#HfApB

Kiedyś natknęłam się na historię osoby, która miała "żal" do rodziców, że nie przekazali jej (dla nich) oczywistych wartości, przekonań czy zachowań. Chodziło o mówienie i nie mówienie "Dzień dobry" - rodzice tej osobie nie powiedziały, że trzeba mówić. Tyle tytułem wstępu.

U mnie sytuacja wygląda tak, że nikt mi nie powiedział, nie przekazał jakie zasady panują w przypadku odwiedzin. Takich, wiecie, na kawę, żeby porozmawiać.
W moim rodzinnym domu nie praktykowało się czegoś takiego - odwiedziny były tylko i wyłącznie z okazji urodzin, imienin, komunii i chrztów (to były jeszcze czasy, kiedy uroczystości - szczególnie te dwie ostatnie - odbywały się w domu, a nie w restauracji). Wtedy nie było problemu - znasz datę, idziesz, dajesz prezent, siedzisz wśród ludzi określoną ilość czasu, wracasz do domu.

Wyjątkiem był odwiedziny z określonego powodu typu "Pożycz szklankę cukru", albo "Mam sprawę do twojej mamy", ale były to bardzo rzadkie sytuacje i wiadomo, po zakończeniu rozmowy na dany temat czy pożyczeniu tego cukru, gość robił w tył zwrot i już go nie było.

Z racji tego, że niedawno zamieszkałam z mężem w nowym mieszkaniu, mam cały blok sąsiadów - staramy się zagadywać na korytarzu, pytać co słychać. I jest super dopóki ktoś nie zaproponuje spotkania, np "To wpadnijcie do nas". Mój problem objawia się tym, że ja nie wiem, jak się na takich spotkania zachować, czy wypada się rozglądać bardzo po mieszkaniu, po pokoju, czy wypada zabrać coś ze sobą (ciastko do kawy? Własnej roboty czy kupne?), ile czasu wypada spędzić na takich odwiedzinach?

I najważniejsze: wiem, że wypada zaprosić kogoś na rewizytę. Ale podstawowe pytanie brzmi: ile czasu powinno minąć od poprzedniego spotkania?
Dlatego staram się wymigiwać od takich spotkań przy kawie, ciągle usprawiedliwiam się, że będę pracować itp.
Mój mąż nie ma takich problemów, bo wychował się w domu, w którym drzwi ciągle były otwarte, a sąsiedzi/rodzina wpadali bez zapowiedzi. On nie zastanawia się, nie rozkłada na części pierwsze i nie rozumie mojego problemu. Kiedyś próbowałam mu to wytłumaczyć, ale nawet nie próbował zrozumieć, więc piszę Wam to anonimowo.

#4pScW

W jednej z pizzerii w moim mieście pracuje taki chłopak, który bardzo mi się podoba. Mimo że nie jest to najlepszy lokal z takimi posiłkami, to i tak regularnie stamtąd zamawiam, bo zazwyczaj placek dowozi mi własnie obiekt moich westchnień.

Czasem potrafię jeść pizzę przez tydzień, byle tylko móc przez chwilę zobaczyć tego faceta. No, właśnie - zobaczyć. Jestem totalnym przegrywem i nie umiem do niego w żaden sensowny sposób zagadać. Robię tylko te maślane oczy i liczę na to, że gdzieś pod pizzą zostawi mi kiedyś liścik miłosny...
Najgorsze jest jednak to, że zawsze jestem tak bardzo onieśmielona, że ciągle zdarzają mi się jakieś idiotyczne wpadki.

Raz, kiedy on stał w drzwiach, postanowiłam rozpuścić sobie włosy idąc do drugiego pokoju po portmonetkę. Wiecie, tak niby przypadkiem. Zwolnione tempo, kroczy laska, rusza biodrami, rozpuszcza grzywę, jakaś romantyczna nuta w tle... Usiłując energicznie zdjąć gumkę dość mocno uderzyłam się pięścią w głowę. Poleciałam na ścianę i przez pół dnia nie słyszałam za dobrze na jedno ucho. Musiało to wyglądać jakbym miała jakieś zachowania autoagresywne. Kasę wręczyłam mu rozczochrana i czerwona jak cegła.
Innym razem wręczając mi pizzę, mój wymarzony amant rzucił standardowe "Smacznego!". Spojrzałam mu głęboko w oczy i odparłam "Nawzajem.". Chłopak uniósł brew robiąc taką lekko skołowana minę i bez słowa oddalił się do auta.

