#AMnIU

Nie wiem od czego zacząć... może zacznę od tego z czym zmierzyłam się jako dziecko.

Brałam leki od kiedy pamiętam, jakieś sterydowe... rosłam od nich niemalże w oczach... Z dnia na dzień byłam grubsza i grubsza. Sport od zawsze był moją pasją, chwytałam się niemal każdej dyscypliny. Obojętnie czego, po prostu pragnęłam ruchu. To było i nadal zresztą jest ulubione spędzanie wolnego czasu. Niestety nic to nie pomagało, nadal byłam małym pulpecikiem. Nie jadłam słodyczy, niezdrowych produktów, słodkich soków też nie piłam. Dieta, dieta i jeszcze raz dieta - oczywiście z własnej woli, ponieważ nie chciałam taka być. Wszyscy się ze mnie śmiali. Gdy jadłam kanapkę czy owoce na szkolnym korytarzu zaczepiano mnie, wyzywano od grubasów i świń. Nawet rodzeństwo dawało mi w kość. Oczywiście rodzice stawali na rzęsach aby było dobrze, jednak ludzie są jacy są...

W gimnazjum i liceum było już o wiele lepiej, jednak to co przeżyłam spowodowało, że odizolowałam się od ludzi. Pomimo tego, że w międzyczasie wyleczyłam się i nie biorę leków, schudłam ponad 30 kg i zaczęłam ubierać się ładnie i kobieco, to jestem zamknięta w sobie. Szczególnie boję się mężczyzn i tego jak mnie ocenią. No bo kto będzie chciał być ze "świnią"? Przecież tyle razy już to słyszałam!

I tak to się potoczyło, że dziś jestem od kilku lat dorosła i naprawdę stronię od spotkań, nowych znajomości. Całe życie przede mną, a ja ciągle martwię się, że zostanę sama, bo nie będę potrafiła dopuścić do siebie nikogo nowego. Wiele osób mówi, że jestem fajna, mam dobre serce, sympatyczna, miła, ale to tylko ładna maska, założona na poranione wnętrze. Chcę mieć chłopaka, którego nigdy nie miałam, potrzebuję dotyku, miłości, a jednak nie potrafię się otworzyć. Mam znajomych, przyjaciół, którzy zawsze ze mną byli, jednak potrzebuję czegoś więcej, kogoś kto patrząc na mnie nie będzie czuł litości, bo zna moją przeszłość i kogoś kto poznając mnie nie odrzuci mnie za wygląd nie przekraczający 4/10. Chyba po raz kolejny nie zniosłabym tego...

#76RPe

Okres przedszkolny był najbardziej stresujący w moim życiu. Przedszkolanki potrafiły krzyczeć za byle co. Jest kilka sytuacji, które chciałabym opowiedzieć.

Była wiosna, ja ciągle chorowałam, praktycznie co miesiąc. Mama prosiła mnie, żebym nie wychodziła na spacery z dziećmi tylko została w budynku. Gdy dzieci już się szykowały, postanowiłam powiedzieć o tym pani.
- Proszę pani... nie mogę wyjść na dwór, bo jestem po chorobie...
- A kiedy ty nie byłaś po chorobie?! Ciągle są z tobą problemy!
Zaprowadziła mnie od niechcenia do innej grupy, która nigdzie nie wychodziła. Byłam w takim szoku, że godzinę przesiedziałam w kącie cicho popłakując.

Kolejna sytuacja miała miejsce podczas obiadu. Pani kucharka rozdawała nam posiłki. Nagle zachciało mi się do toalety. Długo się zastanawiałam, czy iść w tej chwili czy jeszcze poczekać. Nie wytrzymałam, podeszłam do biurka pani i zapytałam się czy mogę wyjść do toalety. Na co pani odpowiedziała:
-Do stoliczka i do nocniczka?! Inne dzieci potrafią wytrzymać... Idź i daj mi spokój.
Poszłam do łazienki. Na obiad już nie wróciłam, bo ze stresu zaczęłam wymiotować. Od tamtej chwili nigdy nie jadłam w przedszkolu śniadań, tylko od razu szłam do łazienki, wymiotowałam, albo i nie. Nie raz po prostu czekałam aż minie śniadanie. Jak wszedł do łazienki, to wychylałam się z kabiny i pytałam czy już skończyli jeść. Jeśli droga była wolna, wracałam do sali.

