#ezUQn

Moja matka ma obsesję na punkcie mojej frekwencji w szkole. W podstawówce opuściłam chyba tydzień. Od paru lat codziennie jestem w szkole, bez względu na mój stan zdrowia. Grypa żołądkowa, angina, gorączka? Tabletka i do szkoły :)
Oceny mam świetne, więc kilka dni w domu by mi nie zaszkodziło. Mogłabym nie przychodzić na lekcje i sama sobie usprawiedliwiać nieobecności, ale strasznie boję się reakcji matki na wywiadówce, gdy się o tym dowie. I nie, rozmowa nie pomaga, płacz i bałaganie też.
Najlepsze jest to, że gdy moja matka ma katar albo boli ją głowa, to nie rusza się z domu, jakby była śmiertelnie chora.

#p6ISR

Od 16 roku życia łysieję i lepiej lub gorzej ukrywam to pod długimi włosami.

Wczoraj miałem 21 urodziny i przeglądając z nich zdjęcia zdałem sobie sprawę, że przerzedziła mi się już cała głowa. Nie skończyłem jeszcze studiów, a już mam mniej włosów niż mój dziadek.

Chyba pora wyjść z ukrycia i zacząć straszyć swoją głową.

#Mqpvb

Historia wczesnej dorosłości jest niezwykła. Gdy patrzę na nią z perspektywy prawie 10 lat, w sumie nie mogę uwierzyć, że to się tak potoczyło. Ale po kolei.

Dostałam się na niezwykle wymagający kierunek studiów. Nie byłam do niego przekonana, ale że na tamten moment lepszego pomysłu nie miałam, zaczęłam studia. Nie dawałam sobie jednak rady, 3/4 roku przeżyłam dzięki ściąganiu z dwóch trudniejszych kursów, na pozostałe uczyłam się na 3-3,5, czasem wpadło 4. W połowie pierwszego semestru zaczęłam zdradzać objawy załamania i wypalenia, przeszło trochę po sesji zimowej (dwa tygodnie nieruszania książek, prawdziwe wybawienie). Gorzej zaczęło być potem, zaczęła rozwijać się depresja. Najgorszy był maj, za miesiąc sesja, a ja jestem w stanie jedynie otworzyć książkę i patrzeć się w przestrzeń.

Poszłam do psychologa uczelnianego. Ten mnie wysłuchał, poradził rozmowę z rodzicami (studiowałam w mieście rodzinnym), w razie czego pójście do psychiatry. Zrobiłam na odwrót, od samego początku negowali moje problemy, mówiąc, że robię z siebie ofiarę, wymyślam, inni mają gorzej, a ja mam się cieszyć. Musiałam iść prywatnie, bo na NFZ czekałabym ruski rok, werdykt: depresja, zalecane przerwanie studiów. Było to na kilka dni przed egzaminami. Nie zdałam obu. Razem z wieścią o tym pokazałam diagnozę rodzicom. Jazdy, jaką mi wtedy zrobili, nie chcę wspominać. Powiedzieliśmy sobie wiele gorzkich słów. Z moich ust wyszło coś, czego się nigdy nie spodziewałam: albo przejmą się moim losem i zaakceptują taki stan rzeczy (na jakąkolwiek pomoc nie mogłam liczyć od dość dawna), albo znikam z ich życia.

I wiecie co? Tak się stało. Wakacje w pełni, powiedziałam, że jadę ze znajomymi na wyjazd. Naprawdę spakowałam laptopa, kilka najbardziej osobistych drobiazgów, ubrań, jedzenia, wypłaciłam wszystkie pieniądze z konta i wyprowadziłam się. Zostawiłam na biurku list. Byłam na lodzie, nie mogłam zamieszkać z chłopakiem, bo sam mieszkał z rodzicami, on jako jedyny naprawdę mnie wspierał. Przenocowałam dwie noce u niego, zastanawialiśmy się intensywnie, co zrobić. I wpadliśmy na pomysł szalony.

Niedaleko miały swój klasztor zakonnice zajmujące się ciężarnymi nieletnimi. Nie łapałam się na żadne z tych określeń, ale... przygarnęły mnie. Znalazłam pracę na kasie, cztery dni w tygodniu pracowałam tam, dwa kolejne u sióstr jako zapłatę. Po pół roku oszczędzania wynajęłam pokój, żyłam bardzo oszczędnie. W kolejnym roku akademickim dostałam się na inne studia, z trudem łączyłam naukę z pracą, którą zmieniłam, ale dałam radę. Jeszcze rok później wyszłam za mąż za tego samego chłopaka. Jest programistą, więc zarabiał już wtedy solidne pieniądze, mogłam rzucić pracę i na spokojnie studiować.

Wiem, że to, co zrobiłam, było szalone, i mogło się potoczyć różnie. Nie żałuję tego jednak.

