#LXeW6

Po raz pierwszy od dawna zaczęłam myśleć, że to jak się czuję kogokolwiek obchodzi i mogę zdjąć "maskę". Podeszłam do mamy, przytuliłam się i najzwyczajniej w świecie pękłam wybuchając nieopanowanym rykiem.

Dzisiaj, dzień później usłyszałam, że jestem egoistką i żebym zamiast gadać głupoty i wymyślać problemy zajęłabym się robieniem obiadu, bo chyba mi się nudzi.

Meh.

#ej1jz

Działo się to w końcowych latach ubiegłego wieku, kiedy chodziłem do młodszych klas podstawówki. Mieszkałem w rejonie, gdzie przez miasto przebiegała linia kolejowa na nasypie. Nasyp był ogrodzony bardzo dziurawą siatką, a i to tylko na kawałku. Nas, dzieciaków, pełno było wszędzie: wykop pod rury – no oczywiście zabawa w wojnę, budują blok – po wielkiej dziurze w ziemi pływamy na starych drzwiach, piwnice, jakieś ruiny – najlepsze miejsce do zabawy, wszystkie drzewa nasze. Jednak nikt, ale to nikt, nie wchodził na ten nasyp, a jeśli już – np. po piłkę, to starannie się rozglądał, czy czasem w pobliżu nie ma jakiegoś pociągu. Nawet jak pociąg stał pod semaforem, to czekano, aż sobie pojedzie.

Pewnie myślicie, że tak chwalebne unikanie niebezpieczeństwa panowało wskutek pouczeń rodziców lub jakiegoś traumatycznego zdarzenia? Nic z tych rzeczy. Byliśmy przekonani, że – uwaga – pociągi robią zdjęcia, a potem… no właśnie, nikt nie wiedział, co potem…

Do dziś zastanawiam się nad tym fenomenem.

#RryOa

Strasznie wstydzę się mojej matki.

Mam okropne wyrzuty sumienia pisząc to, ale mam już tego powoli dosyć.
Moja mama ma 40 lat, lecz wygląda na przynajmniej 10-15 lat więcej. I nie jest to kwestia genów, lecz zwykłego zaniedbania.

Ma 30 kg nadwagi (co przy wzroście 160 cm jest bardzo widoczne), myje się raz/dwa razy w tygodniu, włosy około 2-3 razy tygodniowo. Zdarza jej się chodzić cały tydzień w tym samym ubraniu, które zwykle składa się z wyblakłego swetra, dresów i adidasów, które pamiętają dinozaury. Makijażu nie używa w ogóle, a perfumy uważa za zbędny luksus.

Uprzedzając komentarze: nie klepiemy biedy. Wręcz odwrotnie. Nasza sytuacja jest dość dobra - oboje rodziców pracuje, a za wszelkie zachcianki płacimy z siostrą z własnych pieniędzy (pracujemy dorywczo w weekendy). Pracę też ma stosunkową lekką fizycznie, bo pracuje jako bibliotekarka od 8 do 14.

Próbowałam z nią rozmawiać, lecz na każdą delikatną sugestie ze strony mojej, siostry czy ojca od razu reaguje agresją typu "Bo ty niby jesteś idealny/a? Patrz na siebie!".
Nie przeszkadza jej to jednak krytykować wszystkich wokół. To taka typowa Grażyna, która obgada każdego i przy*ierdoli się do wszystkiego ("patrz, jak Aśka przytyła, heh, a Tomek jaki ma brzuch! A Basia podobno pracę zmienia! Pewnie coś schrzaniła i ją wylali z poprzedniej. Idiotka! A Julka to podobno znowu sobie jakiegoś chłopaka znalazła i chce się hajtać. W tym wieku! Że jej nie wstyd..." itd. itd.
Nie można jej też nic powiedzieć w sekrecie czy prosić o radę, bo zaraz będzie o tym wiedzieć całe osiedle.

Uwielbia także wyśmiewać mnie i siostrę: "Ale się znowu wymalowałaś! Dało ci to coś? A włosy przecież wczoraj myłyście! Tylko wodę marnujecie. Patrzcie no, znowu się wysmarowała tym mazidłem. Młoda jesteś, po co ci te wszystkie kremy do twarzy?".

