#TzABx

Czujesz nagłą potrzebę skorzystania z toalety, już wygodnie się rozsiadasz, gdy nagle... budzisz się w nocy z mokrą plamą pod sobą.

Otóż jako mały berbeć raz doświadczyłam tej niespodzianki, którą byłam przerażona, bo jak tak duża już dziewczynka może moczyć łóżko!
Mój umysł znalazł na to sposób, a mianowicie kiedy we śnie udawałam się do toalety, to była zawsze w miejscu publicznym, najczęściej w szkole (toalety szkolne mnie przerażały), z drzwiami, które zaczynały się od deski sedesowej w górę, obnażające cię. Na domiar złego zawsze był tłum ludzi w łazience. Gdy już cała zestresowana miałam sobie ulżyć, nagle wpadała cała chmara ludzi gapiących się wprost na mnie. W tym momencie budziłam się cała spocona z suchym łóżkiem, albowiem nic tak bardzo mnie nie krępowało i przerażało jak oddawanie moczu w momencie gdy ktoś na mnie patrzy lub mnie widzi na toalecie.

Już nigdy nie zmoczyłam łóżka :D

#8FbLk

Anonimowe czytam już od jakiegoś czasu i w pewien sposób zżyłam się z jego użytkownikami. Chciałabym Wam opowiedzieć moją historię.

Gdy byłam mała, moi rodzice się rozwiedli, ojciec pił i był agresywny. Od lat nie miałam z nim kontaktu i nawet mi to nie przeszkadzało. Oczywiście tęskniłam za ojcem, ale pamiętałam dokładnie wszystkie złe słowa skierowane w moim kierunku. Wiele razy zapewniał, że się zmienił, lecz zawsze gdy mu zaufałam to szybko wychodziło na jaw, że jego zapewnienia to tylko słowa.
Kilka lat temu umarł. Miałam wyrzuty sumienia, że nie dałam mu szansy, o którą tak prosił. Wtedy nie umiałam i nie wiedziałam, że tak to się skończy. Lecz mój prawdziwy koszmar właśnie wtedy się zaczął.

Pewnego dnia do drzwi zapukał listonosz, wręczając mi dokumenty. Dokumenty, z których wynika, że mam obowiązek spłacać zadłużenia ojca, o których nie miałam pojęcia. Nie zostawił mi kompletnie nic. Zaczęłam życie z sześćdziesięcioma tysiącami złotych długu. Siedziałam przy moim dziecku i płakałam z bezsilności. U prawnika oczywiście byłam, jednak nie udało się odkręcić tego wszystkiego, ponieważ na jakiekolwiek działania miałam czas pół roku po jego śmierci. Moja wina, nie wiedziałam.

Na chwilę obecną mam już komornika, boję się każdego dzwonka do drzwi. Moje życie paraliżuje strach, nie mam do kogo się zwrócić po pomoc. Jestem zupełnie sama, za 1000 zł utrzymuję siebie i moje maleństwo, dodatkowo chociaż 200 zł wpłacam na zobowiązania. Myślałam o wyjeździe za granicę, ale nie mam tam nikogo, jak miałabym zabrać dziecko i narażać je na to, że być może wyląduję pod mostem? Nie mam swojego mieszkania, samochodu, kompletnie nic.

Wielu z Was pewnie stwierdzi, że to nie jest anonimowe wyznanie, że nie pasuje na tę stronę. Być może tak jest, anonimowości jest w nim tylko tyle, że nigdy nie przyznałabym się znajomym w jakiej sytuacji się znalazłam. Jednak chciałam podzielić się z tym z Wami. Tak jak wspomniałam, w pewnym stopniu czuję się częścią tej anonimowej społeczności.

#pyiLK

To najbardziej żenująca rodzinna sytuacja, o której nigdy nikomu nie mówiłam. No, prawie nikomu. Czas jednak pozbyć się tego balastu.

Miałam wtedy 16 lat. Mama przyszła do mojego pokoju i powiedziała, że Falafel – nasz piesek - źle się czuje i że trzeba z nim jechać do lekarza. Tata jeszcze nie wrócił z pracy, więc moja rodzicielka zapytała, czy nie mogłabym jej potowarzyszyć. Oczywiście zgodziłam się bez namysłu.
Wsadziłyśmy więc osowiałego Falafelka do auta i pojechałyśmy do lecznicy. Po dokładnych oględzinach pieska, pan doktor stwierdził, że nasz pupil musiał połknąć coś, co mu siadło na żołądku i że niezbędny będzie niezwłoczny zabieg. Przez dwie godziny czekałyśmy z mamą na rezultat operacji.

Na szczęście wszystko poszło bez większych komplikacji. Lekarz oddał nam sflaczałego Falafelka (jeszcze pod wpływem narkozy) oraz plastikowy, strunowy woreczek z przedmiotem wyjętym z psiego żołądka. Obcym ciałem, które zaległo w brzuchu naszego czworonoga okazała się silikonowa, wibrująca nakładka przedłużająca penisa. Mama spaliła okrutnego buraka, ja domyśliłam się, że piesek znalazł ten gadżet w sypialni rodziców.

