Wczesne lata podstawówki, 2-3 klasa.
Uwielbiałam chodzić do ówczesnej pielęgniarki, której pokoik znajdował się na stronie "starszaków", gdzie my, berbecie metr dwadzieścia wstępu nie mieliśmy.
No, ale ja nie pójdę? Koleżanka pod rękę i heja do przodu.
Dzieliło nas może z dziesięć metrów od celu, gdy drogę zastąpili oni - wielcy jak góry chłopcy, którzy z wielką chęcią pośmieszkowaliby z takich dzieci jak my.
Próbujemy ich wyminąć raz z jednej, raz z drugiej to strony. Na nic to jednak, nadal stojąc z tą karykaturą uśmiechu. Ja byłam niezrażona, jednak ma przyjaciółka tak. Zaczęła mówić, że chcą przejść, drżącym głosem dając do zrozumienia im, że ona się naprawdę boi.
Oczywiście nie zadziałało, wręcz przeciwnie. Było to jak płachta na byka.
W mgnieniu oka otoczyli ją i zaczęli popychać jak szmacianą lalkę. Nawet nie myśleli, że atak nie nadejdzie od nauczyciela (którego gdzieś wywiało), a od tej małej istotki, która z łatwością wskoczyła na grzbiet chudszego z nich i użarła w ramię, jednocześnie szarpiąc za włosy. Rozpoczęła się między nami walka, której - o dziwo - nie zauważył żaden z dorosłych.
Szarpał się, obijał mną o ściany, aż wreszcie udało mu się mnie zrzucić, powodując jeszcze większy ból, gdyż jak się okazało - przegryzłam mu się aż do krwi, nie jakoś mocno, ale jednak mój jeden mleczak został.
Dwójka dryblasów odwróciła się do nas, chcąc wymierzyć wyrok, ale nas - jak to dzieci - już dawno nie było, przynajmniej w tej części korytarza. Cóż, te szóstki znikąd się nie wzięły.
Teraz, po ponad sześciu latach, wróciłam odwiedzić starą podstawówkę, jednocześnie i moich przyjaciół, którzy postanowili pozostać tam jeszcze na gimnazjum.
I wiecie co? Jest tam pewna legenda, która mówi o opętanej dziewczynce, która w amoku zaatakowała bezbronnego ucznia, pozostawiając po sobie jedynie ostry jak u psa kieł.
Cóż, opętana nie jestem, zębów też zbyt ostrych nie miałam w tamtym czasie... no ale hej! Nieważne, jak mówią, ważne, by mówili, nie?
Panuje przekonanie, że jak dziewczyna zrobi pierwszy krok do chłopaka, to on przeważnie da jej szansę.
Podrywałam otwarcie dokładnie 8 chłopaków w ciągu 3 lat liceum i 2 lat studiów. Każdy mnie odrzucał już przy pierwszej mojej propozycji pójścia na kawę czy piwo.
Nie byłam brzydka czy gruba. Raczej przeciętna. Cycki mam, talia jest, tyłek ćwiczyłam, coby krągły się zrobił. Z twarzy też raczej bez tragedii.
Za to w internetach jak z kimś pisałam, to każdy się dziwił, że ja sama jestem, bo taka fajna ze mnie laska.
Od mojego pierwszego chłopaka dowiedziałam się, że moja twarz nie ma emocji. Zawsze mam minę jakbym była jakąś damą, co się z plebsem nie zadaje.
Bliżej poznaliśmy się, bo po zajęciach męczyłam go rozmowami na Fb i dopiero to go do mnie przekonało.
Fajnie wiedzieć, że moja twarz robiła mnie w bambuko tyle lat...
Ludzie różnie się tłumaczą, jak im nie idzie na kursie na prawo jazdy. Ja mam jednak, chyba jako jedyny na świecie, za wymówkę spadający meteoryt.
Jak jechałem z instruktorem, to kilka metrów przed nami spadł z nieba meteor, taki malutki, ale jednak.
Wysiedliśmy, popatrzyliśmy, krater był niewielki, a w środku chropowaty ciemnoszary kamyczek. Staliśmy i czekaliśmy aż trochę wystygnie, po czym wzięliśmy go za pomocą klucza francuskiego i jakiegoś kawałka materiału.
Resztę kursu ani trochę nie mogłem się skupić.
Dzisiaj zaniosłem go na katedrę geologii na moim uniwersytecie i rzeczywiście to niewielki fragment asteroidy. Zamierzam go sobie oprawić u jubilera i nosić na szyi. W końcu nieczęsto znajduje się coś takiego.
Było to w liceum. Już nie pamiętam w której klasie.
Razem z moją koleżanką z ławki i jej sąsiadką robiliśmy projekt w domu mojej koleżanki. W domu był też jej starszy brat. Siedziałyśmy zamknięte w pokoju. W pewnym momencie wchodzi jej mama, która właśnie wróciła skądś z jej tatą, i pyta czy jest jej brat. Ona odpowiada, że przecież jest. Mama wychodzi. Potem słychać syrenę. Ja się śmieję, że to po nią jadą.
