#WrtSV

Mam prawie 30 lat i mieszkam razem z Narzeczonym i niepełnosprawną babcią. I to o nią rozchodzi się cała sprawa.



Babcia nie jest zła, tylko... Męcząca. I to nawet bardzo. Przytłaczająca. Przed niepełnosprawnością była alkoholiczką, przez co leczyłam się na depresję, a nerwicę mam do tej pory. Swoim zachowaniem przepędziła ze mnie jakikolwiek szacunek. Ot, mieszkamy razem, pomagam jej z zakupami, lekarzami etc. Jakoś to funkcjonuje, jednak często na jej pytania czy gadanie reaguję agresją. Staram się z tym walczyć, jednak... Łatwo nie jest. To oczywiście odbija się również na Narzeczonym.


W przyszłym roku planujemy ślub i chcielibyśmy się wyprowadzić do jego rodzinnego miasta. I tu pojawiają się problemy. Babcia potrzebuje kogoś kto będzie co parę dni do niej zaglądał. Moja matka, a jej córka, opiekę przerzuciła na mnie i wpada tak co 2-3 tygodnie (rodzice mieszkają kilkadziesiąt kilometrów od nas). I wiecie co mnie wk...urza? Kasę co miesiąc od babci mogą brać. Kredyty od niej też i potem nie spłacają. Babcia im nie odmawia wzięcia kolejnego. Ale jak podniosłam temat, że chcę się przeprowadzić i może by się babcią w końcu zajęli, to jestem tą najgorszą. Dla mnie to normalne, że po ślubie chcemy mieć trochę prywatności i martwienia się tylko o swoje problemy. Najwyraźniej dla mojej matki nie...

#9eQzy

Jestem samotną matką i wychowuję 14-letniego syna. Paweł sprawiał zawsze wrażenie grzecznego i ułożonego chłopaka. Był moim oczkiem w głowie.

Nie mogę od wielu lat znaleźć nowego partnera, dlatego też czasem potrzebuję sobie ulżyć masturbacją. Robię to dosyć często, ponieważ syn wieczorami przeważnie jest na mieście z kolegami. Mam wtedy cały dom dla siebie.

Któregoś dnia Pawłowi zdarzyła się w szkole mała kontuzja. Wezwano mnie do szkoły. Ku mojemu zdziwieniu, koledzy syna na mój widok gruchnęli śmiechem. Jeden z nich krzyknął nawet: "Ale ma pani balony!".
Zapytałam mojego syna, co to wszystko ma znaczyć.

Syn wieczorem przyznał wreszcie, co się stało. Pewnego wieczoru, kiedy sobie dogadzałam, tak się zatraciłam, że nie usłyszałam, jak Paweł wchodzi do domu. Schował się za ścianą i dyskretnie nagrał mnie, robiącą sobie dobrze. W dodatku filmik pokazał kilku kolegom.

Jedno jest pewne - karę na komputer będzie miał do wyprowadzki.

#xHekj

Zacznę od tego, że mam lat 20 i na czas przerwy międzysemestralnej postanowiłam poszukać sobie pracę. Wśród różnorakich ofert znalazłam, jak mi się wówczas zdawało, prawdziwą perełkę. Świetna lokalizacja, dobre zarobki, a i namęczyć się zbyt nie namęcze, przynajmniej fizycznie. Po dniach próbnych okazało się też, że współpracownicy są bardzo sympatyczni i życzliwi. Jak się można domyślić pracę dostałam i szczerze przyznam byłam naprawdę zadowolona.