Kiedyś miałam zapłacić 19,80 zł za Margaritę. Dałam mu 20 zł i bezmyślnie powiedziałam żeby zachował sobie resztę jako napiwek. Dostał dwadzieścia pieprzonych groszy. Pewnie układa sobie za to życie od nowa.

Nie dalej, jak miesiąc temu, gdy powód, dla którego moje serce szybciej bije, znów zjawił się w mych progach, jakimś cudem poślizgnęłam się na wycieraczce i upadłam na mojego, przechodzącego obok, kota perskiego. Bob (tak się wabi mój zwierz) wrzasnął, dał dyla i rozpędzony wskoczył na stół w dużym pokoju. Zjechał z niego po drugiej stronie razem z obrusem, naczyniami i butelką wina. Hałas był taki, że sąsiedzi pootwierali drzwi, żeby sprawdzić co się dzieje.

Wisienką na torcie moich przypałów jest to, co się stało dwa tygodnie temu, gdy jeszcze było bardzo ciepło. Dostawca przyjechał mając na sobie koszulkę na tyle obcisłą, że wyraźnie było widać jak świetną chłopak ma sylwetkę. Wyglądał tak bosko, że zawstydziłam się podwójnie. Szybko wyrwałam mu z rąk pudełko z pizzą i zatrzasnęłam drzwi przed nosem bez płacenia. Dopiero po dobrych trzydziestu sekundach dotarło do mnie co zrobiłam. Podbiegłam do drzwi i zobaczyłam przez wizjer, że gość ciągle tam stoi. Uchyliłam je, wysunęłam rękę z banknotem przez szparę i wymamrotałam "Resztynieczeba...".

Najlepsze jest to, że uchodzę za pewną siebie, zaradną dziewczynę. Z jakiegoś powodu głupieję w obecności tego dostawcy.

#1TDRM

Po przeczytaniu wyznania męża zgwałconej kobiety, a raczej komentarzy pod nim, naszła mnie pewna refleksja.

Pochodzę z niewielkiej miejscowości, w której kilka lat temu miała miejsce ogromna tragedia (chcę, żeby sytuacja, jak i ofiara pozostały anonimowe). Odbywała się wtedy większych rozmiarów impreza, podczas której 16-letniej dziewczynie została zaaplikowana tabletka, po czym doszło do gwałtu. Ofiara cudem zapamiętała kto był jej oprawcą, zanim całkowicie straciła świadomość. Katem okazał się kolega ze szkoły, dobrze ułożony, mądry, z dobrej rodziny, którego zaloty wg relacji rówieśników miała wcześniej odrzucić.
Co się działo potem?

- Dziewczyna powiedziała matce, a ta nie zgłosiła sprawy od razu, bo „taki wstyd!”, na szczęście ofiara zwierzyła się koleżance, ta zaalarmowała swoich rodziców i zawiadomiono policję.
- Otoczenie nie dawało się przekonać, bo to przecież taki dobry chłopak, ale wszystko potwierdziło nagranie z kamer.
- Ludzie krytykowali jej strój (letnia sukienka), fakt, że go odrzuciła, bo by do tego nie doszło (no w końcu przystojny jest), jego otoczenie jej zarzucało, że chce dobrego chłopaka wsadzić do więzienia.
- W internecie zawrzało: sama nie jest bez winy, sprowokowała, nie pilnowała napoju (przed kolegą). Większość komentarzy winiła ofiarę, bo ładna, bo głupia, bo dała okazję, bo nie powinna była iść itd. Ktoś napisał dla żartu, że „zapomniał dziwce zapłacić”, inny, że „kobiety od tego przecież są”, a jeszcze inny, że „skoro nie wołała o pomoc, to jej się podobało [sic!]”.
- Popełniła samobójstwo.

Gwałtu był winien tylko i wyłącznie gwałciciel. Jej śmierci – też on, bo to jego zbrodnia wywołała lawinę, ale też osoby z rodziny i otoczenia, które zamiast wspierać, tylko pogłębiały ból i wywoływały poczucie winy. Ktoś jeszcze? Drodzy internauci, sami niepopełniający błędów, niezdający sobie sprawy, kto może czytać ich wypociny.