Potem koleżankę wola jej mama. I słychać krzyk. Okropny krzyk. Wpada z powrotem do pokoju i krzyczy, że jej brat właśnie się powiesił na klamce od drzwi i nie żyje... Nie wiedziałam co powiedzieć. Potem poszłyśmy do domów. Jak wróciłam do domu to oczywiście obiad na stole i dopiero wtedy zaczęłam płakać. Powiedziałam co się stało, a moi rodzice nic. Zero reakcji.
Koleżanka przez kilka dni nie chodziła do szkoły. Ja nic nie mówiłam nikomu bo po co? Tylko wychowawczyni i dwóm najbliższym kolegom. Na szczęście był normalny pogrzeb. A potem koleżanki się dowiedziały i z pretensjami, że nikt im nie powiedział. Jak dla mnie im mniej osób wiedziało tym lepiej było mojej koleżance, lżej wrócić do normalnego życia.
Taka smutna historia.
Słowem wstępu: jestem "wampirem". Uprzedzając wasze pytania: lubię czosnek, nie chowam się przed słońcem i nie jestem nieśmiertelny. Fantastyka i filmy przedstawiają wampira jako żądną krwi bezwzględną bestię, która pije krew dziewic i śpi w trumnie za dnia. Chciałbym Was, drodzy Anonimowi, zapoznać z terminem "sanguinarian" i uświadomić, że współczesne wampiry to nic innego jak zwykli ludzie.
Wampiryzm wcale nie jest wyjątkowy, jednakże ta dziwna przypadłość stała się inspiracją dla wielu filmów, książek i ogólnej fikcji. Sanguinarianie to osoby, które od czasu do czasu czują potrzebę, wręcz muszą napić się krwi, czy to ludzkiej, czy zwierzęcej, słabszej. W przeciwnym wypadku mamy objawy podobne do odstawienia papierosów czy innej substancji uzależniającej. Głównie jednak są to migreny, insomnia i wycieńczenie. Bledota, długie kły i niechęć do słońca są w 100% cechą konkretnej osoby, podobnie jak inne cechy wyglądu. Nie są one w żadnym stopniu powiązane z wampiryzmem.
Każdy z nas w pewnym momencie życia zdał sobie sprawę z konieczności picia krwi. W moim przypadku zaczęło się od częstych nudności i bóli głowy, które nasiliły się w okresie dorastania. Często nie miałem sił żeby podnieść się z łóżka gdy wstałem po ledwie przespanej nocy. Lekarze twierdzili, że jestem okazem zdrowia i nie mieli pojęcia, co może powodować te objawy. Zauważyłem jednak, że trochę lepiej się czuję po jedzeniu mało wysmażonych lub surowych mięs i "krwistych" steków. Przełom nastąpił, gdy po raz pierwszy napiłem się ludzkiej krwi. Nie było jej dużo, jednak poczułem zauważalną różnicę w samopoczuciu. Nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje. Być może to efekt placebo, z tego co mi wiadomo nie zostały przeprowadzone nad tym konkretne badania (a szkoda, miło by było się dowiedzieć co w końcu sprawia, że krew stawia mnie na nogi).
Krew, którą pijemy, jest nam dostarczana bezpośrednio i dobrowolnie od czystych od chorób dawców. Często są to najbliżsi przyjaciele, nawet rodzina. Nie trudno także znaleźć małe społeczności składające się z zaufanych dawców i innych sanguinarian. Pomagamy sobie nawzajem, nie tylko w sprawach krwi ale i w codziennym życiu. Coś w rodzaju wielkich, przyszywanych rodzin.
Wbrew pozorom nie jest to żadna "faza" ani styl życia. Ludzie, którzy piją krew dla kontrowersji i ogłaszają się wampirami szukają atencji. Przez takie osoby społeczeństwo traktuje nas jako niespełna rozumu, przez co musimy się z tym ukrywać i zwierzać tylko najbliższym. Picie krwi jest bardziej przymusem niż fetyszem, jak niektórzy uważają. Nie pijemy jej też codziennie. W moim przypadku raz na tydzień w zupełności wystarczy by złagodzić dolegliwości.
Także więc, jeśli ktoś was poinformuje o byciu sanguinarianem, nie nasyłajcie na niego księdza ani psychiatry. Wampir też człowiek. ;)
Jestem chyba Januszem Starbucksa.
Muszę czasami do niego pójść, ponieważ u mnie w mieszkaniu jest za słaby Internet. A po drugie, lubię tam pracować.
