#ojclO

Kilka miesięcy temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Nie planowaliśmy dziecka jeszcze w tym momencie, a kiedy dowiedzieliśmy się o nim byłam już w 6 tygodniu. Na początku lekki szok, stres jak sobie poradzimy w nowej sytuacji. Jednak pewnego dnia obudził mnie niesamowity ból brzucha, wokół mnie plama krwi na pościeli i w tym wszystkim ja przestraszona i zapłakana.

Narzeczony zawiózł mnie na oddział gin-poł, gdzie pielęgniarki zapytały szybko co się stało i zabrały mnie na badania (które zresztą miałam robione 3 razy na 3 różnych piętrach, tak jakby pielęgniarki nie mogły przynieść badań z 1 piętra na 3) I tutaj wchodzi nasz główny bohater - pan lekarz ginekolog.

Ja już ledwo mówiąc z bólu, wręcz błagałam o coś przeciwbólowego i aby był delikatniejszy przy badaniu, bo naprawdę już czuję, że odpływam, na co lekarz odpowiedział tylko: "Zrobiłaś dzieciaka, to masz. Jak w ciążę zachodzą to nie boli, ale teraz płacz, bo boli" Przyznam szczerze, że ten brak jakiejkolwiek empatii u lekarza, był chyba gorszym ciosem w tamtym momencie, niż samo poronienie...

#AYFLT

Mój wieloletni przyjaciel się zakochał. Byłam przeszczęśliwa, że wreszcie trafił na kobietę, z którą jako tako poukłada sobie życie (bywało średnio...).

I nagle ona zakazała mu kontaktów ze mną. Bo złe doświadczenia i tego typu sprawy...
Wiecie co? Nawet nie mam pretensji do niej. Każdemu ma prawo coś się podobać, coś nie. Wielki żal mam do niego. Że kilkanaście lat przyjaźni, kiedy wyciągałam go z dołów, kłopotów finansowych i sercowych, potrafił wywalić przez okno dla jednego "bo ona nie chce, żebym się z Tobą kontaktował". Tak bez oglądania się za siebie, bez niczego...

Rozmawiałam z nim o tym. Stwierdził, że teraz inwestuje w nowy związek i nie mogę kazać mu wybierać.
Sęk w tym, że mój narzeczony postawił mi kiedyś podobne ultimatum w stosunku do niego, o czym on nie wie. Kazałam mu się nie wydurniać i nie próbować dyktować mi, z kim mam się zadawać. Jeśli mi nie ufa, to przykre, ale nie ma prawa ograniczać mi z nikim kontaktów. Nie jestem jego byłą, tylko sobą, powinien to zrozumieć.

Nie każę i nie kazałam mojemu przyjacielowi wybierać. Chciałam tylko, żeby wiedział, jak ja się z tym czuję. To była nasza ostatnia rozmowa.
Serce pęka po utracie niemal piętnastoletniej przyjaźni. Ale trzeba będzie z tym żyć.

#EknBO

Długo się zastanawiałam, czy opisać tą sytuacje. Ostatecznie przekonało mnie pewne wyznanie nastoletniej matki, jej brak refleksji oraz wizyta u siostry.

Moja rodzina wydawała się idealna, bardzo się kochaliśmy i wspieraliśmy... do czasu, gdy moja siedemnastoletnia siostra urodziła dziecko. W rodziców coś wstąpiło, nie chcieli jej znać, nigdy jej nie pomogli przy dziecku, mnie też zabraniali, a ja grzecznie słuchałam. Siostra z tego powodu nie zdała do następnej klasy, w tym czasie jej chłopak, z którym była od 3 lat, skończył technikum i zwiał za granice by nie płacić na dziecko. Kilka dni po 18 urodzinach, gdy siostra wróciła ze spaceru z dzieckiem, rodzice wręczyli jej spakowaną walizkę i kazali się wynosić. Siostra wylądowała w domu samotnej matki. Gdy mogła załatwić przedszkole, poszła do pracy, ale bez wykształcenia i matury ciężko, nawet na kasę nie zawsze chcą. Pomocy od państwa prawie nie dostaje, bo zarabia za dużo. Co z tego, że mają pieniądze tylko na leki, rachunki i jedzenie. Gdy trafi się jakiś inny wydatek, siostra patrzy, które rachunki może pominąć bez konsekwencji.