Możecie się śmiać, ale to wydarzenie bardzo odcisnęło się na moim życiu. Na tyle bardzo, że nie mogąc pozbyć się z głowy wyobrażenia mojego taty z bzyczącym, sztucznym kuta*em założonym na swoje przyrodzenie, musiałam parę już lat później pójść do psychologa. W dalszym jednak ciągu bardzo żałuję, że zgodziłam się wtedy pojechać z mamą do weterynarza.

#MV97i

Gosia, dziewczyna, z którą kiedyś się spotykałem, kupiła sobie nowy plecak na nasz wspólny wyjazd w góry. Chciała się pochwalić i wysłała mi jego fotkę. Zadzwoniłem więc do niej i powiedziałem, że plecak jest bardzo ładny, ale jeszcze fajniejszy jest jej seksowny tyłek, który również znalazł się na zdjęciu. Dodałem też, że nie mogę się doczekać, aż go porządnie wymiętoszę podczas brutalnego chędożenia, które mam zamiar z nią odbyć. Ot, takie tam świntuszenie.
Nastała taka dziwna, krępująca cisza, po której Gosia powiedziała coś w stylu „Emmm… muszę spadać”.

Okazało się, że tyłek z fotografii należał do jej mamy, a rozmowa telefoniczna odbyła się w trybie głośnomówiącym. Mojej dziewczynie zależało na tym, żebym pochwalił zakup, który był prezentem od jej rodzicielki. A ja, głupi, zamiast rozpłynąć się w zachwytach nad plecakiem, dość szczegółowo opisałem to, co mam zamiar zrobić z zadem mojej potencjalnej teściowej.

Wierzcie lub nie, ale podczas każdej mojej wizyty w domu Gosi, jej mama patrzyła na mnie z taką dziwną mieszanką pogardy, pożądania i kurwika w oku. Bardzo niezdrowy klimat...

#9q5lK

Byłam z moim partnerem prawie 5 lat, kiedy okazało się, że będziemy mieli dziecko. Z jego strony radość. Z mojej - szok i niedowierzanie. Zażywałam tabletki antykoncepcyjne, ale kilka dni przed zapłodnieniem miałam grypę żołądkową i tabletka musiała się nie wchłonąć.

Po szoku był płacz. Tak bardzo nie chciałam tego dziecka. To był jeszcze zarodek, a ja już go szczerze nienawidziłam. Kiedy mój facet próbował mnie przekonać, że sobie poradzimy i pokocham malucha od pierwszego wejrzenia, ja modliłam się o poronienie. Miałam ciężką i wymagającą pracę (cały czas w trasie) i mimo próśb partnera i rodziny, żebym zwolniła, ja robiłam na przekór, pracowałam jeszcze więcej i ciężej. W domu i w ogrodzie też się nie oszczędzałam.

Kiedy byłam w 4 miesiącu, miałam wypadek. Spadłam ze schodów w domu i straciłam przytomność. Na szczęście Adam (mój partner) też był wtedy w domu i od razu wezwał pogotowie. Kiedy wybudziłam się ze śpiączki, Adam siedział obok cały zalany łzami. "Wszystko będzie dobrze, kochanie, poradzimy sobie" - po tych słowach już wiedziałam, że poroniłam. I możecie sobie myśleć o mnie co chcecie - to był najszczęśliwszy dzień mojego życia.
Kiedy cała rodzina pocieszała mnie po tej "tragedii", ja zgrywałam załamaną, a tak naprawdę miałam ochotę tańczyć z radości. W końcu "doszłam do siebie", a temat dziecka nie został już poruszony.

Anonimowe w tym wszystkim jest to, że ten upadek ze schodów to nie był wypadek. Zrobiłam to celowo i z premedytacją.

#NOsGR

Zawsze gdy zaczynały się wakacje, to rodzice, aby odpocząć, wywozili mnie na miesiąc do dziadków. Uwielbiałem tam jeździć, bo był tam brat cioteczny, z którym dobrze się dogadywałem i miałem jakieś towarzystwo.

Przez dwa tygodnie chodziliśmy wszędzie gdzie się dało i przerobiliśmy już wszystkie zabawy. Siedzieliśmy w pokoju i brat przypomniał sobie o zabawie ze szkoły, o której opowiadali koledzy. Otóż zabawa polegała na tym, że bierzemy nitkę i robimy pajęczynę w domu, czyli zaczepiamy o wszystko co się da, następnie ktoś w roli pająka siada po środku i patrzy, czy ofiara nie dotyka jego sieci, wtedy ten kto dotknął przegrywa. Jako że nie znaleźliśmy nigdzie nitki, to poszliśmy szukać czegoś innego. Znaleźliśmy żyłkę wędkarską dziadka, na szpuli była brązowa, jednak po rozciągnięciu nie było jej widać.
Zabawa się nie udała, bo pająk nie wiedział, czy dotykam jego sieci. Niezadowoleni z zabawy poszliśmy pokopać w piłkę z innym chłopakami.