Sam mam nastoletniego syna i kilkuletnią córeczkę. Nawet sobie nie wyobrażam, żeby jakiś śmieć mógł tak skrzywdzić moje dziecko. Syna wychowuję na osobę szanującą kobiety, wbijam mu do głowy jak młotkiem, że naruszenie nietykalności cielesnej kobiety jest najgorszym upodleniem, jakiego może dokonać osobnik, którego bym nawet do szacownych zwierząt nie porównał.

Społeczeństwo przykłada uwagę do edukacji dziewcząt: przedstawiamy sposoby zapobiegania gwałtom, wytykamy, że tego i tamtego nie wolno, a najlepiej to niech nie wychodzą z domu. Jednak i tam nieraz czeka zwyrol, a celem innego może być panna idąca w dresie do biedry po bułki. Jak już do czegoś dojdzie, to współobwiniamy ofiary.
Wychowujmy młodzież, ŻE NO K***A NIE WOLNO, JAK NIE TO NIE, DOTKNIESZ BEZ POZWOLENIA, TO ODRĄBIEMY ŻYWCEM RĘKĘ I WYKASTRUJEMY. Czy jakoś tak. Skupmy się przede wszystkim na zwalczaniu przestępców, a nie gnojeniu ofiar.

#xaExQ

Muszę się do czegoś przyznać. Mam dziwne zainteresowania. Lubię oglądać zwłoki, w szczególności dzieci. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, tak lubię to. Nie jestem żadnym pedofilem, nie podnieca mnie to, po prostu lubię popatrzeć na zwłoki. Kocham również oglądać zdjęcia z miejsc przestępstw, w których ktoś kogoś zabił. Nie wiem co o tym sądzić. Czy jest to dziwne?

#X7DP4

Chciałem opowiedzieć Wam historię, która przydarzyła mi się jakieś 2 lata temu.

Moja ciocia miała pitbulla (suczkę) z pełnym rodowodem i po szkoleniu IPO. Jak wiadomo pitbulle na ogół są w liście ras niebezpiecznych i mimo swoich nienajwiększych gabarytów potrafią wiele. Niestety duża część osób uważa, że to są psy mordercy itd. Oczywiście każdy pies, który trafi w nieodpowiednie ręce może stać się niebezpieczny i agresywny. Otóż opowiem Wam sytuację dzięki, której może część osób zamieni zdanie na temat tych psów.

Wyżej wymieniona sunia była na tyle tolerancyjna,że moja kuzynka i ja mogliśmy śmiało włożyć jej rękę do pyska i nie było mowy żeby zrobiła nam krzywdę. Nie zrobiła nigdy nic nikomu z domowników natomiast przekonałem się, że psy a przynajmniej pitbulle potrafią poświęcić się żeby bronić bliską dla siebie osobę.

Pewnego dnia pod wieczór szedłem z nią na spacer w pobliżu lasu, bo tam mieszkała moja. Była to zima. Nagle podszedł do mnie pijany mężczyzna, pytając czy mam jakieś pieniądze. Akurat nie miałem nic w kieszeni, więc powiedziałem że nie posiadam. Sunia była bardzo spokojna do czasu gdy też gościu nie zaczął na mnie wręcz krzyczeć, że chce pieniędzy. Zaczęła wtedy na niego warczeć, a kiedy złapał mnie za rękę rzuciła się na niego i dopadła do jego ręki . Dobrze że miał grubą kurtkę, bo w innym wypadku nie wiem jakby to się skończyło. Po tym jak krzyknąłem, że ma to puścić i puściła, a gościu wystraszony uciekł jak małe dziecko.

Reasumując, jeśli ktoś zastanawia się nad tym psem, a ma wątpliwości czy będzie to pies zabójca to uprzedzę, że nie jest to prawda. Kwestia wychowywania. Jeśli ktoś chce zrobić z takich psów zabójcę, to polecam najpierw iść do psychiatry. Nie jest to prosty pies do ogarnięcia, jednak jeśli ktoś ma silny charakter i pokaże mu, że ma nad nim władzę, to śmiało może iść w nocy z takim psem przez miasto i może czuć się bezpieczny, a dla ludzi będzie bardzo łagodny. Z natury też zauważyłem, że te psy lubią dzieci i uwielbiają nad nimi czuwać, bronić ich i bawić się z nimi. Mogą być również psimi niańkami :D

#mr556

Historię, którą Wam przedstawię, opowiedziała mi moja mama kilka dni po śmierci mojej prababci.

