#uqVyx

W mojej szkole był organizowany konkurs piosenki zagranicznej, do którego z trudem się dostałam i miałam zagrać na gitarze. Byłam tak zestresowana, myślałam, że zaraz zwymiotuję lub dostanę biegunki. Weszłam na środek, sala gimnastyczna wypełniona po brzegi, ustawiam mikrofon na wysokości mojej pupy, by lepiej było słychać gitarę gdy usiądę, odwracam się, by usiąść... Z tego całego stresu pierdnęłam prosto w mikrofon...
Nawet dyrektorka się śmiała.

#5ah64

Poszliśmy ze znajomymi na mały koncert. Ot, takie brzdękolenie osiedlowej kapeli. Miła atmosfera, piwko, papieroski, kapela mega pozytywna - istna sielanka.

Po zakończonym koncercie wszyscy dzikie owacje, tylko kumpel siedzi z głupim uśmiechem na twarzy i nie klaszcze. Pytam więc:
- A ty co, bucu? Ubędzie ci?
- Już mi ubyło, kmiocie.

Kumpel jest bez ręki. Od urodzenia. Ja jestem bez mózgu. Też od urodzenia.
Dobrze, że obaj mamy wrodzone poczucie humoru :D

#A8aV9

Jako dziecko byłam dość pulchna, nic dziwnego, u nas to rodzinne. W gimnazjum ostro wzięłam się za siebie. Przeszłam na dietę i zaczęłam ostro ćwiczyć. W wieku 15 lat wyglądałam jak Chodakowska. Byłam ładna, nie raz oglądano się za mną na ulicy, uwielbiałam to. Z perspektywy czasu uważam, że nie byłam prowokująca. Ubierałam się w to co inni... Jeśli chodzi o makijaż, to używałam jedynie podkładu (żeby zamaskować trądzik) i tuszu do rzęs.

Pewnego jesieni stało się to. Pochodzę z małego miasta, aby wrócić na moje osiedle, trzeba było iść ścieżką rowerową, prowadzącą przez las, tam zaczaił się na mnie mój sąsiad i kolega ze szkoły. Zgwałcił mnie. Walczyłam, jednak on był silniejszy. Cały czas krzyczał, że skoro się tak wylaszczyłam, to znaczy, że tego chcę, a skoro chcę, to on skorzysta. Twierdził, że ta cała moja przemiana była dla niego.

Po wszystkim zostawił mnie pobitą w krzakach. Możliwe, że straciłam wtedy przytomność. Odnalazłam swój plecak, zadzwoniłam po mamę, przyjechała, zabrała mnie na pogotowie, tam też powiadomiono policję. Natychmiast go zgarnęli, twierdził, że sama go zaprosiłam, jednak obdukcja temu przeczyła.

Po dwóch tygodniach wróciłam do szkoły i, dopiero tam zaczął się mój koszmar. Wyzywali mnie od szmat, oskarżali o bycie dziwką, o prowokowanie, o to, że koledze z podwórka zmarnuję życie. Takie teksty leciały również od nauczycieli. Na osiedlu było jeszcze gorzej, gdy zmuszałam się by wyjść do spożywczaka, wciąż słyszałam szepty. Dzięki siostrze dochodziły do mnie wszystkie plotki, które rozsiewała rodzina mojego oprawcy. Pewnego dnia osiedlowy pijaczek złapał mnie za rękę i powiedział: "Słyszałem, że dajesz dupy za darmo". Bałam się. Od tamtej pory nie wychodziłam z domu (poza wizytami u psychologa). Zawaliłam rok. Przestałam o siebie dbać, przytyłam.

Pewnego dnia mama siłą zaciągnęła mnie na zakupy, twierdziła, że to poprawi mi humor. I tak stałam sobie w tym sklepie, zapuszczona, gruba i w przyciasnych ubraniach. Zwróciłam uwagę dwóch dziewczyn, nigdy nie zapomnę ich słów: "Spójrz na tą tłustą świnię, takiej to nawet kijem nikt nie tknie."

A ja się wtedy uśmiechnęłam i postanowiłam zadbać o swoje bezpieczeństwo. Od przyszłego roku miałam indywidualne nauczanie. Aktualnie chodzę do liceum w dużym mieście, mieszkam w internacie. Zmieniłam się bardzo. W szkole wyzywają mnie od pasztetów, zakonnic i cnotek. Dlaczego? Ważę 103kg. Spodnie? Zawsze luźne. Spódnice? co najmniej do połowy łydki. Bluzki? Zero odkrytych ramion, dekolt nie pokazuje obojczyka. Uwielbiam luźne swetry i golfy. Kolory bardzo stonowane. Biżuteria? Zero. Makijaż? Zero. Włosy? Zawsze ciasno związane.
Przyjaciół mam jedynie w internecie. Gdy wracam do domu, sąsiedzi kiwają z uznaniem. Nawet psycholog pochwalał moją przemianę. Czuje się bezpieczna, dobrze mi z tym.

