Kiedyś na anonimowych czytałam historię o tym, jak kot załatwił swoje potrzeby na listwę i zrobił zwarcie. Śmiałam się wtedy wniebogłosy.
Dzisiaj w nocy, smacznie śpiąc, usłyszałam dziwny dźwięk, pomyślałam, że chyba przepalają mi się świąteczne lampki, które wisiały nad oknem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam iskrzący się dekoder. Jak się potem okazało, narzygał do niego mój kot i zrobił zwarcie.
Mówię Wam, karma powraca, dosłownie.
Na SMS-a z życzeniami od mojego przyjaciela w odpowiedzi odesłałam mu wiadomość o następującej treści: Dziękuję bardzo!! Życzę Ci, abyś spędził ten czas w grobie rodzinnym!!
Pozdrawiam autokorektę.
Jeżeli ktoś nie kojarzy z "Aliena" sceny z androidami, to zniszczony android (robot) pełen był jakiejś organicznej, białej substancji. Oczami dziecka taki substytut krwi. To całkiem istotna informacja w kontekście tego wyznania.
Miałem 12 lat, nawet nie wiedziałem jeszcze, że jest coś takiego jak masturbacja, ale sprawiało mi przyjemność (mentalną) oglądanie nagich panienek w necie.
Postanowiłem sobie pewnego razu kupić kamerkę.
Podekscytowany podłączyłem kamerkę i nie mam pojęcia dlaczego, ale wyciągnąłem penisa, tak żeby było go widać w obrazie z kamerki, i zacząłem wykonywać oczywiste ruchy ręką.
W końcu poczułem, że coś się dzieje, nie był to ból, nie było to kłucie czy pieczenie... ale wiedziałem, że coś się dzieje. Pobiegłem do łazienki i zanim dobiegłem, miałem na ręce jakąś dziwną, białą substancję.
12-letni chłopiec pomyślał właśnie, że jest androidem i że spierdzielił sobie sprzęt.... jego życie legło w gruzach. Jak nikt nie mógł mu nigdy powiedzieć? Co teraz będzie? Czy on umrze?
Płakałem na podłodze w łazience chyba z pół godziny... potem poszedłem do komputera poszukać w necie jak naprawić penisa, bo coś z niego cieknie. Domyślacie się, co znalazłem.
Ja pier###lę, jak dobrze, że nikogo nie było w domu.
O wielkiej stracie i egoizmie.
Zmieniłam pracę. Myślałam, że z korzyścią dla mnie, ale po pewnym czasie zaczynałam w to wątpić. Cały czas rozmyślałam co z tym zrobić - czy brnąć dalej, czy jednak trzymać się jakoś i czekać na upragnione awanse.
W tym czasie mój narzeczony świetnie sobie radził w pracy. Coraz więcej zarabiał, zmieniał stanowiska jak rękawiczki. Naprawdę był dobry w tym, co robił. Gdzieś tam, skrycie, trochę mu zazdrościłam. Przez to wszystko odcięłam się od świata. Cały czas zamyślona, nerwowa, zmęczona. Wracałam do naszego domu i na nic nie miałam ochoty. A on? Nie obnosił się ze swoimi sukcesami, w ogóle o nich nie mówił, tylko ciągle próbował mnie motywować. Zabierał czasem na imprezy, żebym się trochę rozerwała, ale to niewiele dawało.
Coraz bardziej zaczęłam go nie zauważać. Byłam obok niego, ale wpatrzona w telefon lub tv. Tak bez celu, tak po prostu. Tłumaczyłam to sobie, że muszę się odchamić przy głupawych programach. Bez słowa.
Nadszedł najgorszy dzień w moim życiu - telefon, że A. w drodze z pracy miał wypadek. Tylko informacja, że trwa operacja.