Do mojej grupy chodził niepełnosprawny chłopak. Zachowywał się dosyć dziwnie, często wiercił się, machał rękami i po prostu przeszkadzał paniom w prowadzeniu zajęć. Na jednej "lekcji" jedna z pań nie wytrzymała, wzięła chłopaka na ręce i przeniosła go do innej sali (były tam dzieci z rocznika niżej), zatrzasnęła bez słowa za nim drzwi i trzymała za klamkę tak mocno, żeby nie mógł wyjść. Chłopak bardzo się wystraszył, walił pięściami w drzwi, słychać było jak płakał i krzyczał: pseplasam, pseplasam, pseplasaaam, jus nie będę! Druga pani, jak gdyby nigdy nic, prowadziła zajęcia dalej. Wpuścili go dopiero po ok. 10 min.

Te sytuacje sprawiły, że stałam się bardzo nieśmiała, bałam się rozmawiać z dorosłymi (oprócz rodziców). Pamiętam jak przypadkowo usłyszałam jak jedna pani pyta drugą. Był to czas zerówki.
- Jak ona poradzi sobie w szkole wśród innych ludzi?
W szkole radziłam sobie całkiem nieźle, chociaż miałam inne nieprzyjemności, tym razem od strony rówieśników. Ale to już na inne wyznanie.

#suzaj

Mam 24 lata i nie cierpię seksu. Nie cierpię, że jest wszędzie, obrzydza mnie sama myśl. Próbowałam raz się zmusić, bo tak przecież robią normalni ludzie; no i nawet po pijaku się nie udało. Wmusiłam w siebie tyle alkoholu, a nie pomogło wcale. Przez to będę na zawsze sama, i tyle z wyznania.

#Pimdi

Siedziałem na balkonie i paliłem papierosa. Pogoda zaczęła się zmieniać i usłyszałem pierwsze krople deszczu na liściach. Kontemplując to zdarzenie pozwoliłem sobie puścić przeciągłego i długiego bąka...
I wtedy usłyszałem głos z piętra niżej "Burza idzie... wracamy do domu".

#oio7z

Chciałbym opisać kilka sytuacji, które w ostatnim czasie spotkały moją żonę.

Moja żona jest w siódmym miesiącu ciąży. Jak się domyślacie, brzuszek jest już wyraźnie zaokrąglony. Mimo to wiele osób jakby tego nie zauważa. Np. ostatnio w tramwaju jakaś pani około 60-tki w sposób chamski i ciągnąc moją żonę za bluzkę, okazywała swoje oburzenie, że żona nie ustąpiła miejsca jej koleżance. Jak na ironię moja żona nawet w tym stanie zawsze ustępuje starszym, ale tym razem było dużo wolnych miejsc (wystarczyło usiąść gdzie indziej).

Inna sytuacja: pan ok 50 w Kauflandzie z takim entuzjazmem rzucił się do nowej kasy, że uderzył wózkiem z zakupami w moją żonę, którą postanowił wyprzedzić w kolejce. Oczywiście nie przeprosił.

To nie są wszystkie sytuacje, które spotkały moją żonę, te mnie najbardziej oburzyły. Dodam, że żona jest bardzo nieśmiałą, drobną, dwudziestosiedmioletnią dziewczyną i każdą z tych sytuacji bardzo przeżyła.

#GLWet

U mojej dwuletniej córeczki zdiagnozowano niedawno nieuleczalną chorobę: neurofibromatozę typu pierwszego (choroba na tle neurologicznym, objawiająca się m.in. dużą ilością tzw. znamion o stosunkowo dużej średnicy i guzkami - niezłośliwymi nowotworami - na ciele, które mogą stać się też złośliwe, lub/i uciskać narządy wewnętrzne, stawy).