#v36hL

Pół roku temu zmarła moja 13-letnia siostra. Chodziła do szkoły muzycznej, uczyła się grać na pianinie. Często grała tę samą melodię, nie pytałam się jej co gra. Jakoś tak nie interesowało mnie to.

Kiedy umarła, próbowałam to odtworzyć. Potrafiłam siedzieć przy pianinie kilka godzin i próbować to zagrać, ale nawet nie wychodził mi jeden takt. Po prostu nie pamiętałam tej melodii do końca.

Któregoś dnia koleżanka wyprawiała urodziny, więc postanowiłam pójść.

Posiedziałam tam tylko kilkadziesiąt minut.

Dlaczego?

Ponieważ w pewnym momencie usłyszałam tę melodię z głośników, melodię, którą grała moja kochana siostrzyczka, jednak nie trwała ona długo, ponieważ była to jakby "końcówka".
Nie mogę opisać tego co wtedy czułam. Po prostu ryczałam.

Później odnalazłam piosenkę w internecie.

Do dzisiaj codziennie gram ją kilka razy dziennie, jakoś tak wtedy czuję, jakby była ze mną.

#NwHYC

Jestem socjopatą. Czuję, że od zawsze nim byłem, jednak nie ma to większego znaczenia. Nie odczuwam niczego zwanego empatią, współczuciem, zależnością od innych ludzi. Oczywiście, mam dach nad głową i jedzenie, mimo, że jeszcze nie pracuję. To fakt, nie zapracowałem na to sam. Powinienem być wdzięczny.

Rodzina chyba mnie kocha. Ciężko mi to ocenić. Znajomi chcą być blisko mnie, choć nie widzę w tym sensu. Nie rozumiem tego co do mnie mówią. Ich problemy, wahania, zwątpienia, jakaś dziwna presja otoczenia. Zupełnie mam to w dupie, bo te sytuacje są w moich oczach czarno-białe. Dziewczyny z liceum są ładne i brzydkie, rozgadane i opanowane. Wolę te ostatnie, ale nigdy w życiu nie byłem zauroczony, a myśl o tym, że rozwój człowieka polega między innymi na założeniu rodziny i znalezieniu kogoś do kochania, przyprawia mnie o mdłości i niezmierzoną apatię. Umówiłem się z dziewczyną raz, na próbę. Zaprosiła mnie do kina na beznadziejny film. Wiem, że potem cierpiała. Inna, którą uznawałem za znajomą, trochę się do mnie zbliżyła. Wracaliśmy wspólnie do domu, siedziała ze mną na kilku zajęciach w szkole. Semestr później rozpłakała się, mówiąc, że dłużej już nie wytrzyma mojego braku zaangażowania. Zasugerowała, że mam za nią pobiec albo "odejdzie". Oczywiście nie pobiegłem.

Od kilku tygodni robię coś dziwnego. Moja matka uznała, że chce mnie naprawić. Myśl, że ktoś chce mnie zmienić, ingerować we moje dziewiętnastoletnie ja, wzbudziła we mnie obrzydzenie. W każdym razie zmusiła mnie do wizyt u psychologa. Pomysł mi się, delikatnie mówiąc, nie spodobał. Zdaję sobie sprawę, że jestem gówniarzem, ale to nie znaczy, że nie mam swojego życia. Skupiam się na sobie. Gram na kilku instrumentach. Tworzę. Marzę, by być reżyserem. Edukacja przebiega bez problemu.

Pomijając to, że musiałem iść do domu obcej osoby i pieprzyć o moich "problemach", których nie mam, bądź o nich nie wiem, miałem to dziwne uczucie, że komuś się nie podobam. W tym przypadku mojej matce. Poszedłem na wizytę. Nie obchodziła mnie opinia pani psycholog - w końcu nie poszedłem tam z własnej woli. Dowiedziałem się niewiele, wróciłem do domu i kiedy matka zapytała o cały przebieg, odparłem, że nie chcę sprawić jej przykrości. Była zaskoczona.

