Moja dziewczyna postanowiła przejść na dietę, wygłosiła to oficjalnie wczoraj rano. Wieczorem zastałem ją w kuchni - jadła chipsy z lodami i popijała colą.
Stwierdziła, że najpierw musi zjeść wszystko, co mogłoby ją kusić.
Moja żona po nieudanych poszukiwaniach majtek/body wyszczuplającego popadła w rozpacz, że nic na niej dobrze nie leży, nie wyszczupla i to wszystko dlatego, że jest gruba. Stwierdziła więc, że muszę ją pocieszyć. Jak? Kazała zabrać się do McDonalda.
Tak, kochanie, to na pewno pomoże...
Na 2 dni przed wspólnym wyjazdem do Tajlandii z moją dziewczyną, otrzymałem dowody na jej regularną niewierność z kolegą z pracy. Było słabo. Człowiek pracuje, stara się, poświęca czas drugiej połówce, a tu okazuje się, że ta przyprawia mu regularnie rogi. Normalnie sprawa byłaby jasna. Ale szkoda mi było tej Tajlandii. Bilety imienne, biuro podróży nie zwróci ani grosza przy rezygnacji na chwilę przed. Mógłbym jechać sam, ale sam zapłaciłem za nas oboje i połowa pieniędzy byłaby stracona, a nie zabronię jej przecież wykorzystać jej biletu. Nie chciało mi się na nią patrzeć, co dopiero jechać z nią na 2 tygodnie do Azji. I wpadłem na pomysł. Duma do kieszeni, mała zemsta podniesie mnie na duchu.
Nic jej nie powiedziałem. Jak nigdy nic polecieliśmy do Tajlandii. Spędziliśmy 2 tygodnie na fantastycznej zabawie i wypoczynku. Znaczy bardziej ja spędziłem. Ona głównie siedziała na kiblach i srała. Ja ją pocieszałem i podawałem wodę. Okazjonalnie również środek powodujący sraczkę. Była pewna, że inny klimat i inna woda tak jej zaszkodziły. A ja sobie udawałem zasmuconego jej kondycją, cieszyłem się okolicznymi atrakcjami z cichą nadzieją, że zasra się na śmierć.
Wróciliśmy do Polski. Ja opalony i wypoczęty, ona jako odwodniony wrak.
Miesiąc później z nią zerwałem. Niech przyprawia rogi komuś innemu.
Pamiętacie Tokio Hotel? Opowiem Wam o życiowym zażenowaniu, którego doświadczyłam za czasów ich popularności.
Miałam 14 lat, kiedy chłopcy zaczęli być mocno popularni, od razu za obiekt westchnień wybrałam sobie Toma i dzięki specjalnym wydaniom Bravo i innym mózgopiorącym gazetkom, już po kilku miesiącach cały pokój miałam w plakatach. Chciałam być nawet emo, ale mama mi nie pozwoliła, więc musiałam przeboleć swoje dotychczasowe kolorowe ubrania.
Miałam też koleżankę, nazwijmy ją Kasia. Kiedy nasi rodzice zauważyli, że bycie nastoletnimi psychofankami nam prędko nie przejdzie, postanowili kupić nam bilety na koncert w Berlinie, a tata Kasi został męczennikiem idąc tam z nami.
Wtedy odbiło mi już całkiem. Całowałam plakaty, płakałam puszczając sobie piosenki takie jak hilf mir fliegen czy klasyczne rette mich. Wtedy Kasia wpadła na genialny pomysł, aby wysłać do nich nasze zdjęcia i adresy mailowe. Oczywiście nie znałyśmy ich adresu, tak więc mądre my wysłałyśmy te nieszczęsne zdjęcia na adres wytwórni płytowej.
I uwaga... Po kilku tygodniach dostałam maila od Toma! A Kasia od Billa! Po angielsku! Ponieważ z angielskiego wtedy byłam słaba, odpisywałam na te maile godzinami ze słownikiem w ręku. Mieliśmy w planach się spotkać i żyć długo i szczęśliwie ale wiecie, trasy koncertowe, nowe płyty i te sprawy...
Cóż, ten cyrk trwał 8 miesięcy. Kasia wkopała się, nie wylogowując się z poczty "Toma" kiedy do niej przyszłam i chciałam wejść na swoją fotkę.pl. Cóż, szkoda tylko, że cała szkoła miała ze mnie ubaw.
P.s. Dalej ich słucham.
Wytłumaczenie dla dzieci urodzonych mniej więcej po 2001 roku:
Tokio Hotel - niemiecki zespół muzyczny stworzony pierwotnie przez buntujące się dzieciaki dla chcących się buntować dzieciaków. Polecam posłuchać "Reden".