Niby nic nadzwyczajnego, bo w końcu każdemu może się zdarzyć coś złego. Problem tkwi w tym, że mało ludzi (w tym i ja do niedawna) wie o takiej chorobie, a jest ona dziedziczna.

Mój mąż i teściowa prawdopodobnie również są chorzy. Prawdopodobnie, bo pomimo licznych znamion i guzków nigdy szczególnie się tym nie przejęli, choć prosiłam wielokrotnie męża, by się przebadał. Odpowiedź od teściowej (a on wtórował): "Taka nasza uroda. Jeden ma piegi, drugi krzywy nos, nic mi nie jest, nie ma potrzeby iść do lekarza, to tylko naczyniaki, jeszcze co innego znajdą".

Z córką byłam u prywatnego lekarza (cieszącego się w naszym mieście ogromną renomą), ale z innego, bardziej błahego powodu. Od razu zwrócił uwagę na jej znamiona i kazał obserwować ich rozmiar i ilość. Założyłam, że ma to po tacie i "taka jej uroda". Zmiany obserwowałam, ale martwiłam się tylko o kwestię opalania (sama mam ogrom pieprzyków i piegów, stąd to "przewrażliwienie" na punkcie słońca). W międzyczasie 3 innych lekarzy (w tym nasz rodzinny, do którego chodzą też mąż i teściowa) stwierdzili, że to trzeba sprawdzić. Za każdym razem, gdy wspominałam przy teściowej o tej sprawie, obstawała przy swoim: taka jej uroda.

Miałam tego dość i w końcu poszliśmy z córką do neurologa, który wysłał nas na diagnostykę do szpitala. Wszystko przebiegało dobrze, badanie dna oka w porządku (co mnie bardzo uspokoiło, bo wiedziałam, że na podstawie tego badania można stwierdzić tę chorobę; nie wiedziałam, że dobry wynik badania jej nie wyklucza). Zupełnie spokojna udałam się po tymczasowy wypis ze szpitala (jeszcze nie ma wszystkich wyników). Rozmowa z panią ordynator, swoją drogą przemiłą kobietą. Łzy w oczach i szok. Jednak. Kiedy powiedziałam jej o mężu i teściowej widziałam, że mi współczuła, powiedziała, że to nie moja wina i to bardzo nieodpowiedzialne z ich strony, że powielają wadliwe geny. Nie obraziłam się. Rozumiałam, o co jej chodzi. Mamy się jeszcze spotkać przy odbiorze właściwego wypisu, żeby porozmawiać, a co roku powtarzać badania, być pod obserwacją kardiologa i okulisty.

Mężowi jeszcze przed wyjazdem powiedziałam, że jeśli córka jest chora, to biologicznych dzieci więcej mieć nie będziemy.
Minęły dwa dni od wyjścia ze szpitala, teściowa nawet nie zadzwoniła. I ja jej nic nie powiem, póki sama nie spyta. W sumie nie wiedziała nawet po co jedziemy do szpitala. Była u nas dwa razy.

Mąż jutro idzie po skierowanie do neurologa z mojego polecenia.

#dsQA5

Od dłuższego czasu mieszkam z moim chłopakiem, z którym dogadujemy się fantastycznie.
Cała rzecz w tym, że leczę się psychiatrycznie z powodu zaburzeń osobowości, uczęszczam na terapię. Moja rodzina mnie w tym wspiera i on też, stara się zrozumieć i jest dla mnie ogromną podporą. Z jego rodzicami kontakt miałam fantastyczny, ja ich lubiłam i z wzajemnością. Wychwalali mnie pod niebiosa, planowali nasz ślub. Co chwilę mnie zapraszali na obiady, na spacery, a ja chętnie się na to decydowałam.
Wszystko zmieniło się w momencie kiedy jego matka zobaczyła, że na stole leżą nieznane jej leki. Jako że ciekawska była, to od razu wklepała w Google i wtedy dotarło do niej, że są to tabletki psychotropowe. I się zaczęło...