Od razu pojechałam do szpitala. Nie zdążyłam... Nawet się nie pożegnałam. Nie pożegnałam się tego dnia, wychodząc do pracy. A on przecież czekał, aż powiem "to pa, kochany, widzimy się po pracy", ale poranne zdenerwowanie było dla mnie ważniejsze.
Robiąc porządek w jego rzeczach, znalazłam napisany przez niego odręcznie list do mnie.
Nie był pożegnalny, raczej próba dotarcia do mnie i uświadomienia mi mojego zachowania oraz przedstawienia, jak on się czuje. Nie zdążył mi go dać.
"...czuję się, jakbym był dla Ciebie obcy. Nie zauważasz mnie, nie odzywasz się, odpychasz od siebie... kocham Cię mimo wszystko i chcę Ci pomóc, tylko pozwól...". Nigdy tak nie płakałam. Całe nasze wspólne życie przelatywało mi w migawkach przez głowę. Nie zauważyłam, że A. płacze w nocy, bo wydaje mu się, że go nie kocham, że być może go zdradzam. Nie zauważyłam, że chodzi smutny, że nie ma już tej radości życia, co niedawno.
Jak mogłam być aż taką egoistką? No jak? Bo praca? Bo zmartwienia? A miłość? A dom?
Minęło 1,5 roku od wypadku, a ja wciąż nie mogę sobie wybaczyć tego, że się wtedy nie pożegnałam.
Nie bądźcie egoistami w związku. Zmartwienia to jedno, ale jak ukochana osoba jest przy Was na dobre i złe, to nie można o niej zapominać, bo możemy wiele przeoczyć.
Jak mówiła moja mama - "dom, córuś, jest najważniejszy. A tam dom twój, gdzie serce twoje".
Historia o tym, by uważać na kluby "kabaretowe". Ale od początku.
Chciałam sobie dorobić, bo desperacko potrzebowałam pieniędzy. Na jednej z grup dotyczących pracy znalazłam ogłoszenie o ulotkach - płaca w tygodniówkach, więc bardzo mi to pasowało. Wysłałam zgłoszenie, poszłam na rozmowę i tu się zaczyna historia.
Okazało się, że nie będę rozdawać ulotek, a promować klub. Podpisałam umowę, więc nie doszukiwałam się w tym nic dziwnego, ale pierwszego dnia pracy już ją znienawidziłam. Opiszę to w punktach:
1) Klub kabaretowy jest tylko z nazwy. Tak naprawdę to klub nocny, gdzie może nie ma striptizu, ale dziewczyny tańczą w bieliźnie i wyciągają kasę od naiwniaków, którzy dali się nabrać.
2) Jedną z atrakcji klubu jest nielimitowany alkohol za 50 zł. Z tym że jeśli złożysz zamówienie, ale nie postawisz drinka jednej z tancerek, które się przysiadają (ceny oscylują między 70-200 zł), to do widzenia, od razu wypad z klubu.
3) Idea klubu polega tylko na wyciąganiu pieniędzy. Dla promotorów są nawet premie, kiedy ktoś wyda 3000 zł i więcej. Za wydane 10 000zł promocja dostaje największą prowizję.
4) Promując klub trzeba być nachalnym, upierdliwym, łazić za tymi, którzy nie chcą słuchać, uśmiechać się, a nawet flirtować, żeby tylko weszli do klubu, bo koordynatorzy patrzą na te poczynania i opieprzają, gdy za krótko namawiało się do wejścia.
5) Musiałam znosić mróz, chamskie odzywki i, co najgorsze, podrywy tych, których chciałam zaprosić. Nieraz było to bardzo niesmaczne.
Może i zarobki były dobre, ale uciekłam po okresie próbnym. Zarabiałam kosztem tego, że banda materialistów siłą wyciągała pieniądze od mężczyzn. Za każdym razem, gdy miałam tam iść bądź już wracałam, chciało mi się wymiotować i traciłam do siebie szacunek. Nigdy więcej i wam też radzę nie nabierać się na "roznoszenie ulotek", a co najważniejsze, nie wchodźcie do klubów, do których namawiają was promotorzy, bo prawdopodobnie wyjdziecie stamtąd z pustym portfelem.