Po kolejnej wizycie mówiłem o jej ewentualnym poczuciu winy, którego nie potrzebuję. Była mocno zestresowana, ale wciąż pchała mnie do wizyt. Stanęło na tym, że rzekomo psycholog powiedziała mi, niewinnemu chłopcu, jak wielka wina w moim rozwoju leży po stronie matki. Jak prawdopodobnie mnie skrzywdziła i najlepsze co może zrobić, to dać mi wolną rękę w moich działaniach. Przede wszystkim pogodzić się z tym kim jestem, bo sama do tego doprowadziła. Kłamałem. Mama powiedziała, że nie muszę chodzić na wizyty. Później słyszałem jak płacze. Czuję się z tym cholernie dziwnie.

#L4X1A

Sytuacja, którą opiszę działa się prawie 8 lat temu, kiedy byłem w 3 klasie LO w Warszawie.
Akcja działa się na języku polskim. Moja nauczycielka była straszną babą, która lubiła znęcać się nad męską częścią klasy, np. kiedy zbliżał się Dzień Kobiet, to przez miesiąc na każdej lekcji pytała nieszczęśnika z chłopaków.

Pewnego dnia jak zwykle odpytywała mojego znajomego (nazwijmy go Paweł) z interpretacji jakiegoś wiersza. Kiedy Paweł próbował wybrnąć jakoś z odpowiedzi, żeby nie dostać jedynki i dłużej się zastanawiał, pani nagle zapytała jego kolegi z ławki (nazwijmy go Wiktor,) czy wierzy w sprawiedliwość. Wiktor był trochę zdezorientowany, ale po chwili odpowiedział że NIE. Pani powiedziała, że dostaje jedynkę z odpowiedzi. Na pytanie dlaczego usłyszał, że na świecie nie ma sprawiedliwości. Wiktor był na maksa zdenerwowany, ponieważ to była jego kolejna jedynka pod rząd z polskiego.
Wiktor nawet powiedział wychowawczyni o tej sytuacji, bo ta ocena nie odzwierciedla jego wiedzy, ale wychowawczyni powiedziała tylko, że pani od polskiego czasami dziwnie się zachowuje, ale ta pała zaważyła na jego ocenie na koniec roku.
Według mnie nauczyciel nie powinien się tak zachowywać, bo tylko dręczy uczniów i zniechęca ich do nauki.

#cpblC

Przypomniała mi się sytuacja z liceum. Chłopak, który od dawna mi się podobał, w końcu zaprosił mnie na randkę i zaproponował, że kupi mi lody. Wybrałam czekoladowe.

Cztery godziny później, po romantycznym spacerze poszliśmy do jego domu a on zadał mi dziwne pytanie. Mianowicie zapytał o moje znamię i czy mam ich więcej. Powiedział, że jemu to nie przeszkadza bo i tak mu się podobam ale jeśli chcę, może mi polecić chirurga który je usunie. Nie miałam pojęcia o czym on gada i poszłam do domu.

Spojrzałam w lustro i zobaczyłam na policzku wielką plamę po czekoladzie…

#sE9cV

Dawno, dawno temu wracałam do domu - jak to mi się czasami zdarzało - zwyginana, zalana jak wkrótce Malediwy, pijana w pestkę, czy jak tam kto woli. Trochę holowała mnie koleżanka, trochę samodzielnie tropiłam węża, w każdym razie jakoś to szło.

Droga była trudna, zatem dla dodania sobie animuszu wymyśliłam fabułę: otóż byłam Kapitanem Forestem Castawayem (chodziło mi najwyraźniej o Toma Hanksa i jego rolę w Apollo 13) który samotnie przemierzał żwirową powierzchnię Marsa (czyli oświetloną na pomarańczowo drogę osiedlową że żwirowym poboczem). Dzielnie sekundował mi szeregowy Wilson.

W pewnym momencie kopnęłam spory kamyk, który malowniczo potoczył się w siną dal. Zaczęłam się rozwodzić nad tym, jak to nikt nie tknął dotąd powierzchni Marsa że żwiru i wszystko trwa tam w bezruchu, a ten jeden kopnięty przeze mnie kamyk będzie po wiek wieków świadectwem obecności człowieka na czerwonej planecie. Ujęłam to oczywiście mniej kwieciście, a mianowicie wybełkotałam, że kamyk "zmieni bieg historii dziejów".

Rano po jako-takim wyleczeniu kaca rutynowo odpaliłam internety i co widzę? Tenże artykuł:

http://www.seeker.com/mystery-rock-appears-in-front-of-mars-rover-1768231163.html

Dla nieczytających po angielsku: łazik Opportunity zrobił dwa zdjęcia tego samego miejsca. Na jednym z nich nie ma kamyka, na kolejnym się on pojawia.

Cóż, bywałam w życiu bardzo zrobiona, ale na Marsa mnie jeszcze nigdy wcześniej nie wyje*ło.
Dodaj anonimowe wyznanie