Zaczęła mnie wyzywać od zakłamanych dziwek, od potworów. Mówiła, że takich jak ja powinno się izolować, że krzywdzę jej syna, że do gazu. Mąż oczywiście jej wtórował. Wrzeszczała, że nie zgadza się na nasz związek, wypisywała do mojego chłopaka SMS-y, że natychmiast ma uciekać, bo jeszcze zrobię mu krzywdę w nocy, że ona zna takie przypadki, bo ciotka jej babki w 10 pokoleniu tak miała. Chłopak dowiedział się wtedy, że lepiej być z inwalidką niż z osobą chorą psychicznie, że już by wolała jakbym była sparaliżowana i podłączona do aparatury, niż była wariatką.

NIGDY nie było mi tak przykro. Siedziałam i ryczałam jak cholera, a razem ze mną moja mama, nie mogąc uwierzyć, że tak życzliwa osoba jest w stanie tak radykalnie zmienić zdanie i używać takich słów.

Chłopak stanął po mojej stronie, nie zostawił i wspiera nadal, próbował im tłumaczyć na czym polega mój problem, ale jak grochem o ścianę. A po czasie, kiedy zorientowali się, że nie zanosi się na to, by mnie zostawił, zaczęli udawać, że to nigdy nie miało miejsca. Znowu kochana synowa, znowu zapraszanie, znowu odwiedziny i ćwierkanie mi nad głową.
Brzydzę się ich jak cholera... Nienawidzę całym sercem za przykrość, jaką mi sprawili. Nie chcę ich w moim domu ani w moim życiu. Wiem, że chłopak też ma im to za złe, ale wychodzi z założenia, że to w końcu jego rodzice i wypada raz na jakiś czas odwiedzić.
Nie chcę mu stawiać ultimatum, ale tak strasznie chciałabym, żeby całkowicie odciął się od tych zakłamanych i toksycznych ludzi...

#L7Jzq

Nastoletnim napaleńcem będąc (15-16 lat), ciężko przychodziło mi opanowanie własnej chuci. Dzisiaj, ponad 10 lat później, z zażenowaniem wspominam tamte czasy i moje własne zachowanie. Miałem wówczas dziewczynę, ale jak na taki wiek bywa - poza zabawą i eksperymentowaniem niewiele się działo, a potrzeba parła niczym moher na wolne miejsce w autobusie.
Więc zaspakajałem się jak tylko się dało, ale że zwykłe porno szybko okazało się nudne, znalazłem dość dziwne alternatywy (albo - znajdowałem, bo mowa tu raczej o losowych sytuacjach, które mnie pobudzały, a ja nie umiałem się opanować).

Kilka przykładów, dosyć anonimowe.

1. Będąc w Sztynorcie na Mazurach wyczaiłem, że małe okienko nad damskimi prysznicami portowymi jest wiecznie otwarte, więc kiedy wszyscy już w amfiteatrze grali, śpiewali, albo wręcz po imprezie pijani zasypiali, ja korzystałem i dogadzałem sobie będąc mocno skitranym i podziwiając piękne panie korzystających z rozkoszy wieczornej kąpieli.

2. Skoro już o podglądaniu mowa, to doszedłem do perfekcji w podglądaniu ładnych pań w szatniach odpowiednich sklepów. Fakt, iż wiele z nich nie zasłaniało się odpowiednio i wystarczyło schować się w przeciwległej szatni odpowiednio umiejętnie zerkając, uważałem za dopust Boży. Trzeba było zachowywać pozory, szczególnie iż szatnie skonstruowane są tak, że przeważnie widać nogi - więc telepiące się nogawki i brak przymierzania czegoś mogły zaraz wydać się podejrzane. Pomocnym był fakt, że wtedy potrzebowałem w takich chwilach i przy dobrych "łowach" na sytuacje paru momentów na spełnienie się. Dla ciekawskich - teraz mam wręcz odwrotnie, stosunek mogąc ciągnąć tak długo, na ile pozwala forma dnia.