Naprawdę ją kocham i doceniam wszystko co dla mnie zrobiła, ale nienawidzę przedstawiać jej swoim znajomym, bo (pomijając już wygląd i zapach) jej zachowanie jest naprawdę żenujące. Nie mam pojęcia co robić. Po prostu się jej wstydzę :(

#FNffS

Poznaję dużo fajnych facetów - zajętych, żonatych - gdzie w większości to niezłe ziółka.
Wyczuwam takich na kilometr.

Tylko moje sumienie nie pozwala mi się przespać z żadnym z nich, chociaż do nich najbardziej ciągnie. Pomimo tego, że wiele z nich "olewa" swoje partnerki i są totalnymi ch*** czasem.

Chociaż miałabym się skręcić, nigdy nie prześpię się z zajętym facetem, a z drugiej strony najbardziej tego chcę. Nie wiem dlaczego.

Zakazany owoc zawsze słodszy jest?

#Au42a

Jestem dorosłą kobietą, od ładnych paru lat po ślubie. Nie chcę dzieci, nie mam ich i mieć nie będę, bo podwiązałam sobie jajowody za granicą. Mąż popiera i zawsze popierał moje zdanie w całości. Natomiast moja matka prze wiele lat dręczyła mnie o wnuki (od kiedy skończyłam 18 lat, bo wtedy już można wziąć ślub i mieć potomstwo CAŁKOWICIE "legalnie"). Pewnego jednak dnia, w święto, przy rodzinnym stole wstałam i wywaliłam na wierzch te dwie maleńkie blizny oznajmiając, że dziecka nigdy nie będzie. Zrobiłam to po bardzo niesmacznym i uporczywym nagabywaniu o ew. potomstwo, gdzie bliska rodzina, oraz niemal obcy ludzie (przyjaciele rodziny "ciotki i wujki") wypytywali mnie o nasze pożycie intymne. Matka zdzieliła mnie za to w twarz.

Matce oddała moja prababcia. Chochlą z wazy z wrzącą zupą. I wydarła się dziko, mniej więcej tak:
"Ja byłam głupia i dałam dupy przed czternastką. Moja córka nawet nie wie kto był twoim ojcem. Ty zaciążyłaś po raz pierwszy w piętnaste urodziny. Twoje dwie starsze córki mają po dwadzieścia lat i po trójce dzieci, każde z innym. I ty masz czelność przypieprzać się do jedynej kobiety w tej rodzinie, której bardziej poszło z mózg, zamiast w ci*ę?!".

Mąż był gotów do rękoczynów przez cały czas, ale ja go hamowałam. Tamtego wieczora uściskałam prababcię, powiedziałam, że ją kocham i wyszliśmy. Tydzień później prababcia przyjechała do nas taksówką z pytaniem, czy może tu pomieszkać, bo została wyrzucona z własnego domu. Oczywiste było, że może. W mój pierwszy wolny weekend, jaki miałam od dawna, usiadłam z nią przy oknie, tak jak wtedy, kiedy byłam bardzo mała, a prababcia przytuliła mnie do brzucha i tak sobie siedziałyśmy w ciszy. Zapytałam ją, jak to właściwie było, że dała pradziadkowi w tak młodym wieku. Babcia rzekła "Bo wiesz... dziadka zabierali do wojska. Wiedziałam, że raczej nie wróci, więc chciałam mieć coś po nim. Kochałam go. Przez tamten tydzień żaden stóg nie był bezpieczny. ŻADEN. Miałam, czego chciałam. Ale on wrócił, i to w całości. Mnie już nie chciał, poszedł do innej. A ja zostałam z córką, której nie umiałam wychować. Mądra dziewczynka... mądra..." - prababcia pocałowała mnie w głowę. - "Mądrzejsza niż trzy pokolenia, i jestem z niej dumna".

Prababcia wciąż żyje. Ledwie, ale żyje. Jest z nami. Szczęśliwa tak jak my. A z matką nie mam kontaktu od dawna.