Od czasu ciąży siostry rodzice mnie strasznie kontrolują, przeglądają nawet mój sprzęt, ale nam mimo wszystko udało się nam zachować kontakt. Poza tym są dobrzy dla mnie, dostaję pieniądze na każdą zachciankę, ale muszę potem pokazać paragon, bo jeszcze bym siostrze coś dała. Mimo, że już teoretycznie mogę, to nie pozwalają mi pracować. Nie wpadli jednak na to, by kontrolować pieniądze, które dostaje od rodziny. Gdy mam już taką stówkę, to kilka tygodni później mówię, że idę nocować do koleżanki (a ona i jej mama mnie kryją), robię zakupy, pokazuję paragon za niewinnie wyglądające imprezowe przysmaki, moją stówkę wydaję na pociąg i jadę z tym do siostry na noc.

Mała również jest uroczym dzieckiem i również zadaje pytania, ale inne. "Dlaczego nie mogę sama wybierać ubranek?" "Dlaczego dzieci mówią, że jestem gorsza?" Widzę jak to wszystko siostrę przytłacza, nie wyrabia psychicznie z tym, że jej dziecko cierpi, a z pracą nie wyrabia fizycznie. Teraz była już załamana. Mała właśnie idzie to pierwszej klasy, siostra od kilku miesięcy oszczędza, gdzie może, żeby kupić wyprawkę. Mała kocha Krainę Lodu, ciągle ogląda te bajki na telefonie mamy. Siostra kupiła ołówki z Elsą, bo nie były drogie, ale mała wypatrzyła plecak. Kosztował jakieś 90zł, nie mogła sobie na to pozwolić. Mała to rozumie, ale i tak była smutna. Gdybym wiedziała, to, mimo że tęsknie za siostrą, to sama bym kupiła ten plecak i wysłała.

Siostra nie żałuje, że mała przyszła na świat, że ją urodziła też nie. Żałuje, że ściągnęła tu tą niewinną istotkę, a nie może jej nawet ofiarować swojego czasu, bo pracuje. Że mała trafiła akurat na taką matkę.

PS. Wyznanie dodane z cudzego konta i cudzego telefonu, rodzice nie znajdą.

#Chxhs

Pewnego dnia siedząc w pokoju postanowiłam obejrzeć film z kategorii +18 na swoim telefonie. Strona, z której przeważnie korzystam do oglądania tego typu treści ma funkcje wyświetlenia na telewizorze. Chcąc zatrzymać film, przypadkowo wyświetliłam pornola z kategorii bdsm pozostałym domownikom na telewizorze w salonie.

#hgnPG

Byłem jakiś czas temu na imprezie u koleżanki. Poznałem kilka znajomych z jej strony, a wśród nich kolesia, który cały wieczór wyśmiewał się z mojego lwa na ramieniu. Rzucał zaczepki, typu: "dlaczego wytatuowałeś sobie psa" albo: "czy ten szczeniak ugryzie, jak strzelę ci gonga?". Specjalnie go zlewałem, gdybym wdał się w dyskusję, to nic dobrego by z tego nie wynikło.

Tego samego wieczoru jego dziewczyna poszła za mną do łazienki, by powiedzieć mi, że bardzo kręcą ją wytatuowani mężczyźni. Ciągu dalszego możecie się domyślić – moim zdaniem pozycja na pieska w toalecie była lepszą ripostą niż jakiekolwiek słowa.
Szach-mat.

#pa1Fd

Mam córkę. W wieku 4/5 lat (czyli niby duże i rozumne dziecko, okazuje się, że jednak nie) robiła kupę po kątach, którą znajdywaliśmy po czasie, gdy zaczęło cuchnąć w całym pokoju lub domu. Poważnie, nie wiem jak to robiła, ale nieźle się z tym kryła.