Moja mama jako dziecko wychowywała się na wsi. Każdy dzień spędzała u mojej prababci. Była dla niej jak druga mama. Ale nie o tym...

Moi pradziadkowie mieszkali na małej wsi, mieli duży dom z podwórkiem, oborą i pięknymi drzewami. Zaraz obok domu, 20 metrów dalej była alejka, która prowadziła do małego lasku. W tym lesie, znajdowały się ruiny poniemieckiego kościoła. Naprzeciwko niego były 3 małe groby, z takimi wielkimi metalowymi krzyżami. Moja babcia zajmowała się tymi grobami, pielęgnowała je, zapalała znicze i przynosiła świeże kwiaty z ogródka, chociaż nie miała pojęcia kto tam leży.
Zaraz za tymi trzema grobami były mury z czerwonej cegły, takie mniejsze kolumny z krzyżami. Nic tam w sumie nie było. Do czasu...

Pewnego wieczoru, gdy wszyscy domownicy wraz z moją mamą kładli się do łóżek, psy na wsi zaczęły głośno szczekać. Dziadek wyszedł na zewnątrz zobaczyć co się dzieje, ale nie zauważył nic niepokojącego. Stwierdził, że psy wyczuły zbliżającą się zwierzynę i wrócił do domu.

Na drugi dzień z samego rana, gdzieś koło godziny 5-tej czy 6-stej dziadek wyszedł za grzybami do tego lasku. Wrócił po dosłownie 20 minutach i postawił wszystkich na nogi. Gdy moja babcia z mamą zadawali mu mnóstwo pytań co się stało, itd. on tylko powiedział, żeby poszły z nim.

Okazało się, że w nocy nie było żadnej zwierzyny, a psy ujadały, bo ludzie kręcili się po tym lasku. W miejscu gdzie były te mury z czerwonej cegły wykopano doły. Wielkie doły, że potrzeba drabiny żeby stamtąd wyjść. Drzewa i inne krzewy były powyrywane z korzeniami, aby tylko wykopać dół. Mój pradziadek jako śmiałek wszedł po drabinie do jednego z tych dołów. Znajdowały się tam grobowce. Stare, poniemieckie grobowce. Trumny blaszane, zespolone tak, że nie można ich było otworzyć. Dziadek trafił akurat na grobowiec jakiejś rodziny - były tam 3 trumny - dwie większe i jedna malutka. W miejscach, gdzie znajdują się głowy były wycięte okna. Groby już wiekowe, bo zostały same kości i skrawki materiałów. I jedna kobieta, która tam leżała, miała rudy warkocz, który jak później się ludzie o tym dowiedzieli to był rozrzucony po tym lasku.

Ta sytuacja miała miejsce, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Jak byłam mała moja mama zabierała mnie do pradziadków. Gdy szłam z dziadkiem na grzyby, to zawsze mi powtarzał żebym patrzyła pod nogi, bo mogę wpaść do dziury. A kiedyś jak sobie zbierałam tam kwiatki, to znalazłam ogromną kość. Teraz wiem, że była ludzka. Pamiętam jak zaglądałam do tych dziur i były tam jakieś blaszaki, ale nikt nie mówił, że to trumny.

Do dziś są te doły i te trumny. Tak, ostatnio to sprawdziłam. Masakra.

#noS4m

Przez jedną dzisiejszą sytuację przypomniała mi się pewna głupota.

Jedna znajoma z klasy, z którą praktycznie się nie widziałyśmy, na lekcjach czy przerwach (po prostu siedziałyśmy w innych częściach sali, a na przerwach zwykle siedziałam z dala od klasy), gdy gadałam z przyjacielem okazjonalnie siedząc z nim na angielskim, ciągle się na mnie lampiła. Nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Nagle wypaliła, że mam bardzo ładny makijaż oczu i że bardzo mi to pasuje. Uśmiechnęłam się tylko i odpowiedziałam, że nic na twarzy nie mam.

Dziewczyna doznała szoku.
Byłam jedynie po trzech ledwo przespanych nocach i tamtego dnia przepłakanej, a rano nie miałam ochoty na żaden korektor. Najwyraźniej bezsenność dodaje mi uroku XD
Dodaj anonimowe wyznanie