mnie nie odzywa, jak nie musi, choć minęło tyle lat.

Choć blog został wtedy szybko skasowany, niesmak mam do dziś. Oglądałam czasami snapshoty z tego bloga na InternetWaybackMachine, ale nawet po tylu latach nie rozumiem, co zrobiłam nie tak, czy też gdzie opisałam kogoś tak, by go skojarzyć z moją siostrą.

Trochę żal mi straconych opowiadań, byłaby fajna pamiątka.
Dodaj anonimowe wyznanie