Sklep z zabawkami brzmi przecież całkiem okej. Co prawda za dziećmi, delikatnie mówiąc, nie przepadam, ale praca na tyle dobra, że wytrzymam towarzystwo tych potworów. Tak przynajmniej myślałam. Na początku, jak to u świeżaka, pozytywne nastawienie wręcz ze mnie kipiało. Z przyjemnością przychodziłam do sklepu i naprawdę to polubiłam, ale zaraz kończy się drugi miesiąc, przede mną jeszcze jeden i momentami szlag mnie jasny zaczął trafiać. Zaczynając od notorycznego wchodzenia za witrynę, demonicznego darcia mordy, biegania, jakby, to co najmniej, plac zabaw był, dotykania i przestawiania dosłownie wszystkiego, mimo próśb, aby tego nie robić, zabawy towarem, mimo upomnień, zostawiania dzieciaków przez rodziców w sklepie z uśmieszkiem "ja tutaj zostawię Brajanka, może pani mieć na niego oko?". I obrazą majestatu, kiedy odpowiadam, że to nie leży w moich obowiązkach.



Dziś na przykład musiałam wyrywać pistolet z rąk, na oko, 7-latka, bo nawet matki gówniak nie słuchał i inaczej niż siłą się nie dało. A jeszcze lepę w papę mógł zgarnąć, ale w sumie, nie mój cyrk, nie moje małpy, po prostu oddaj pistolet i wypier*alaj. Hitem był dzieciak, na oko 4-latek, który postanowił wylać się przy stoisku z autkami. Całe szczęście babcia go zgarnęła, zanim cała zawartość jego pęcherza wylądowała na podłodze. Jednak co wysikał to jego. Wczoraj, jak wycierałam szyby, miałam wrażenie, że jakiś dzieciak, z brudnym pyskiem, jakby świnie cycał, dosłownie przyssał się do witryny, a potem łapskami jeszcze to rozmazał. Fajnie macie wywalone na wasze purchlaki, prawdziwe madki polki i ojdzowie polacy. Ogarnijcie i jak wychodzicie z tymi potworami do ludzi, to pilnujcie ich do cholery i nauczcie, jak prawidłowo zachować się w społeczeństwie. Nikt nie ma ochoty znosić waszych rozpuszczonych i rozwrzeszczanych bachorów. Sklep, to nie plac zabaw i wbijcie, to sobie do łbów. Zacznijcie panować nad purchlętami.

#M5TJu

Siedzi mąż przy stole i pyta czy zdarzyło mi się zesrać w gacie.
- Mnóstwo razy. Sam widzisz, ile produkuje twój pierworodny.
- No ale tak w życiu, jako dorosła. Ja nie wyobrażam sobie, jak można np. przy kichaniu puścić klocka.
- No zdarzyło się...
Jego niedowierzanie i szok mam do tej pory przed oczami, ale dobiłam go:

- I w sumie to nawet przy tobie...

Nie czyta anonimowych, więc mogę śmiało uchylić rąbka tajemnicy: kiedyś w ciąży mnie rozśmieszył. A że często chodziłam do WC, to nie zauważył, jak jego luba zesrała się ze szczęścia.

#bBfDJ

Ostatnio umówiłem się na długo wyczekiwaną randkę z bardzo fajną dziewczyną - Gosią.

Tak bardzo się tym przejąłem, że wziąłem prysznic (Ha! Czasem trzeba!), wzorowo ogoliłem się, przyczesałem włos i wystroiłem się niczym kogut na otwarcie kurnika. Założyłem świeżutką, wyprasowaną koszulę i eleganckie spodnie. Do tego modna marynarka i krawat w Muminki. Mieliśmy iść do takiej hipsterskiej restauracji, a potem do teatru na polecany przez wszystkich musical.

Wsiadłem w taksówkę i już po chwili… stałem w korku. Szlag mnie trafił, bo zacząłem się pocić. Wyobraziłem sobie, że dotrę na randkę mokry i śmierdzący niczym stary żul. Wcisnąłem więc taryfiarzowi dwie dyszki i wyskoczyłem wprost na przystanek tramwajowy. Zaleta tego transportu jest taka, że tramwaje rzadko stoją w korkach. Usiadłem na ławeczce i od razu zorientowałem się, że coś jest nie tak. Pomacałem się po tyłku. Guma do żucia! Jakiś debil przylepił ją do deski.