Byliśmy tą sytuacją wykończeni, bo może się to wydaje błahe, ale czuliśmy wszechobecny smród, potrafiła zrobić kupsko do kosza ze świeżym praniem, do zmywarki, w najciaśniejszych miejscach, skąd ledwo dało się to gówno wyciągnąć, potrafiła się zesrać i wetrzeć to w ścianę, no obrzydlistwo, mimo że to były dzieła mojego dziecka.

Któregoś razu, kiedy przyłapałem ją na gorącym uczynku, zaczęła zwiewać. Nie myśląc złapałem jeszcze ciepłe gówno i w bieg za bachorem. Z chorą satysfakcją wtarłem jej wszystko w twarz. Wiem, ojciec sku*wiel.

Żona do tej pory się zastanawia nad cudownym uzdrowieniem.
Niczego nie żałuję.

#HDAzP

Kojarzycie serial Teoria Wielkiego Podrywu? Dla niezorientowanych: w jednym z odcinków Sheldon odczytuje Leonardowi umowę lokatorską, w której jest punkt, że jeśli wspomniany będzie podróżował w czasie, ma pojawić się tu i teraz. Niestety, bohater się nie pojawił, ale wówczas siedemnastoletniemu mnie bardzo się ten motyw spodobał. Na datę pojawienia się wybrałem swoje osiemnaste urodziny, na miejsce mój pokój, a na zadanie zostawienie sobie porady na wkroczenie w dorosłość. Żeby nie zapomnieć, poprosiłem kumpla tatuażystę, żeby wydziarał mi datę na nadgarstku. Kumpel śmiał się niemiłosiernie, ale czegóż się nie robi dla przyjaciół?

Gdy nadszedł wielki dzień, ustawiłem kamerę w kącie pokoju, żeby się zobaczyć, jak miałby mnie odwiedzić ja z przyszłości i poszedłem świętować z kumplami na ogródki działkowe. Nie piłem alkoholu aż do osiemnastki, więc nieciężko wywnioskować, jak to się musiało skończyć. Kumple odnieśli mnie do domu i położyli spać.

Następnego dnia, z nieziemskim kacem, zszedłem do kuchni na obiad. Rodzice wyśmiali mój stan, pogadaliśmy, aż w pewnym momencie mama wspomniała, że widziała wczoraj wieczorem wracając z pracy gościa, który ubrany był jakby się urwał z Powrotu do Przyszłości.

Wystrzeliłem od stołu jak oparzony, pobiegłem do swojego pokoju, wsadziłem kartę pamięci z kamery do laptopa i zacząłem oglądać. Przeklikiwałem się przez kilka pierwszych godzin, aż natrafiłem na NIEGO. Wszedł do mojego pokoju, ubrany w srebrny kombinezon z hełmem, który zakrywał mu twarz. Pomachał do kamery, wsadził kartkę do szuflady biurka i wyszedł.

Otwarłem szufladę, wyciągnąłem kartkę, a na niej wydrukowane było: Rok 2050. Nie rób tego tatuażu na osiemnastkę, bo nigdy nie zaliczymy. Zastanawiałem się, jaki tatuaż, o co chodzi? Więc zadzwoniłem do kumpla, podekscytowany wizytą mnie z przyszłości, opowiedziałem mu o całej sytuacji, łącznie z dziwną wiadomością. Ten spoważniał i zaczął mnie przepraszać. Że oni nie chcieli, że byliśmy pijani, że nie spodziewali się, że to zniszczy mi życie. Wtedy z przerażeniem rozłączyłem się i zacząłem się rozbierać. Kurna... Na podbrzuszu miałem wytatuowane ogromnymi, czarnymi literami: Luke, jo sem tvoj tatinek...


