Zawsze chciałem zrobić coś szalonego. W sobotę, gdy była zmiana czasu o godzinę wstecz, zaplanowałem..
Kupić bilet godzinny w mieście i pojeździć nim przez dwie.
Od dziecka słyszałam, jakie mam piękne, długie i gęste rzęsy. Teraz grzecznie dziękuję za komplement, ale w wieku 7 lat miałam serdecznie dość komentarzy o oczach jak lalka.
Pewnego wieczoru wzięłam wielkie nożyce krawieckie i po prostu je obcięłam...
...całe szczęście odrosły! :)
Dzień jak co dzień. Przed 7 rano szedłem na przystanek, aby dojechać do szkoły. Było dość rześko. Zauważyłem przy ławce pod wiatą leżącego tyłem do mnie człowieka. Nie pierwszy raz, aby ktoś tam spał. Jednak coś nie dawało mi spokoju i musiałem sprawdzić, czy wszystko w porządku. Była to kobieta, która miała na sobie kurtkę z kapturem. Szturchnąłem lekko za ramię, ale bez żadnej reakcji. Od razu trochę mocniej, bo jeśli pijana, to wtedy dopiero by coś zareagowała, jednak dalej zero reakcji.
Zadzwoniłem od razu po pogotowie nie mówiąc, że może być zwyczajnie pijana, bo jak dobrze wiecie, ktoś z pozoru może tak wyglądać, a tak naprawdę jest chory i karetka w ogóle nie przyjedzie. Odwróciłem ją, przyjrzałem się z bliska i od razu upadłem z przerażenia. Była cała blada, tyle że nie z zimna. W tym samym momencie podjechał kierowca komunikacji miejskiej z pytaniem co się stało. Spojrzałem na niego ze łzami w oczach i kiwnąłem głową, dając do zrozumienia, że nie żyje. Bardzo szybko się otrząsnąłem (jakoś tak instynktownie) i zacząłem reanimować (mimo że to mogło się wydawać bezcelowe). Nie wiem jakim cholernym cudem, ale po zaledwie paru uciśnięciach usłyszałem głośny dźwięk nabieranego do płuc powietrza. Kobieta w ogóle nie wiedziała co tutaj robi.
PS Na karetkę czekałem ponad 0,5h. Wiem, że czasami o nią trudno, ale był to bardzo dobrze "zaopatrzony" pobliski szpital i bez żadnych syren dojechaliby w 5 minut. Dzwoniłem za drugim razem trochę wzburzony, żeby się pośpieszyli, bo to nie są żadne przelewki. Pojawili się po paru minutach, w spokoju wyładowywali "sprzęt", zamiast jeden z nich podlecieć szybko sprawdzić co z jej stanem. Szanuję, rozumiem - własne bezpieczeństwo w pierwszej kolejności, ale drobny pośpiech nie zaszkodzi.
Zamiast jakieś dobrej pochwały w stylu "dobra robota" dostałem reprymendę, bo ratownik dowiedział się, że kobietę boli brzuch w dolnej partii ciała (ponoć spowodowany okresem), ale co miałem do cholery robić? Zostawić ją nieprzytomną, bo przecież może ją boleć brzuch?! Powstrzymałem się od dalszych słów, żeby mojej reprymendy nie musiał słyszeć. Stwierdziłem, że starczy wrażeń na dzisiaj i wróciłem do domu.
PS 2. Sytuacja bardzo wpłynęła na moje postrzeganie rzeczywistości, ale nie życzę nikomu podobnego zdarzenia. Proszę Was reagujcie w takich sytuacjach, bo bardzo możliwe, że dzięki temu będziecie mieli o jeden pogrzeb mniej za wcześnie.
Nie szukam fejmu, musiałem po prostu to z siebie wyrzucić, dziękuję.
Pewnie każdy miał już okazję spotkać w swoim życiu żulika, który pytał o jakieś drobne na bułkę, po czym wychodził ze sklepu z winem marki "Vino"...
Jakiś czas temu na przystanku PKS zaczepił mnie właśnie tego typu jegomość i zapytał o 1,50 zł na bułkę. Choć przeczuwałem, że celem zakupu jest właśnie winko, dałem mu 2 zł. Po chwili ów mężczyzna wraca do mnie z bułką słodką w ręce, uśmiech ma od ucha do ucha i oddaje mi resztę.
Nie przyjąłem. Powróciła mi wiara w ludzi :-).
Wychowywałam się z czterema braćmi.
Niby nic wielkiego, przecież zdarzają się rodziny wielodzietne. Moja niczym nie różniła się od innych, nie byliśmy bogaci, sporo rzeczy brakowało, a jednak żadnemu z nas nigdy nie przyszło do głowy marudzić, tak nas wychowano.
Od zawsze więc funkcjonowało w domu "dziedziczenie" rzeczy, jako najmłodsza z całej familii, a zarazem jedyna dziewczynka, czułam się nieco pokrzywdzona, o sukienkach mogłam zapomnieć, zresztą typowo żeńskich zabawek też nie miałam i szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to.
Mimo wszystko nie wyrosłam na chłopczycę. Mama wpajała mi, że kobieta musi być wielozadaniowa, więc umiem gotować, piekę dobre ciasta, uszyć coś też umiem i wiele takich podstawowych umiejętności posiadłam :)
W gimnazjum zaczęłam dorywczo pracować i ubogacać swoją garderobę w żeńskie fatałaszki. Kupiłam kosmetyki, ale wiecie, przy czwórce braci każdy dziwny eksperyment z nakładaniem makijażu kończył się ich wybuchem śmiechu, więc ostatecznie makijaż odpuściłam, do dziś nie nakładam go zbyt wiele.