Jestem policjantem. Co roku mam choinkę za darmo. Jak? Szukam ludzi, którzy nielegalnie sprzedają choinkę po czym daje się przekupić jedną darmową. Opłaca się i jeszcze nie zostałem złapany. :)
Uczęszczam do niewielkiego technikum. Do mojej klasy chodzi Kasia, która jest gwiazdą szkoły, nie taką wredną suką znaną z amerykańskich filmów, ale taką prawdziwą. Jest miła, inteligentna, pomocna i mocno zaangażowana w życie szkoły. Jest wolontariuszką w schronisku, działa w samorządzie, często reprezentuje szkołę w konkursach sportowych i naukowych. To właśnie ona co jakiś czas niemal całej klasie tłumaczy zagadnienia z matematyki, gdyż nasza matematyczka nie jest zbyt dobra w nauczaniu. Jest ulubienicą uczniów i nauczycieli.
Kasia jakiś czas temu trafiła do szpitala, nie jest z nią dobrze. W szkole ogłoszono, że potrzeba krwi dedykowanej dla niej. Nauczyciele i spore grono uczniów namawiali wszystkich pełnoletnich do oddania krwi, chętnych było mnóstwo, ale patrzyli krzywo na każdego, kto odmówił.
Zawsze chciałem oddawać krew, dlatego zrobiłem to tydzień po 18 urodzinach... czyli trzy tygodnie przed akcją oddawania krwi dla Kasi. Problem jest taki, że nikt nie chce słuchać. Część uczniów odmówiła, bo nie cierpią tej "gwiazdeczki", kilku boi się igieł lub oddawania krwi, jest również chłopak, który zrobił sobie tatuaż kilka dni wcześniej (nosi opatrunek na przedramieniu, więc nie może tego ukryć, jak niektórzy mu sugerują), dziewczyna z atopowym zapaleniem skóry i pewnie kilkoro uczniów jeszcze z innymi powodami. Wszyscy zostaliśmy potraktowani jakbyśmy chcieli śmierci Kasi. Ja mam najgorzej, bo chodzę z nią do jednej klasy i jesteśmy przyjaciółmi. Większość osób nie chce mnie nawet wysłuchać, kiedy już pozwolą mi dojść do głosu, twierdzą, że jakbym chciał, to mógłbym zataić fakt niedawnego oddania krwi. Nawet niektórzy nauczyciele tego nie rozumieją, uważają, że kłamię, bo przecież młodzież nie jest chętna do oddania krwi i na pewno nie zrobiłem tego sam z siebie. Tylko najbliżsi przyjaciele mnie wspierają.
Znosiłem ochłodzenie stosunków w klasie, jestem pewny, że Kasia ich wszystkich ogarnie, gdy dojdzie do siebie, ale mam już powoli dosyć. Nie zostałem nawet wpuszczony na wigilię klasową. Po jasełkach każda klasa poszła do swojej sali, a nauczyciele łamali się ze sobą opłatkiem. Zanim przyszła nasza wychowawczyni, zostałem odepchnięty od drzwi, zwyzywany, a potem dostałem w mordę. Klasa niemal zgodnie stwierdziła, że już nie jestem częścią tej grupy, ponieważ jestem ch*jem i samolubem, kilka osób bało się odezwać. Mój najlepszy kumpel odszedł razem ze mną, czy również skazał się na bycie wyrzutkiem.
Współczuję Kasi, ale coraz trudniej mi o tym pamiętać, gdy ludzie mnie tak traktują. Kilka razy złapałem się na tym, że przerzucam na nią odpowiedzialność za to wszystko. Wkurzają mnie ci "wszyscy" dobrzy ludzie. Dziewczyna dostanie krew od około setki osób, to, że zmarnuję sobie zdrowie, aby oddać dodatkowe pół litra, raczej nic nie pomoże.