#BRNXM

Czerwiec, szósta rano, telefon od sąsiadki. Kobieta przerażona, szepcze, że leży w łóżku, a po jej mieszkaniu (parter na poziomie gruntu) ktoś chodzi. Szybko budzę męża, mówię mu co i jak. Z sąsiadką znamy się od dawna, mamy klucze do swoich mieszkań. Mąż, postury szafy gdańskiej, złapał z kuchni tłuczek do mięsa i w samych galotach dosłownie zeskoczył piętro niżej na trawnik, po czym z rykiem wparował przez uchylone drzwi balkonowe do mieszkania pani A. Ja tymczasem z komórką z kamerką w łapie, klucze w drugą i ruszam na odsiecz przez bardziej cywilizowaną drogę, tzn. przez drzwi do jej mieszkania. Wrzaski, ryki, kwiki.

Mąż o mały włos nie zatłukł pani A., która słysząc podejrzane kroki zbyt blisko drzwi swojej sypialni chwyciła leżącą przy łóżku szpilę do włosów ze szczerym zamiarem ewentualnego zadźgania napastnika w ramach samoobrony. Mąż ma szyję jak rączy guziec, zatem drewienko skisło, tak samo jak sąsiadka - widząc zarówno jego, jak i mnie wpadającą z bojowym wrzaskiem przez drzwi, rzuciła się ślubnemu na szyję ni to się śmiejąc, ni to płacząc. Kobiecina młoda, waleczna, ale serce chore, dziewczyna ledwie chodzi i często potrzebuje pomocy. Dlatego jesteśmy tak blisko.

No ale gdzie ten zbój? Obydwie, z nożami z kuchni w każdej ręce, ubezpieczamy mojego małżonka, który sprawdza każdy kąt. W międzyczasie telefon na policję. Słusznie, bo w szafie w sypialni pani A. znajduje się menel. Sąsiadka w sumie niemal go zadźgała...

Podsumowując: menel od dawna włamywał się do pani A. przez drzwi balkonowe, bo miał klucz do nich. Robił to, kiedy ona była w pracy. Korzystał z łazienki, podbierał jedzenie, oglądał TV i tylko z komputera nie korzystał, bo był na hasło. Daruję sobie szczegóły, ale chłopina nieźle to sobie obmyślił. Tamtego jednak dnia jej praca na etat się skończyła, mimo dnia powszedniego została w domu i wszedł do mieszkania z właścicielką w środku.

Skąd miał klucz? Ekipa wykończeniowa na ostatnim etapie robót takowy miała. Do niedawna był on kierownikiem tej ekipy i na jeden raz dostał pod koniec, po wymianie zamka, nowy klucz od ręki, bo chodziło o jakiś drobiazg do naprawy. Już wtedy pił i wiedział, że za kilka dni oficjalnie wyleci. Facet nie miał nic na stałe. By się zabezpieczyć na przedwiośnie, dorobił sobie klucz, oryginał oddał pani A. i słuch o nim zaginął. Sąsiadka nic nie zauważyła, bo bardzo się pilnował, dużo nie kradł - ot, używał jej czajnika, kuchenki, prysznica, czasami pralki. Sąsiadka miała swoje problemy, nie była pedantką - ot, uważała, że to jej niechlujstwo albo skleroza. U nas dobra izolacja, nic nie słyszeliśmy.

Póki co, wszystko w rękach policji, która to wyjaśnia. Wszyscy jesteśmy ciągani po sądach od wielu miesięcy. A pan menel siedzi sobie w cieple, ma darmowe posiłki i opiekę medyczną... chyba o to mu chodziło.

#8Zxfg

Sklep, dłuższy czas temu. Narąbany jak szpadel, z zapasami potionków na resztę wieczoru dumam przy lodówkach nad jogurtem najlepszym na kaca - a tu ni z gruchy, ni z pietruchy, słyszę głos.
"Prz...prze...przepra...szam ppppana" (dosłownie tak rzekł ten głos) "czy jest tu gdzieś chude mleko, bo ja... he, he, he... ślepa jestem cytra, nie widzę, he, he, he".
Z trudem kojarzę, co to jest cytra, a z jeszcze większym wysiłkiem dociekam, skąd ten głos dochodzi. Schylam się niemal w kabłąk, a tu kilka centymetrów dalej, na wysokości mojej przepony, sterczy takie małe, wystraszone coś, co uśmiecha się durnowato do stosu srajtaśmy, plecami zwrócone do lodówek. Myślę sobie: narąbana lepiej niż ja. Ale delikatnie odwracam pannę, a panna ślepa. Dosłownie. Oczka zamglone bynajmniej nie od procentów.

