#F5YCw

W samolocie spodobał mi się jeden chłopak. Okazało się, że ma miejsce obok mnie. Podszedł, przywitał się, uśmiechnął, a kiedy wkładał swój plecak do schowka na górze, to nieświadomie strzelił mnie nim dwa razy w głowę i to dość mocno. Chciałam jakoś dobre wrażenie zrobić, więc nie dałam po sobie poznać, że coś się stało, ale tak mnie zamroczyło, że bełkotnęłam tylko jakiś głupi tekst z rodzaju "fajny masz ten tyłek, znaczy plecak, znaczy tyłek... gdzie lecisz?". Genialnie, jakby tym samym samolotem mógł lecieć gdzieś indziej niż ja. Zaśmiał się tylko i nic nie odpowiedział. Przez 4 godziny spalałam się ze wstydu, siedząc obok niego.

#220Uf

Denerwuje mnie mentalność niektórych ludzi. Mieszkam „za oceanem”. Kilka lat temu zaczęłam spotykać się z pewnym mężczyzna. Coś między nami zaiskrzyło i nasza relacja rozkwitała w najlepsze. Niestety, do czasu. W końcu padło sakramentalne pytanie: „masz papiery?” (pytanie o status rezydenta), na które dla żartu odpowiedziałam: ”nie”. Niby nic się nie zmieniło ale... Randka dobiegła końca, a opisywany dzentelmen zapadł się po niej pod ziemię. No nic, zdarza się.

Stracone trzy miesiące życia, ale mogło być gorzej. O sprawie całkowicie zapomniałam aż do zeszłego tygodnia. Jako że zdarzyło mi się zmienić karierę i otworzyłam jakiś czas temu własne biuro doradcze dla osób emigrujących, moi klienci to w większości nowo przybyli Polacy. Jakie było moje zdziwienie, kiedy mój „ex” zawitał w progi mojego biura! Jednak początkowo mnie nie poznał, więc przeprowadziłam z nim standardowy wywiad i okazało się, że jego pobyt w mojej nowej ojczyźnie jest nie do końca legalny. Jednak zachowałam pełny profesjonalizm.

W pewnym momencie jego wzrok powędrował na ścianę za moimi plecami, gdzie wisiał mój dyplom. Mam rzadkie nazwisko wiec „ex” skojarzył i szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. Jego mina była naprawdę zabawna! Ale jak przystało na prawdziwego twardziela, ładnie się uśmiechnął i zapytał czy pójdę z nim do tej restauracji, do której obiecał mnie zabrać osiem lat temu. Z równie uroczym uśmiechem odpowiedziałam, że owszem, ale tym razem wystawie mu rachunek za moje towarzystwo (miałam na myśli konsultacje).

Niestety, dżentelmen rozmyślił się. Jednak na odchodnym dorzucił jeszcze pytanie, które całkiem mnie rozbawiło - czy mam dla niego jakaś fajna kandydatkę na żonę? Tylko koniecznie z papierami, bo chciałby zalegalizować swój pobyt jak najszybciej!
Nie ma to jak tupet.

#v9aMH

Mam problem z siostrą mojego męża. Jako małżeństwo staramy się żyć własnym życiem, nie ingerować w sprawy innych jeśli się nas nie prosi, nie plotkujemy (oboje sami cierpieliśmy od plotek, które rozsiewali zazdrośni ludzie). Mamy trójkę dzieciaczków, które nad życie kochamy, ja zajmuję się pociechami i domem, mąż pracuje. Czasem mu zazdroszczę aktywności zawodowej, ale cóż, poczekam jeszcze aż dzieci będą starsze.

Wracając do tematu - siostra męża nie potrafi nam dać spokoju. Chyba nie rozumie, że odkąd jej brat się ożenił nie ma już wstępu do jego interesów i wiedzy o problemach. Chyba nie potrafi pojąć, że nie ma prawa wtykać nosa w nasze sprawy, bo jesteśmy oddzielną rodziną. Potrafi odwiedzając nas w naszym własnym domu grzebać w naszych szafkach, sama bez pozwolenia znaleźć sobie to czego jej potrzeba. Nie jest matką, ale uwielbia kwestionować wszystko cokolwiek robię przy swoich maleństwach. Potrafi zabrać mi dziecko z ręki, sama pogrzebać w torbie z przyborami, bo "teraz czas na zmianę pieluchy", dokucza mi jak tylko umie. Wiem i widzę, że ma poważne problemy z zazdrością, ale to co ostatnio się wydarzyło wyprowadziło mnie już z równowagi...

Rzeczona szwagierka zaczęła wtykać nosa w sprawy naszego planowania rodziny! W to czy mamy teraz mieć dziecko, czy tez nie!
To chore ale zaczynamy się czuć jak patologiczna rodzina z kuratorem nad głową... Teściowie nie potrafią pojąć o co mamy do ich córeczki żal!