Kiedyś mieszkałam w tak zwanym bliźniaku. Jako że byłam wtedy dzieckiem, to nie mogłam zajmować się chorą babcią, więc mama zawsze prosiła o to sąsiadkę, a ta zawsze się zgadzała. Ogólnie sąsiadka była fajną osobą - miło się z nią rozmawiało, zawsze przynosiła jakieś ciasto, pomagała mi i bratu w nauce itd. Była w niej tylko jedna rzecz, której nie potrafiłam zrozumieć - czasami dziwnie chodziła, krzywiła się przy niektórych czynnościach, miała obtarcia na rękach i nogach.
Za to nienawidziłam naszego sąsiada, bo wiecznie był sztywny, oficjalny i przez to zawsze szukałam czegoś na niego. I tu zaczyna się historia właściwa.
Czasami, gdy stało się w pokoju, w którym nasze domy są połączone ścianami, można było usłyszeć krzyki. Początkowo myślałam, że to duchy, ale z czasem ogarnęłam, że to głos sąsiadki i pojawiły się moje pierwsze podejrzenia względem sąsiada.
Innego dnia, będąc świeżo po filmie o niewolnictwie, handlu organami itd., przyszło mi iść do sąsiadki i poinformować ją, że mama ma niedługo urodziny i jest zaproszona. Sąsiadka otworzyła, ale miała trochę rozmazany makijaż, obrożę na szyi i wyglądała dziwnie.
Oczywiście nie wpadłam na to, by porozmawiać o tym z mamą. Stwierdziłam, że porozmawiam z koleżanką, która jest w tym samym wieku. A ona opowiedziała mi prawdopodobnie zmyśloną historię o swojej kuzynce i namówiła do zadzwonienia na policję. Więc zadzwoniłyśmy i jeszcze podkoloryzowałyśmy to wszystko.
Kilka dni później sąsiadka przyszła zdenerwowana do mojej mamy. Nie podejrzewała mnie, jedynie chciała wyżalić się, że ktoś nasłał policję na jej męża. Pamiętam, że zwyzywała tę osobę.
Oczywiście nie przyznałam się. Za to zaczęłam obmyślać kolejny plan na ocalenie jej, bo wiedziałam, że czasami ofiary bronią tych złych. Na szczęście zanim coś wymyśliłam, dowiedziałam się z internetu czym jest bdsm.
Mój kolega z klasy zaczął się wykłócać na lekcji, że przecież nie wiadomo, czy Ziemia jest kulista, a już na pewno nie krąży na żadnej orbicie. Po wykorzystaniu logicznych argumentów nauczyciel wywalił go za drzwi. Oczywiście ten dalej obstawał przy swoim i na kolejnej przerwie, w innej sali, postanowił, że wykaże nam brak ruchu obrotowego Ziemi skacząc przez okno i lądując w tym samym miejscu, tyle że na dole i to bez żadnych odchyłów w bok. I co ciekawe, on rzeczywiście skoczył z okna...
Pomijając fakt, że to było pierwsze piętro i do ziemi jest 1,5 m, to wpadł w głęboki śnieg w samej koszulce, spodniach i trampkach, a do tego zwichnął kostkę. Ale przekonać się nie dał.
W liceum miałam "problem" z nauczycielem. Dzisiaj ma to swoją nazwę - molestowanie. Któregoś dnia postanowiłam porozmawiać o tym ze swoją wychowawczynią, wiedziałam, że on się wszystkiego wyprze, dlatego zapytałam koleżanki, czy w razie czego potwierdzą moją wersję.
Usłyszałam "on cię tylko podrywa", "widocznie mu się podobasz", na moje stwierdzenie, że przecież to nie jest normalne, usłyszałam, że "nienormalne to by było, gdyby dobierał się do któregoś z chłopaków". Kolegów już nawet nie pytałam...
Dodaj anonimowe wyznanie