3. Niewiele trzeba mi było, bym jadąc do szkoły, ściśnięty w autobusie, doszedł od samego pocierania (niby to przypadkiem) o zgrabny tyłek również zgrabnej dziewczyny.

4. Gdy miałem przyjemność być na plaży, wystarczyło sprytnie schować się w krzakach na wydmach, albo poszukać odpowiednio daleko od mieściny odosobnionych plaż, by móc spełnić swoje fantazje patrząc na półnagie opalające się kobiety.

5. Raz udało mi się spełnić w klasie. Siedziałem z samego tyłu, miałem dziurę w kieszeni, przede mną siedziały dwie piękne koleżanki i poszło jakoś tak łatwo.

Większość z tych sytuacji to takie, w których motywem przewodnim jest podglądanie, gówniarska i żałosna masturbacja - ale właśnie tego się wstydzę i o tym nie wie nikt. Generalnie fakt, że mój "generał" od ilości "polerowania jego broni" dziennie nie odpadł uważam za wyjątkowy cud.

Obecnie popęd mam mocno średni, jestem wręcz wstrzemięźliwy, mam kobietę i brak jakichkolwiek problemów ze stosunkiem. Nie kręcą mnie też dziwactwa ani podglądanie - toteż wspominając tamte wyczyny dostaję - jak to się teraz mówi - cringe'u.

#VU8Db

To był początek lat 90. Szczytem marzeń każdego dzieciaka była podróba ludzika G.I. Joe, mięso na kotlety mieliło się za pomocą ręcznej maszynki przykręcanej do krawędzi kuchennego stołu, a każdy kinoman śnił o posiadaniu magnetowidu. My należeliśmy do tych, którym się to udało.

Na naszym osiedlu biznes kwitł – malutka wypożyczalnia filmów na kasetach VHS zawsze była zapełniona ludźmi, mimo że jakość nagranych na taśmie pirackich produkcji wołała o pomstę do nieba, a właścicielką przybytku była przypominająca otyłą ropuchę, bardzo niesympatyczna baba z wąsem.

Pamiętam, że mama wypożyczyła wtedy „Powrót do przyszłości III” - czekałem na ten moment od długiego czasu. Kaseta zniknęła w odtwarzaczu, a mama zaproponowała, że skoczymy do pobliskiego sklepu Społem po lody „Familijne”. Kiedy wróciliśmy do mieszkania, okazało się, że zostało ono doszczętnie splądrowane. Przez otwarte okno weszli złodzieje. Skorzystali z postawionego przez robotników ocieplających blok rusztowania.

Ukradli jakieś drobiazgi, leżące na wierzchu pieniądze, no i oczywiście telewizor oraz magnetowid wraz z ukrytą w nim kasetą. Przyjechała policja, ściągnęła z mebli odciski palców, pogadali, wypili herbatę i sobie poszli na odchodnym mówiąc, że nie ma szans na odzyskanie skradzionych przedmiotów.

Następnego dnia rano mama poszła do wypożyczalni, aby wytłumaczyć sytuację i oddać pieniądze za skradzioną kasetę. Babsko o fizjonomii zblazowanego Jabby kazało sobie zapłacić równowartość obecnych 30 złotych (to było jeszcze przed denominacją złotówki). Matula, wzdychnąwszy ciężko, wygrzebała z portmonetki ostatnie grosze i wręczyła jej całą kwotę. Kiedy już chciała się odwrócić i wyjść z lokalu, babus ryknął ochrypłym głosem:

- Eeee! Jeszcze pińć złoty za wypożyczenie!

Pieprzona Grażyna biznesu! Mamie nie chciało się już nawet kłócić - zapłaciła kasę za wypożyczenie filmu pytając wąsatą ropuchę czy ma też dołożyć hajs za nieprzewinięcie kasety.
Dodaj anonimowe wyznanie