Wytrzeźwiałem w kilka sekund. No... może nie do końca, ale znacznie. Dziewczyna zdezorientowana, przestraszona, zmieszana, śmiejąca się nerwowo. Im więcej gadała i śmiała, tym większy przerażenie było po niej widać. Blada jak papier, buzia jak u szkieletu - mokry sen nekromanty. Załadowałem jej to mleko do koszyka. Podziękowała bardzo zmieszana, uciekła do kasy. Poszedłem za nią. Mało się nie zabiła w drodze do i od płatności.

Przed sklepem czekał na nią mały, czarny terier. Siedział sobie grzecznie bez smyczy. Złapał zębami pannę za zwisający pasek od torebki i tak prowadził, niczym cień.
Tamtej nocy przyszedł przymrozek, złapał błyskawicznie - mimo wysiłków psiaka musiałem łapać panią kilka metrów dalej, bo by głowę rozbiła o chodnik. Była sztywna ze strachu. Oznajmiłem, że odprowadzam ją i psa do domu. Skończyło się na tym, że wypiliśmy połowę zaopatrzenia na imprezę siedząc na ławce w okolicznej zieleni, a drugie pół u niej w mieszkaniu.

Krasnoludek ślepł przez postępującą, atakującą całe ciało chorobę. Jeszcze niedawno, licząc od tamtej nocy, widziała całkiem nieźle. Potem było tylko coraz gorzej. Nie zgadzała się na lekarzy, szpitale, bo do tej pory tylko pogorszyli jej stan... była sama, ale jakoś sobie radziła.Tak wyszło, że nie miała nikogo poza psem, znalezionym sama w sumie nie wie do końca gdzie. No i mną. Od tamtej nocy miała też mnie i dalej ma. Też nie ma pewności skąd. A ja jestem okropnie wysoki i okropnie brzydki. Ona jest przepiękną kobietą. Ani jej, ani mnie to nie przeszkadza ;)

Zechciała mnie poślubić. Z tej okazji kumple darowali mi niedostarczenie trunków (kasa była moja, żeby nie było!) na tamtą noc. I tak sobie żyjemy, ja, ona i nasz pies. Ona jak ten kwiatek na jesieni, więdnie sobie powoli. Wiem, że pies pożyje dłużej niż moja żona, a że młody już nie jest... cóż.

Niedawno zapytałem ją, skąd wtedy wiedziała, że jestem mężczyzną. "Mama kiedyś kupiła smalec z knura... można powiedzieć, że miałam nosa".

#8anBM

Kolejna przygoda dzielnicowego z talentem do prowadzenia rozmów z osobami chorymi psychicznie.

Do biura przyszła starsza kobieta, która prosi o pomoc, bo jej mąż stale ją wyzywa, złośliwie chowa i kradnie jej majtki i inne rzeczy osobiste oraz ją gwałci.
Dzielnicowy pyta z kim pani mieszka, czy są jacyś świadkowie itp. Pani odpowiada, że mieszka sama.
- To znaczy sama z mężem? - pyta dzielnicowy.
- Nie, mieszkam sama, mąż nie żyje.
- No przecież mówiła pani, że mąż panią krzywdzi.
- No tak.
- No to jak panią może krzywdzić? Jako duch?
- No tak.

Przyznaję, że siedząc z boku i słuchając takiej rozmowy nie mogłem zachować powagi i zmuszony byłem twarz ukryć za monitorem komputera i tłumić śmiech.
Tak, wiem, nie ma z czego się śmiać, ale niekiedy ciężko się powstrzymać, zwłaszcza biorąc udział w częstych tego typu sytuacjach.
Kolega zachowując pełną powagę kontynuuje rozmowę:
- To może księdza wypadałoby wezwać.?
- Nie... Próbowałam, kazał się modlić. Modlę się, ale to nic nie daje.
- Nic?
- Nic!
- ...I co, mąż cały czas jest u pani w mieszkaniu?
- Nie! Przychodzi wieczorem, zrobi swoje i sobie idzie!
- No to jak on wchodzi do mieszkania?
- Dziurką od klucza!
- To może niech pani klucz do dziurki włoży.
- Już próbowałam. To pod drzwiami wchodzi!
- Jak!? Między progiem a drzwiami?
- Tak właśnie!
-To niech pani jakąś szmatę tam podłoży, to nie będzie wchodził!
- No o tym nie pomyślałam. Tak zrobię. Dziękuję. Do widzenia.