Tak więc nie lubię pić kawy, a gorąca czekolada jest dla mnie za słodka. Więc zostaje mi tylko herbata za 10 zł, którą piję kilka godzin. Jednak po pewnym czasie proszę o gorącą wodę, tak więc w sumie mam dwie herbaty za 10 zł. :)
Wiem, że sknerstwo, ale niestety nie stać mnie jeszcze na normalne zamówienia.
Przeczytałem niedawno wyznanie o nerwicy natręctw i postanowiłem napisać swoją historię, może też dlatego, że pojawiły się komentarze, w których pisano, że to teraz taka moda lub wymysł. Otóż nie. Nerwica natręctw, inaczej OCD, czyli zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, dotyka bardzo spory odsetek społeczeństwa. Nie jest to choroba, a zaburzenie i nie jest to również moda, a problem XXI wieku.
Od 2 lat leczę się na OCD, które mam od lat minimum 10. Zaczęło się niewinnie, od obgryzania paznokci i mycia rąk. Ale w pewnym momencie problem mnie przerósł i postanowiłem postawić wszytko na jedną kartę i iść po pomoc do lekarza i psychologa. Dziś chodzę na psychoterapię i powoli staram się z tego wygrzebać. Kompulsji jako takich już nie mam lub w nie nie wchodzę, ale bywało inaczej, potrafiłem wstawać godzinę wcześniej, żeby zrobić swój rytuał wyjścia z domu. Polegał na 35-krotnym umyciu twarzy, 30x sama woda, potem 1x mydłem i 5x wodą (1+5=6, a magiczna liczba była liczba 5, skąd więc 6? Stąd, że liczyłem z 0 o.O) , 5-krotnym jej wytarciu, umyciu zębów 3x, ale podział na 5 obszarów, po czym znowu umyciu 5x twarzy. To już 40. Potrafiłem modlić się po 30 min rano i godzinę wieczorem, żegnając się tyle razy, dopóki nie poczułem, że to jest ''to'' i mogłem zakończyć modlitwę. Dociskać kontakt 5x, żeby czasem w nocy nie spalił się dom, czy chociażby zamierać ze strachu, że stracę kontrolę nad sobą i zrobię krzywdę bliskiej mi osobie.
Obecnie posiadam bardziej natrętne myśli, głównie że jestem złym człowiekiem lub że krzywdzę innych, chociaż dla bliskich jestem gotów zrobić chyba wszystko. Jestem też perfekcjonistą, czasem przesadnym. Mam bardzo niska samoocenę, wynikającą też z tego, że spotkałem na swojej drodze ''trudnych'' ludzi, ale pracuję nad tym. Kompulsje eliminuję tak szybko, jak się pojawią, łatwo nie jest, z myślami jest gorzej. Potrafię jechać na terapię z atakiem i tłuczeniem serca, żeby wyjść z niej jako ''ktoś'' inny. Nie uważam się za osobę modną, ale nie uważam się też za osobę chorą. Uwierzcie mi, zaburzenia nerwicowe to duży problem, z którym większość, być może nawet wasi bliscy, się ukrywa, bo najzwyczajniej się wstydzi.
Ja do dziś się ukrywam.
Czytałam wyznanie o pierwszej pomocy... Moje wspomnienia z kursu PCK są - uprzedzam - ekstremalne!
Mieliśmy na kursie dziunię, Marlenkę-co-to-nie-ja! Marlenka ani urodą, ani inteligencją nie grzeszyła. Któregoś razu przerabialiśmy symulację uszkodzonej tętnicy w nodze na wysokości łydki. Symulant leży, krew się leje...
Marlenka zapytana co zrobić w takiej sytuacji złapała się za głowę i krzyknęła:
"Boże! Trzeba mu tę nogę jak najszybciej uciąć!!! Przecież mu z niej krew tryska i on się zaraz wykrwawi!
Uprzedzając pytania... Nie, Marlenka kursu PCK nie skończyła. Została wywalona po tym, jak próbowała "reanimować" fantoma szklanką zimnej wody.
Kiedy byłem mały, przed zaśnięciem wyobrażałem sobie, że coś zbroiłem - i moja mama zamiast puścić w ruch pasek lub tłuc mnie "z liścia" (a rękę miała ciętą, od ojca tak nie bolało) mówi wtedy "Słuchaj synek, wiem, że zrobiłeś coś nie tak, ale zamiast kary zastanów się jak to naprawić i naucz się na własnych błędach".
Taka sytuacja nigdy się nie wydarzyła w rzeczywistości. Nigdy. Była zbrodnia - ZAWSZE była kara. Zwykle cielesna.
Mam 42 lata i zaawansowaną nerwicę połączoną z rozległą depresją. Ciekawe czemu.
Jak byłem mały, mama zawsze sadzała mnie na pralce podczas wirowania, tylko po to, by przytrzymać pralkę, by ta nie "chodziła" po łazience.
Do dziś mama radzi sobie w każdej sytuacji :D
Dodaj anonimowe wyznanie