#lRn31

W wielu wyznaniach o patologii i fatalnych warunkach, w jakich wychowują się dzieci, pojawia się pytanie: Gdzie jest opieka społeczna? Odpowiedź jest prosta: u takich jak ja.

Od kilku lat wychowuję samotnie dwójkę dzieci. Ich ojciec został skutecznie oddalony od ich wychowywania, aczkolwiek nie od kontaktów z nimi, które są regularne i poprawne - innymi słowy, odsiaduje wyrok. Jak łatwo można się domyślić, rozstaliśmy się i nie planujemy ponownego zejścia.

Pracuję w branży, która od wiosny do jesieni wymaga sporego zaangażowania zarówno fizycznego, jak i czasowego, co za tym idzie - nie zawsze mam możliwość przypilnowania córki w sprawach szkolnych. Młoda czasem nie ma odrobionych lekcji, czasem zawali jakiś sprawdzian, albo zapomni piórnika. Jedzenie do szkoły szykuję jej każdego ranka i nie ograniczam tylko do kanapek.

W czym problem? W szkole.
Z racji tego, że ojciec w więzieniu, a ja dużo pracuję, wychowawca oraz szkolny pedagog mają mnie na oku i dostrzegają każdą, nawet minimalną nieprawidłowość związaną z wychowaniem i karierą szkolną mojej córki. Kilka nieodrobionych prac domowych, czy problemy z tabliczką mnożenia urastają do poważnego problemu, które skutkuje wezwaniem do szkoły na pogadankę - powód? Zaniedbanie w nauce dziecka. Córka w niepogodę nie wzięła kurtki, którą jej przygotowałam i wyszła w bluzie do szkoły. Wezwanie do szkoły - powód? Dziecko nieadekwatnie ubrane, zaniedbane. Córka nie ma wykupionych obiadów, bo przynosi kanapki a obiad zjada po powrocie do domu - problem! Powód?

Dziecko niedożywione, bo ile można jeść kanapki, a czasem zje obiad za kogoś, kogo nie ma w szkole. Nie woła głodna o jedzenie, nauczycielka sama jej obiad proponuje, a córka się zgadza. Ja też bym się zgodziła. ;) Ewidentne podejrzenie patologii w rodzinie, bo dziecko jest zaniedbane w pewnych kwestiach, które wynikają z tego, że matka za dużo pracuje a ojca nie ma. W rozmowach z pedagog i wychowawczynią wciskają mi problemy natury psychicznej, bo nie korzystam z zasiłków i pomocy opieki społecznej. A powinnam, bo samotne macierzyństwo itp.

Dzisiaj odwiedziły mnie panie z opieki społecznej, bo dostały informację ze szkoły, że córka jest zaniedbywana. Przez ponad godzinę, pod ogniem krzyżowym pytań, musiałam się tłumaczyć z tego jak żyję i dlaczego tak żyję. Musiałam się tłumaczyć z nieodrobionych prac domowych córki, z niewykupionych obiadów, z tego że nie korzystam z zasiłków, ani nie jestem konsekwentna w pobieraniu alimentów. Łapiecie już tę groteskę i absurd? Gdzieś tam dzieci są katowane przez rodziców, częściej widzą alkohol, niż jedzenie, dorastają w fatalnych warunkach, są gnębione psychicznie... A opieka robi sobie wycieczki po takich rodzinach jak moja, gdzie łatwo można wypełnić kilka papierków i usmażyć ładny raport na koniec miesiąca pod szyldem POMAGAMY!

Pozdrawiam i dziękuję za uwagę.