Pani więcej nie przyszła i wszyscy byli szczęśliwi. Niby niewiele trzeba było, ale poskutkowało.

PS. Pozdrawiam wszystkich, którzy chcieliby uzmysłowić takim ludziom, że są chorzy, albo w inny sposób im coś tłumaczyć.

#YZV6y

Obecnie jestem dorosłą kobietą, mam swoją rodzinę. Kiedy czytam wyznania dzieci źle potraktowanych przez rodziców, to przypomina mi się wiele sytuacji z mojego życia, kiedy to moja mama wstrętnie się zachowała wobec mnie.

Od dziecka byłam porównywana do innych koleżanek, oczywiście to ja byłam tą gorszą osobą. Jak przyszli goście, to mama mnie przy nich krytykowała o wszystko. Zawstydzała mnie. Po co? Nie wiem.

Jej metodą wychowawczą było upokorzenie mnie przy innych - jak miałam około 14-15 lat, przeciekła mi podpaska i poplamiłam bieliznę. Zaprałam te nieszczęsne majtki, odłożyłam tak, żeby nie leżały na widoku i wyszłam z łazienki (takie plamy trudno schodzą, więc przed wypraniem chciałam jeszcze namoczyć). Przyjechali do nas ciocia i wujek. Kiedy stałam obok nich, mama wyszła z domu i ze złością do mnie "masz wyprać te poplamione krwią majtory!". Miałam ochotę umrzeć ze wstydu... Tak jakby nie można było powiedzieć mi dyskretnie.

Wiele razy w przypływie potrzeby pocieszenia czy rady rozmawiałam o czymś z mamą i się jej zwierzyłam, to później wykorzystywała to przeciwko mnie.

Nigdy mnie za nic nie przeprosiła, nie powiedziała, że mnie kocha.

Mając 13 lat opisywałam w pamiętniku moje pierwsze zauroczenie, wszystkie przemyślenia, marzenia. Zgadnijcie co. Ona go przeczytała. Nabijała się ze mnie, że zakochałam się w Łukaszu i rozpowiadała o tym co wyczytała wszystkim naokoło. Wiecie, jak się czułam? Jak obdarty z godności śmieć. Moja prywatność została perfidnie zgwałcona. Wtedy przestałam jej ufać całkowicie.

Wyzwiska? Ty gnoju, kurwo, szmato jebana, suko pierdolona. Zazwyczaj kiedy miała zły humor, to wyżywała się na kim popadło.

W szkole mieliśmy na jednym przedmiocie prowadzić zeszyt w taki sposób, że pisaliśmy tylko na prawej stronie, lewa była na nasze notatki, definicje, wzory itd. Co zrobiła moja mama? Jak sprawdzała mój zeszyt, to zobaczyła, że co druga strona jest pusta. Co robi normalny człowiek? Pyta dlaczego tak jest. Co zrobiła ona? Wściekła się: "Ty suko zajebana!!! Dopiero kurwa początek roku, a ty już masz zaległości leserze pierdolony, nieuku!".

Kiedy przychodziły moje koleżanki, to właziła do mojego pokoju i siedziała z nami. Nie dało się jej wyprosić...

Kiedy miałam jakieś 18 lat, to zaczęła się u mnie jakaś infekcja intymna, niesamowity świąd, spuchnięte wargi sromowe, nie mogłam tego znieść. Nie było mnie stać na prywatną wizytę, więc został NFZ, gdzie są kolejki. Przełamałam się i poszłam jej zapytać gdzie mogę najszybciej dostać się do ginekologa, bo mam jakąś infekcję. Zwyzywała mnie i dodała, że to od kurwienia się.

Jak czytam pod wyznaniami porady typu "powiedz rodzicom, to Ci pomogą", to chce mi się śmiać, bo niektórzy mają takich rodziców, że nie pomogą, a jeszcze upokorzą.

Wiem jakim rodzicem nie być.
Dodaj anonimowe wyznanie