Oddzwoniłem do kumpla, nawrzeszczałem na niego, że zniszczyli mi życie i że ma się do mnie nigdy nie odzywać. Wyłączyłem telefon, zablokowałem wszystkich na Facebooku i poszedłem opowiedzieć o wszystkim rodzicom. Przyjęli to nadzwyczaj gładko i nadzwyczaj dobrze. Pocieszali mnie aż do wieczora, kiedy nie przyjechał kumpel, wytłumaczył mi, że to był dowcip, gościem na nagraniu jest mój ojciec (rodzice o wszystkim wiedzieli), a tatuaż to henna i zejdzie.

Do dziś nie wiem, czy to kac, czy moja wrodzona naiwność sprawiły, że w to uwierzyłem.

#Zez69

Piszę, bo nie daje mi to spokoju.

Pracuję w pewnej instytucji i siedzę w podwójnym biurze z osobą, której bezpośrednio podlegam. Jestem młodą kobietą rok po studiach, mój przełożony jest kilkanaście lat starszy, podtatusiały i bardzo dba o konwenanse. Współpracuje nam się super, dobrze się dogadujemy, jesteśmy na "pan" i "pani", pełna kultura, galanteria i dżentelmeństwo. Nigdy nie powiedział niczego ani nie zachował się wobec mnie nieodpowiednio, pełen profesjonalizm. Nawet nieraz mówiłam koleżankom, że jest super, bo o ile niektórzy koledzy i inni przełożeni są po prostu zboczeni i nieswojo mi przejść obok nich w spódnicy, tak mojego przełożonego nigdy nie przyłapałam nawet na nieodpowiednim spojrzeniu.

Mimo to, śnił mi się pewnego razu dziki seks z nim i swój najlepszy w życiu orgazm przeżyłam... w czasie snu. Nawet matka mi później mówiła, że chyba miałam jakieś koszmary, bo strasznie krzyczałam :D. Pamiętam wszystko ze szczegółami, więc przyjście do pracy było dla mnie bardzo dziwne. Ale jakoś wyrzuciłam ten sen z pamięci, nie myślałam o szefie pozbawionym spodni i dalej pracuje nam się dobrze. Nawet pomyślałam, że mi z samotności głupie rzeczy chodzą po głowie, jestem małym zboczuchem, a on NA PEWNO nigdy by tak o mnie nie pomyślał, w końcu taki dżentelmen, szef, ojciec rodziny.

Ostatnio mój kolega z pracy - prywatnie przyjaciel - a jednocześnie członek wierchuszki, przyznał, że jak był razem z moim szefem na szkoleniu, to przy wódce mój nieszczęsny szef mu płakał, że mam najzajebistsze piersi na tej planecie, uroczy uśmiech i świetne poczucie humoru, a on nawet nie może sobie jawnie popatrzeć i czasem w pracy leci do kibla, żeby sobie ulżyć, bo nie może normalnie pracować. Ale jest uczciwy i nigdy by nie zdradził żony, tylko z myślami i uczuciami nie może sobie poradzić.

Od tamtej pory zawsze dziwnie się czuję, jak szef idzie do łazienki, a ja... cóż, ja czasem tylko wspominam swój sen i ogarnia mnie żal. Wracam do swojej kawalerki, bo w końcu wyprowadziłam się od rodziców, zajadam smutki lodami i myślę o pięknych, silnych dłoniach szefa i jego łobuzerskim uśmiechu, a także o najlepszych orgazmach w życiu. Zastanawiam się, czy poza snem byłyby również tak mocne. Po czym idę do pracy, wyłączam uczucia i pracuję najlepiej, jak umiem.

W końcu jestem profesjonalistką. Jak mój szef...

#wc4hx

Po maturze przez kilka miesięcy pracowałam jako kelnerka w restauracji. Praca na czarno i zarobki tragiczne (5 zł za godzinę), ale bardzo potrzebowałam kasy, a w moim zapyziałym miasteczku nic innego nie było. Ogólnie pracę samą w sobie wspominam miło, miałam fajnych współpracowników i spoko kierowniczkę, szef do restauracji zaglądał raz na miesiąc, gdy przynosił wypłatę, ruch był niewielki, jedynie w weekendy był spory, ale ogólnie nie było tam presji czy stresu. Jedynie te marne zarobki były problemem.