Chodzi o to, że mam problem z facetami... Znacie taki typ kobiety, która jest fajną przyjaciółką? Tak, to właśnie ja. Wieczna przyjaciółka.
Wychowanie w męskim gronie nie było złe, ale sprawiło, że przebywanie z facetami było dla mnie normalne. Nie mdlałam z zachwytu nad ładnymi chłopcami, nie krępowałam się ich obecnością, częściej przybijałam z nimi piątki i gadałam o bzdurach. W jakiś pokręcony sposób rozumiem facetów, ale to w niczym nie pomaga. Każdy kumpel moich braci, który przebywał w moim domu, stawał się moim kumplem, a z tego "kumplowania" nie rozwijało się nic więcej. Ogólnie niemal wszystkie moje znajomości damsko-męskie pozostają na stopie przyjaźni.
Nie mam jakichś wysokich wymagań względem facetów, ubieram się kobieco, nie przeżywam okresu jakoś szczególnie, penisa też nie posiadam, żeby odstraszać na wstępie - chociaż gdybym miała, to pewnie jakiś fetyszysta już by się do mnie dobierał ;)
I siedzę, i myślę, i nie wiem... zbyt brzydka jestem, zbyt męska czy zbyt dziwna, by w końcu znaleźć kogoś, kto mnie zechce?
PS Za pół roku świadkuję na czwartym w życiu ślubie, przygnębienie wzięło górę, stąd to wyznanie :)
Już od małego dziecka nie lubiłem czarnej mafii w naszym kraju :-)
Podczas swojej komunii świętej próbowałem dokonać zamachu na wielebnego. Podczas dawania wina podpaliłem księdza świecą.
Zdecydowanie najlepsza część ceremonii, szkoda tylko, że wujkowi, który filmował uroczystość akurat w tym momencie skończyła się bateria w kamerze.
Dziś jechałam pociągiem. Ponieważ nie miałam miejscówki, siedziałam sobie na podłodze w przedziale I klasy. Opierałam się o ścianę między drzwiami a półką bagażową, generalnie nie byłam na widoku. Nagle coś mnie zaswędziało w nosie, dlatego nie wiele myśląc postanowiłam delikatnie usunąć zalegającego gila.
Gdy z nosa wyszedł smark długości 5 centymetrów, byłam tak zdziwiona, że gapiłam się na niego dobre parę sekund. Kiedy otrząsnęłam się z zamyślenia, rozejrzałam się gorączkowo, czy nikt nie widział, że dłubię sobie w nosie i podziwiam potem swoje "okazy". Za szklanymi drzwiami napotkałam zniesmaczony wzrok jakiegoś chłopaka. W stresie szybko wytarłam gila w wykładzinę.
Mam 21 lat :/
Zastanawiam się czy to ja jestem drażliwa czy może mylę się do niektórych rzeczy.
Ja długo sięgam pamięcią moja mama miała cechy despotyczne. Wszystko zawsze musiało być według jej woli i gustu. Doprowadziło to do tego, że bałam się chodzić na zakupy sama w obawie, że to co kupię jej się nie spodoba.
W wieku 15-16 lat zaczęłam się stawiać. Kupowałam to co mi się podoba. Wychodziłam z domu mimo, że ona twierdziła że wyjście na ten film to strata pieniędzy. Jakieś 8 miesięcy temu poznałam chłopaka. Jest starszy, to fakt. Ale mi to absolutnie nie przeszkadza bo świetnie się z nim dogaduje. Jednym słowem - szczęście.
Do czasu.
Za tydzień kończę 18 lat. Nie czuję się z tego powodu specjalnie dorosła. Wiek jak wiek. Jednak moja mama sądzi - tak myślę - że ten plastikowy kartonik powszechnie uznawany jako dowód osobisty pomiesza mi w głowie. Teraz nie mogę prawie nic robić. Nie mogę wyjść do chłopaka, bo słyszę że sobie na za dużo pozwalam, że skoro jestem taka dorosła to może zacznę sprowadzać facetów na noc albo do domu nie wracać. Wszystko to bo wróciłam o 19 do domu. W poniedziałek. Toż to grzech! To było tydzień temu. Na imprezy w klubach czy domówki nie chodzę, bo nie lubię. Nigdy nie piłam alkoholu i nie paliłam papierosów.
Za każdym razem pytam czy nie ma nic przeciwko jak ktoś do mnie przyjdzie. Nie chce potem awantur. Ona jednak albo całkowicie olewa sprawę a potem udaje, że moich gości nie ma albo zgadza się i zachowuje się jak obrażone dziecko. Czasem to aż mi wstyd i przepraszam znajomych za jej słowa.
Dodam, że pretensje o nieposprzątanie mieszkania są codziennie. A zapomniałam tylko szafkę wytrzeć. Sprzątam zawsze, nie wyjdę z domu jak wszystkiego nie zrobię. Mam brata, który takich obowiązków nie ma, co mnie irytuje.
Ja już nie wiem, czy moja matka ma coś źle poukładane w głowie czy ja się zwyczajnie czepiam.
Moja córka jest homoseksualna. Nie mam z tym najmniejszego problemu i w pełni ją akceptuję. W końcu jest moim największym skarbem.
Przed tym, jak parę tygodni temu wyjechała na studia, mieliśmy szczerą rozmowę. Wyznała mi, że mogłaby być w związku z mężczyzną, ale tylko wtedy, kiedy byłby taki sam jak ja.
To był najwspanialszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem. Płaczę do tej pory, kiedy to wspominam.
Mój kuzyn, naczelny homofob miasta okazał się być gejem.
Przyłapałem go spacerując ze swoim chłopakiem w lesie jak robił "laskę" koledze.
Karma wraca, ewentualnie zemsta jest słona.
Dodaj anonimowe wyznanie