#QMRGB

Studiuję w Rosji, przynajmniej w tym semestrze. Sytuacja miała miejsce w kawiarence w dużym rosyjskim mieście.
Siedzę sobie, piję kawkę, przy stoliku, dwa stoliki na lewo obok mnie przy osobnym stoliku młoda dziewczyna, pewnie też studentka, nad laptopem, a pomiędzy nami facet, po którego stroju i karnacji widać, że nie Rosjanin, co najwyżej mieszkaniec jakiejś rosyjskiej republiki albo Arab. Ale tam jest ich dużo, więc nikt nie zwraca na to uwagi. I po kilkunastu minutach nagle zamiast czytać swoją książkę, nad którą siedział, perfidnie odwraca się i zaczyna macać po tyłku siedzącą na krześle dziewczynę, ta załadowała mu w pysk prawym sierpowym. Muszę tu przyznać, że dojebała perfekcyjnie, jak zawodowy bokser całą pięścią, a nie jak większość kobiet z liścia. Nos najpewniej złamany, krew gościowi leci, a ludzie się bulwersują. Było tam oprócz nas kilka osób, dwóch facetów łapie zboczeńca i trzyma, a kelner każe trzeciemu lecieć po patrol policji. Są blisko na placu, przy którym leży kawiarnia, zawsze jakiś patrol tam jest. Po kilku minutach przychodzą i rutynowo sprawdzenie dokumentów, spisanie danych świadków i obczajenie sytuacji. Dzikus zaczyna się szarpać, chce uciekać i nie chodzi to u żadne inwektywy rasowe, po prostu wyrywał się jak jakiś małpiszon, kopał i ciągnął do drzwi czterech ludzi (policjanci i ci dwaj faceci nie mogli go utrzymać), kubki zbił, stoliki przewrócił, ale policjanci walnęli z gumowej pały, rzucili go na bar i oparty plecami o ladę nie miał możliwości ruchu. Skuli go i tyle miał. No i wtedy zaczyna się kajać jaki on niewinny, jak go źle traktują. Ktoś, kto minutę wcześniej ładował z buta, teraz udaje niewiniątko. Ale wszyscy wiedzieli jak było i co najwyżej mieli ochotę jeszcze mu dowalić. Policjant spokojnie mówi mu, że on takich rzeczy nie znosi i to, że przyjechał do Rosji na studia (jak się okazało) nie daje mu żadnych praw. Goszczą go i to on ma się dostosować, bo inaczej oni się nie będą p##dolić z nim jak we Francji i u nich co najwyżej dostanie pałą, jak nie będzie respektował rosyjskich zasad. A jak mu się nie podoba, to możemy cię oddać panom (wskazał na tych trzech facetów) i oni z chęcią oddadzą ci za te ciosy. Albo Misza (drugi policjant), pamiętasz tych kiboli z wczoraj, oni z chęcią by się nim zajęli... he, he. Potem powiedział: Idziemy na komisariat i grzecznie, bo to, żeby dojść tam bez uszkodzeń, to jest twój interes, nie nasz. A pani i pan (jeden z tych facetów - miał rozcięte usta) proszę iść do szpitala i zadzwonimy potem, żebyście państwo złożyli zeznania - próba gwałtu, pobicie i atak na policję, wylecisz z Rosji.

A ja? Zabrałem Nataszę do szpitala (lekkie zadrapania) i umówiliśmy się w tej kawiarni tydzień później ;) Jesteśmy po kilku randkach i złożeniu zeznań. A gościa ''deportują'' z Rosji na zbity ryj.

#yoQ5O

Alicję znam całe moje życie.
Nasze mamy znały się długo zanim zostałyśmy poczęte i tak się ułożyło, że urodziłam się dokładnie 2 tygodnie przed nią.
Od zawsze byłyśmy swoim przeciwieństwem, chociaż nadawałyśmy na tych samych falach. Ja niska nieco pulchna blondynka dobra z przedmiotów humanistycznych i ona wysoka szczupła brunetka radząca sobie z naukami ścisłymi.

O ile my nie czułyśmy między sobą rywalizacji (a przynajmniej ja wobec niej) tak nasze matki lubiły się drażnić hasłami typu:
- A moja Asia to wygrała konkurs recytatorski!
- Phi! Moja Alusia pierwsza w kangurze matematycznym!

Nie wiem od kiedy to trwało, na co dzień jednak słuchałam, że Alusia jest lepsza, nie zmieniało to faktu, że kochałam ją jak siostrę.
Lata mijały jednak nadal miałyśmy ze sobą kontakt.
Ja poszłam na studia pedagogiczne, byłam samotna więc skupiłam się na nauce i dorywczych pracach a Alka zawsze kochała ludzi i zabawę, "wpadła" z pierwszym dzieckiem już w szkole średniej. Drugie urodziła kilka lat później, nadal była "singielką" szalejącą w klubach, gdy ja zaczytywałam się w romansach i po cichu jej zazdrościłam.

Nasze matki wciąż dogadywały, nie wiem jak jej, ale moja lubowała się w dopytywaniu kiedy wreszcie kogoś znajdę, kiedy dochowa się wnuków...
Gdy kończyłam studia Alka urodziła trzecie maleństwo, na chrzcie poznałam Krystiana - brata ojca dziecka i wierzcie mi lub nie, pokochałam go od pierwszego wejrzenia.
Życie było piękne, dopóki nie dowiedziałam się, że mam raka jajnika.

Krystian był ze mną i chociaż płakałam nocami i bywałam prawdziwą suką, nie zostawił mnie. Moja matka przeżywała na swój sposób, trochę płakała, trochę dogadywała, że ze mną zawsze problemy a ciocia Ela z Alą nigdy nie miała....
Po usunięciu lewego jajnika badania wykazały guzy na prawym, którego też musieli wyciąć. Wiedziałam, że nie dam Krystianowi dzieci i bolało mnie bardziej niż ból pooperacyjny.