Kiedy podjechał tramwaj, ja zdrapując z zada resztki lepkiej substancji, wtoczyłem się do środka i usiadłem koło babki z małym dzieckiem. Brzdąc od razu poprawił mi humor. Rechotał tak pociesznie, uśmiechał się do mnie, robił miny, machał mi przed nosem jakąś grzechotką, a na koniec narzygał na mnie świeżo wypitym mlekiem wyssanym parę minut wcześniej z cyca swojej mamy. Ufajdał mi wszystko – od spodni, przez koszulę na krawacie z Muminkami skończywszy.

Wysiadłem z tramwaju i zrezygnowany zadzwoniłem do Gosi, aby przeprosić ją i przełożyć randkę. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna powiedziała, żebym się nie przejmował i wpadł do niej na szybkie pranie. Całą resztę dnia przesiedziałem ubrany w jej przykrótkie dresy, jedząc zamówioną pizzę, oglądając głupie komedie, pijąc wino i śmiejąc się do rozpuku. Prawdę mówiąc była to udana randka, bo ciuchy, mimo ogromnego upału, mi nie wyschły i zostałem u Gosi na noc...

#gDlnF

Dziś zdałam sobie sprawę z tego, że bardziej kocham psa niż człowieka. Z chłopakiem kłócę się już dłuższy czas i poważnie myślałam o rozstaniu. Jednak jak już mam przejść do rozmowy na ten temat, to przypominają mi się jego cudowne pieski, które uwielbiam. Nie potrafię zerwać, bo wiem, że już ich nie zobaczę i będę tęsknić.

#aBnBs

Jak byłem mały to na naszym osiedlu mieliśmy taki mały kiosk z gazetami, jakimiś tandetnymi zabawkami, pocztówkami i całą gamą tanich pierdół.

Interes ten prowadziła pani Gienia – kawał wrednego babska, które miało w zwyczaju rozpoczynać biznesy ze swoimi klientami od pytania „Czego?”. Ponadto notorycznie źle wydawała resztę (oczywiście - na swoją korzyść) i do przesady wręcz nienawidziła dzieci. A my dzieciakami byliśmy i za każdym razem, gdy kupowaliśmy w tym kiosku wafelek „Kukuruku” narażeni byliśmy na pełne pogardy spojrzenia i wyburkiwane pod nosem złośliwości.

Pewnego razu, po jednej z dostaw, w asortymencie babiszcza pojawiły się kłódki na kod, z takim pokrętłem, jak od sejfu. Każda z nich miała przypisane do siebie cztery cyfry, za pomocą których otwierało się zamek. Kiedy wracaliśmy z kumplem ze szkoły w naszych głowach narodził się pomysł godny jedynie prawdziwego geniusza zła.

- Kłódkę poproszę. - rzekłem do naburmuszonej kobiety, której mina wskazywała oburzenie faktem, że oderwaliśmy ją od rozwiązywania krzyżówek panoramicznych.
- Osiempiesiąt… - mruknęła baba rzucając nam przed nos pudełko.
Kolega zaczął grzebać w kieszeni, a ja szybko wyjąłem kłódkę z opakowania i założyłem ją na skobelek, którym kioskarka zamykała co wieczór swój „lokal”.
- Wie pani co? Jednak podziękuje za tę kłódeczkę. Powiesiłem ją pani tutaj przy drzwiczkach... Kod to kombinacja cyfr 3,6,1 i 9. Musi pani pokombinować. Ma pani tylko 256 możliwości! - krzyknąłem na odchodne.

Upiorne babiszcze zostało uwięzione w swej grocie, a my z ukrycia obserwowaliśmy, jak przez resztę popołudnia jej mąż trzymając w dłoni notesik usiłował rozgryźć kod. W końcu dał sobie spokój, bo pani zachciało się pilnie iść do ubikacji, więc w ruch poszedł jakiś stary brzeszczot, którym facet przeciął kłódkę.

Dziś bym takiego numeru nie powtórzył, ale chyba trochę jest prawdy w tym, że dzieci często wykazują iście psychopatyczne skłonności...
Dodaj anonimowe wyznanie