Nie pograliśmy długo, bo nadeszła burza i silny wiatr. Pod domem zobaczyliśmy karetkę... Przestraszeni przybiegliśmy do domu i zobaczyliśmy co się stało. Otóż dziadek szybko szedł do pokoju, aby zamknąć przed wiatrem okno, nie zauważył sieci pająka i wpadł w żyłki... Z racji, że było ich parędziesiąt, pociągnęły one za dziadkiem jeden regał, który go przygniótł i jak później się okazało, złamał mu nogę. Przerażona babcia słysząc hałas też przybiegła do pokoju i zaczepiła o inne żyłki, przez które ona też się wywróciła i strąciła żyrandol...

Finał był taki, że nasi rodzice naprawili szkody, a my byliśmy służącymi dziadka, ponieważ przez jego nogę nie był sprawny. Mój pobyt u dziadków przedłużył się do końca wakacji i codziennie musieliśmy wyprowadzać krowy na pastwisko i karmić świnie.

#AvIgg

Jestem uzależniona od kupowania zeszytów.

Mam w tej chwili cztery duże szuflady zeszytów plus dwa sporej wielkości kartony w skrzyni łóżka. Potrafię spędzić 2-3 godziny na dziale papierniczym w markecie oglądając zeszyty. Wybierając je, oceniam nie tylko okładkę, ale też kolor kratki albo linii, to czy jest margines, szorstkość papieru. Nie zwracam uwagi na cenę, jak mi się spodoba, to biorę (przy wszystkim innym potrafię odpuścić, stwierdzić, że za drogo albo że nie jest mi to aż tak bardzo potrzebne). Zazwyczaj wychodzę z minimum pięcioma nowymi nabytkami, gorzej jest w wakacje przy okazji wszelkich "Witaj, szkoło", bo jest większy wybór i niskie, kuszące ceny. Po powrocie układam je pieczołowicie wśród innych - czasami kolorami, czasami pod względem nowości czy ceny, bo wiem skąd mam każdy z zeszytów i ile kosztował. Nie piszę w nich, chcę je po prostu mieć. Potrafię godzinami je przekładać, dotykać, przekartkowywać, wąchać. Zaglądam do nich codziennie. Mam kilku ulubieńców, z którymi jeżdżę na wakacje.

Kiedyś byłam na wycieczce na drugim końcu Polski. Totalnie nowe sklepy, a fundusze ograniczone, nie kupiłam wszystkiego co chciałam, więc co zrobiłam? W najbliższy wolny weekend po przypływie gotówki pojechałam prawie 200 km tylko po to, by kupić resztę tego, co mi się podobało.

Moja kolekcja w tej chwili warta jest kilka tysięcy złotych. Czasami mam koszmary, że w moim bloku wybucha pożar i wszystkie starannie gromadzone przez lata skarby idą z dymem. Kiedyś potrąciłam kubek i zalałam jeden z zeszytów, to zanosiłam się płaczem przez cztery godziny.

Najgorsze jest, że zdaję sobie sprawę z problemu, często w sklepie wielokrotnie mówię do siebie, że przecież mam dużo zeszytów, że ostatnio kupiłam kilka nowych albo że wezmę tylko jeden. Nie działa.

#befZK

Jestem nauczycielem w "gimnazjum", uczę matematyki. Mam również swoją klasę, którą uwielbiam, ale niestety będę musiał się z nią pożegnać już za dwa miesiące. To słowem wstępu.

Jednym z moich uczniów jest, powiedzmy, Kamil. Chłopak niezwykle utalentowany matematycznie, wygrywający wiele konkursów. W domu i w szkole mimo to ma bardzo ciężko. Powodem tego jest jego orientacja seksualna. Dużo razy z nim rozmawiałem i próbowałem mu jakoś pomóc. Zostało to dość dziwnie odebrane przez otoczenie. Otóż wymyślili sobie, że jestem pedofilem. Dlaczego? Przytuliłem go.

Może i jestem dziwny, ale nigdy nie miałem problemów w kontaktach z młodzieżą i to dla mnie było normalne zachowanie. Rozumiem, gdyby to było oskarżenie od jakiegoś rodzica, a nie od dyrektorki. Odbyłem z nią poważną rozmowę i okazało się, że była po prostu zazdrosna. Zakochała się we mnie i nie pozwoli, żeby jakiś gówniarz mnie od niej oddalił. Kobieta gotowa zniszczyć mi karierę przez swoje wymysły.

Nie wiem co robić. Nie odejdę z tej szkoły, bo za bardzo kocham moją pracę. Nie mogę zostawić tu tych dzieciaków samych.
Dodaj anonimowe wyznanie