Pracowałam tam do końca września, a później wyjechałam na studia do innego miasta. Kilka tygodni później przyjechałam do domu rodzinnego i wybrałam się do miasta ze znajomymi. Przechodząc koło mojego starego miejsca pracy, zobaczyłam, że jest tam teraz zupełnie nowa restauracja, od znajomych dowiedziałam się, że starą zamknęli w październiku, niedługo po moim odejściu, bo przynosiła za dużo strat.

Do dziś zastanawiam się, czy to nie była moja wina. Otóż pracując tam, zwyczajnie kradłam. Pierwszy raz zdarzyło mi się, gdy siedziałam sama na ogródku, a moim jedynym klientem był młody chłopak, który zamawiał tylko piwa. Pił jedno, potem brał drugie i znowu pił, i tak z osiem razy. Mi się nie chciało za każdym razem schodzić na dół i wbijać na kasę, więc po prostu zapisywałam ile piw wypił i postanowiłam wszystko wbić na końcu, gdy już będzie płacił. Tak się złożyło, że w pewnym momencie przyszli nowi klienci i zamówili coś do jedzenia, więc musiałam pójść i złożyć zamówienie na kuchni, a gdy wróciłam, to chłopaka od piw już nie było, zwyczajnie zwiał. Gdybym wbiła te piwa na kasę, to sama musiałabym za nie zapłacić, więc zdecydowałam po prostu tego nie robić i o sprawie zapomnieć.

Po kilku dniach, gdy zorientowałam się, że nikt tego nie zauważył, wkręciłam się w te oszustwa. Później poszło już łatwo, dawałam alkohol znajomym i nie wbijałam na kasę, czasem po pracy zostawałyśmy z koleżanką i upijałyśmy się na koszt firmy. Kamery w pracy były, ale nie działały, bo szef oszczędzał na czym się tylko dało. Potem poszłam o krok dalej i zaczęłam podkradać pieniądze. Gdy ktoś coś kupił, ale nie chciał paragonu (np. dawał wyliczoną kasę i od razu odchodził) nie wbijałam tego w ogóle i pieniądze chowałam do kieszeni.

Nie mam pojęcia ile ukradłam, ale naprawdę było tego sporo. Wmawiałam sobie, że to taki bonus do tej żałosnej stawki godzinowej. Przez te kilka miesięcy nikt się nie zorientował, a z pracy odeszłam w dobrych relacjach z szefem i kierowniczką. Choć minęło już 6 lat, to nadal mam wyrzuty sumienia, że restauracja splajtowała przeze mnie.

#XQ2LJ

Moja 28-letnia przyjaciółka właśnie zadzwoniła do mnie z płaczem. 5 minut temu dostałam zdjęcie jej nowonarodzonej córki, więc na moment serce stanęło, gdy usłyszałam szloch w słuchawce.
Snując najczarniejsze wizje próbuje ją uspokoić na tyle, żeby się dowiedzieć o co chodzi.

Po mniej więcej minucie dowiedziałam się. Moja przyjaciółka, która nie ma nikogo, której chłopak jak dowiedział się o dziecku to uciekł za granicę usłyszała na sali porodowej:
Od lekarza: Takich rozstępów jeszcze nie widziałem, aż czarne.
Od położnej: jak dawałaś gówniaro to nie bolało, to czego się drzesz.
Od pielęgniarki: sama? a kto pomoże jak nie będziesz mogła dupy ruszyć?
Od salowej: jak pobrudziła pościel niech sama posprząta.
Pal licho pracę. Przejadę te 300 km, gdyby poród był w terminie byłabym na miejscu. Tylko nie wiem... Zaprawić im bombonierkę środkiem przeczyszczającym czy od razu kupić pistolet...
Dodaj anonimowe wyznanie