#BStaW

Na osiedlu, gdzie spędziłam całe dzieciństwo, rosło sporo dzikiej aronii, wiśni, a po płotach domków jednorodzinnych pięło się sporo winorośli. Ja i moja najlepsza przyjaciółka mieszkałyśmy w jednym bloku.

Pewna starzejąca się dama, mieszkająca na przedostatnim piętrze, była równie bogobojna, co upierdliwa. Agresywna, rozdarta, podła, złośliwa... długo by można tak wymieniać. Wszystko jej przeszkadzało, każdy był wrogiem - i to nie była opinia dwójki dziewczynek, ale całej okolicy. Nasi rodzice również tej baby nie lubili, bo potrafiła budzić ludzi o 3 w nocy waleniem do drzwi, bo według niej w mieszkaniu odchodziła bliżej nieokreślona "sodomia i gomoria!" (i nie, nie chodziło chociażby o to, że ktoś uprawiał seks). Według niej jedynym stworzeniem z okolicy, zasługującym na miłość i dobroć były ukochane ptaszki niebiańskie. Wyrzucała na swój balkon oraz parapety tony chleba, kasz i ziarna, byleby te zasrańce karmić.

Któregoś dnia bawiłyśmy się z przyjaciółką w piaskownicy pod blokiem. Bez zbytniego gadania mieszałyśmy ciasto z piasku, glutków z owoców cisu i rodzynek z psiej kupy, gdy ta baba zrzuciła na nas, uwaga, donicę pełną żwiru. Dostałyśmy nim po oczach, buziach, uciekłyśmy i do piaskownicy, nie mogłyśmy wrócić, bo baba ciągle w nas czymś rzucała i na nas pomstowała. Rodzice poszli do niej z awanturą, ale nawet nie otworzyła.

Nie mogąc bawić się w piaskownicy, zaczęłyśmy węszyć po bloku i odkryłyśmy wyjście na dach. Niezabezpieczone. Zaczęłyśmy bawić się tam. Z czasem, po przypadkowo zasłyszanej u mnie w domu rozmowie rodziców, narodził się demoniczny plan. Zaczęłyśmy unikać posiłków w domu, nie jeść kanapek w szkole, a za to paść się tymi aroniami, wiśniami i winogronami (nie kradłyśmy niczego, wszystko rosło na dziko i tylko szpaki to jadły!), a potem wystawiałyśmy pupska za gzyms i waliłyśmy czerwoną śmiercią nawet i po trzy razy dziennie prosto na balkon upierdliwej baby. Balkony były rozłożone bardzo nieregularnie.

Nawet jeśli ktoś nas widział, to nie pisnął ani słowa. Baba nie mogła dojść kto tak jej sra na balkon, do tego na fioletowo, więc z czasem uznała, że raz, to ptaki, dwa, to kara boska. Gdy zwierzyła się z tego mojej mamie, ta bez mrugnięcia okiem orzekła, że ma rację. Baba zaczęła mocno nad sobą panować. Głupie nie byłyśmy (ale za to już tym zmęczone) i srać przestałyśmy.

#jZhOW

Do trzech razy sztuka? Już się po dwóch razach powinnam była nauczyć.

Pierwszy raz: Wsiadam do tramwaju, trochę przejechać muszę, to szukam miejsca. Środek tramwaju puściutki. Najs. Za to na przodzie i z tyłu ludzie niemal siedzą sobie na kolanach - tak są ścisnięci. Zadowolona siadam i drzwi się zamykają.
Uderza we mnie taka fala smrodu, że aż oczy łzawią. Usiadłam "jeszcze na środku, ale od przodu", a "jeszcze na środku, ale na tyle" siedział pijaczyna skulony na siedzeniu.

Drugi raz: cały przód tramwaju zawalony po brzegi. Jest środek lata, a ja biegłam na tramwaj i jak widzę, że jest pełno miejsc, to korzystam. Znowu pożałowałam. Facet, który siedzi niedaleko dosłownie capił jak stodoła, gnojówka, zgniłe jaja i różne takie sobie dopiszcie do tej listy.

Dzisiaj: Wszyscy wylewają się z tramwaju, normalnie uciekają z niego. Ja muszę jechać, nie wiem o co chodzi.
Może kanary - myślę sobie.
Głupia ja, przystanek wcześniej prawdopodobnie musiał wsiąść typowy pan żulik. Smród tak dojrzały i soczysty, że cały obiad zjedzony przed chwilą przed pracą również domaga się ucieczki.

Ja rozumiem - bezdomni, ale ja z desperacji na ich miejscu to bym się w deszczówce nawet myła. Cokolwiek, ludzie.

#7S6zD

Niedawno wróciłem z pogrzebu kolegi z pracy. Zginął podczas wykonywania obowiązków służbowych, ale... robił to bardzo źle, wbrew wszelkiej logice, zdrowemu rozsądkowi i przepisom BHP.
Mierzył prześwit kładki nad torami kolejowymi. Metalową miarką. Lekki powiew wiatru zniósł ją na sieć trakcyjną...
Dodaj anonimowe wyznanie