Emo - subkultura, która opierała się na byciu nieszczęśliwym i zbuntowanym dzieciakiem.
Fotka.pl - taki dawny Instagram gdzie nastolatki świeciły cyckami.
Słowniki były w formie książek.
Ostatnio mieliśmy małe spotkanie rodzinne. Jak to na takich zgromadzeniach bywa, zebrało się na wspominki. Moja krewna wyśmiała mnie za to, że kiedy byłam w może trzeciej klasie podstawówki, groziłam matce policją, bo ta zaczęła mnie szarpać, wyzywać i wyrzuciła moje rzeczy z mieszkania, każąc mi dosłownie "wypier*alać". Rzeczywiście zabawna sytuacja, uśmiałam się po pachy.
W sumie niemal od zawsze interesowała mnie psychologia kliniczna, a co za tym idzie - psychopaci, mordercy i ogólnie osoby stojące po "ciemnej stronie mocy". Miało to też lekkie podłoże uczuciowe, którego jednak się wypierałam, bo zdawałam sobie sprawę, że seryjny morderca to nie najlepsza lokacja swoich uczuć.
Parę miesięcy temu dowiedziałam się, że ma to swoją naukową nazwę - hybrystofilia. Od razu odpowiadam na pytania racjonalistów i hejterów: potrafię podejść do tego z dystansem. Rozumiem, co ci ludzie zrobili i że ten książę na białym koniu z radością poderżnąłby mi gardło. Widzę przypadkowe zdjęcie i myślę "O, przystojny, chętnie bym go spotkała", ale zaraz się opamiętuję "Czekaj, czekaj. Przecież on zgwałcił i udusił kilkadziesiąt kobiet". Dystans zwiększył się jeszcze bardziej po ostatnich... hmm, pomysłach.
Przechodząc do sedna. Zawsze kręciło mnie BDSM i uległość, ale to, co ostatnio zalęgło mi się w głowie, przekroczyło wszelkie granice.
Zaczęłam marzyć sobie o poznaniu nekrofila. Tak, dobrze przeczytaliście. Nekrofila. Samo to nie jest w sumie aż tak dziwne, ale stwierdziłam po pewnym czasie, że - gdyby to go uszczęśliwiło - mógłby mnie nawet zabić (myślałam, że zanim bym się z nim spotkała, postarałabym się sporo przeżyć, podróżować, spełniać marzenia, żeby nie czuć, że odchodzę przedwcześnie). Taka miłość aż po grób i jeszcze dłużej.
P.S. Nie mam skłonności samobójczych.
Fala wyzwisk za 3...2...1...
Kilka dni temu po pogrzebie mojego męża, usuwałam wszystkie dwutygodniowe wiadomości z kondolencjami.
Było ich tak wiele, że nacisnęłam "usuń wszystkie". Została tylko jedna, którą mąż wysłał mi kilka dni przed śmiercią. Była nadal oznaczona jaka nieprzeczytana.
Czasem moja poczta głosowa zmusza mnie do odsłuchania starych wiadomości przed usunięciem. Mimo, że naprawdę ostatnią rzeczą jaką pragnęłam było odsłuchanie tego, zrobiłam to.
Mój mąż powiedział "cześć kochanie, chciałbym abyś wiedziała, że wszystko jest w porządku i dojechałem już do domu".
Kilka dni temu poszłam na badania, bo od dłuższego czasu bardzo bolał mnie brzuch. Zrobili podstawowe badania, pobrali krew i kazali czekać na wyniki.
Myślałam, że to przejściowe, z powodu stresu i depresji.
Miesiąc temu w wieku 33 lat straciłam ukochanego męża, mojego jedynego prawdziwego przyjaciela, w wyniku zawału serca. Gdy miałam się poddać, przedawkować leki i przestać czuć ten masakryczny ból, żal, zadzwonił lekarz.
Powiedział "Jest pani perfekcyjnie zdrowa. Jesteś w ciąży".
Kocham to dziecko bo wiem, że to nie jest przypadek. Od 5 lat staraliśmy się z Mateuszem o dziecko i teraz włożę swoje całe serce w to, żeby być najlepszą matką. Nie chcę zawieść męża, wiem, że gdziekolwiek jest, jest ze mnie dumny. Zmieniłam się, w końcu dostrzegłam dobrą stronę życia po jego śmierci. Żałuję tylko, że tak późno.
Będzie krótko i na temat. Właśnie wyszłam od laryngologa. Gdy czyścił mi uszy za pomocą swoich urządzeń, prawie doszłam.
Mam 28 lat i nie umiem się podcierać. Zawsze zostaje pas startowy na majtkach, mimo że staram się jak mogę, żeby dokładnie wytrzeć tyłek. To moja zmora.
Dodaj anonimowe wyznanie