I jesteśmy w czasie obecnym. Mija 4 tydzień od mojej drugiej operacji.
Rokowania są bardzo dobre.
Jestem w domu mamy i nie wiem co robić.
Wiedziałam, że Krystian przyjaźni się z Alką, nie miałam z tym problemu, w końcu jego brat miał z nią dziecko. Problem stanowi fakt, że gdy mnie operowano to on z nią spał.
Zapłakany przyznał się, że szukał pocieszenia, bał się, że umrę, nie dawał rady sam, a teraz nie daje rady z wyrzutami sumienia...przecież mieliśmy wziąć ślub gdy już dojdę do siebie, mieliśmy zwiedzić świat.

Gdy zadzwoniłam do Alki z pytaniem "czemu" przyznała się, że znowu jest singelką i zawsze mi zazdrościła wszystkiego, w tym kochającego faceta więc "tak jakoś wyszło".
Tak jakoś jego członek zaliczył moją prawie siostrę...

Wyję do poduszki wmawiając mamie, że to ból po operacji, że sam minie, a ona mi dzisiaj rzuciła, że Alka nawet przy porodzie nie płakała, a ja się marzę jak dziecko....

#itQtV

W trakcie mojej przygody z doktoratem musiałem prowadzić zajęcia ze studentami. Przedmiot niezbyt lubiany, w trakcie sesji stanowiący sito skazujące wielu studentów albo do ponownego przemyślenia kierunku studiów, albo do wzięcia kosztownego warunku. Mowa tu oczywiście o matematyce.

Żeby jakoś zmobilizować studentów przynajmniej do rzucenia okiem na notatki w domu, a przy okazji ocieplić wizerunek stereotypowego nauczyciela matematyki, na pierwszych zajęciach przy omawianiu zasad oceniania i zaliczania, zaproponowałem studentom pewne nietypowe rozwiązanie.
Powiedziałem, że niezbyt uśmiecha mi się robienie wygibasów w poszukiwaniu ściągawek, a i ukradkowe spisywanie rozwiązań ze ściąg pochowanych w kieszeniach, stanikach, piórnikach itepe moim zdaniem trochę uwłacza ich godności dorosłych ludzi, więc na kolokwium każdy może legalnie mieć ściągę... znaczy się nie ściągę, tylko pomoc naukową. Warunki skorzystania z takiej pomocy naukowe były bardzo proste - całość ma się mieścić na jednej stronie A4, być napisana odręcznie, podpisana imieniem i nazwiskiem, a po kolokwium stawała się moją własnością. Wydruki, ksero i inne formy masowej produkcji były niedozwolone. Studenci jednogłośnie uznali, że to dobry pomysł.

Na tydzień przed kolokwium zawsze przypominałem o zasadach skorzystania z pomocy naukowej - zarówno na zajęciach, jak i w mailu do starosty grupy, z podkreśleniem tego co wolno, a czego nie wolno.
Na ciągłe pytania "a co może być na pomocy?" odpowiadałem, że wszystko, co ich zdaniem jest im potrzebne do zdania, nawet przepis na naleśniki z serem, jeśli im to pomoże.

Kilka kwiatków:
- Studenci przychodzący ze ściągami, na których naprędce nabazgrali kilka trywialnych wzorów, bo się bali, że obniżę im ocenę za brak pomocy naukowej
- Studenci z kserokopiami pomocy kolegów - bo przecież nic nie mówiłem o ksero (zabawne - w mailu zdanie o ksero napisałem tłustą czcionką...), poza tym bali się, że obniżę im ocenę
- Grupka studentów z pomocami napisanymi ewidentnie przez jedną osobę - koleżanka przygotowywała pomoc dla siebie i po drodze wyszło jej kilka sztuk nieudanych, którymi podzieliła się z kolegami. Pozwoliłem zatrzymać - nic nie mówiłem kto ma pisać te pomoce.

Ale były i pozytywne kwiatki:
- pomoce artystyczne, z pięknymi szkicami i wykaligrafowanymi różnymi stylami nazwami tematów, fantazyjnie rozłożonym tekstem...
- pomoc napisana tak drobnym pismem, że potrzebowałem lupy, żeby zobaczyć co na niej jest
- pomoce z przepisami na naleśniki ;)

Jak się nietrudno domyślić, osoby, które nie przygotowały pomocy kolokwium nie zaliczyły, a studenci, którzy się do ściąg przyłożyli... no może nie wszyscy, ale w większości zdali. Część później przyznała, że nawet nie patrzyli na ściągę.

Może trochę niewychowawczo, ale tak w dobrych intencjach propagowałem u swoich studentów korzystanie ze ściąg.
Dodaj anonimowe wyznanie