Ponoć małżeństwu do szczęścia brakuje tylko dzieci. Nam też tak się wydawało. Wiele lat z mężem staraliśmy się o nasze szczęście. Międzyczasie zrobiłam jakaś karierę. Byłam kimś ważnym.
Wreszcie się udało - byłam w ciąży. Stan błogosławiony był dla mnie bardzo trudny, było dużo komplikacji.
Po porodzie właściwie od razu okazało się, że nasze dziecko jest inne od wszystkich. Wszystkie rady z książek i od innych matek przy naszym dziecku nie skutkowały. Z wiekiem wszystko bardzo się wyostrzyło. Dziecko bardzo odstaje od rówieśników w rozwoju fizycznym i intelektualnym. Ma swój świat, nie zawsze reaguje na imię, przesadnie reaguje na różne sytuacje, bardzo szybko się irytuje. Dni są ciężkie, a noce jeszcze gorsze. Wymaga opieki specjalistów, ma wiele rehabilitacji. Będziemy je diagnozować pod kątem autyzmu.
Co w tym anonimowego? A to, że często zastanawiam się co by było gdyby można było cofnąć czas. Myślę czy aby na pewno wtedy byłam nieszczęśliwa? Wyobrażam sobie, że pakuje się i zostawiam cała rodzinę i spędzam resztę życia samotnie. Mogłabym płacić alimenty nawet duże, byleby znowu móc być człowiekiem, mieć chwilę dla siebie, a nie tylko maszyna do zaspakajania potrzeb.
Dawno nie oglądałam nawet filmu, bo nie mam tyle luźnego czasu. Spać chodzę wcześnie, bo wielogodzinne przerwy w śnie naszego dziecka to norma. Nasze dziecko nie odwzajemni uścisku, nie pokaże, że cię kocha. Każda próba przytulania kończy się krzykiem.
Do pracy przez zobowiązania przy dziecku nie mogę wrócić. Dla wielu z was będę już na zawsze 'mamą na pełen etat'. Czuję, że przegrałam życie.
Będzie to lekko obrzydliwe wyznanie. Byłam w 3 klasie gimnazjum i miałam...zaparcie. Nigdy nie miałam takich problemów, ale w końcu musiałam o tym powiedzieć mamie. Mama powiedziała, że musi mi zrobić LEWATYWĘ... Nie wiedziałam co to jest, ale szybko się dowiedziałam. Pojechała z samego rana do apteki. Rano nie było nikogo w domu. Ojciec był w pracy, rodzeństwo w szkole. Kiedy kazała mi się rozebrać i uklęknąć na ręczniku w łazience miałam już bardzo złe przeczucia... Sami wiedziecie co potem nastąpiło... nasmarowana rurka w pupę i wlanie płynu.
Kiedy skończyła powiedziała żebym się położyła u siebie w pokoju przez 15 minut zanim pójdę do WC. Niestety nie wytrzymałam nagłego parcia i brązowa woda wylądowała na łóżku, podłodze i ścianie. Do tej pory nikt nie wie co się stało naprawdę ze ścianą. Strasznie mi wstyd kiedy o tym sobie przypomnę i na pewno nigdy nikomu o tym nie powiem.
Jestem ciekaw jak się miewają bliźniaki Janusz i Grażyna z wyznania sprzed paru lat.
Wyobraźcie sobie sytuację:
Przyszli do Ciebie znajomi, wszyscy się świetnie bawią, a Twoja córka 7 lat bawi się w pokoju obok.
W godzinach wieczornych dziewczynka przychodzi do Was i mówi, że pokaże Wam sztuczkę karcianą. Towarzystwo zaciekawione, matka dumna, wszyscy w skupieniu obserwują.
Po około 5 minutach mały, słodki, blond aniołek rzuca karty na ziemię, patrzy na zebranych i głosem pełnym niewinności mówi: "Kur*a, nie wyszło" po czym wraca do swojego pokoju.
Byłam złym dzieckiem.
Wyznanie to piszę po sprawie sądowej, w której wprawdzie zostałem uniewinniony, ale w lokalnej społeczności stałem się pedofilem i jedynie co mi zostało, to wyjechać za granicę...
W jednym z klubów poznałem dziewczynę, która jak twierdziła miała 19 lat (nazwijmy ją L), raz że wyglądała na taką, a dwa, że wpuszczali tylko pełnoletnich. Co mogę napisać, zagadałem do niej, fajnie się bawiliśmy, a że procenty się lały, to i mi, i jej hamulce puściły i... no stało się, szybki numerek w kiblu. Decyzja była, że jedziemy do mojego mieszkania i tam kontynuujemy. Przyznam, że w tych sprawach była naprawdę dobra. Po wszystkim powiedziała, że nie chce żadnego związku, że dla niej to tylko zabawa była, no co, sam lubiłem się bawić, to rozumiałem ją.
Po dwóch miesiącach zawitała do mnie policja, a właściwie wjechała mi na mieszkanie informując, że zostałem zatrzymany do wyjaśnienia sprawy. Na miejscu dowiedziałem się, że jestem podejrzany o kontakty seksualne z nieletnią. Myślę o co im chodzi, a okazuje się ze chodzi o L, która jak się okazało miała... 13 lat, a wyszło to na jaw po tym, jak zaciążyła. Jak o tym się dowiedziałem, to aż się we mnie zagotowało, że z powodu paru uniesień raz, że pójdę do więzienia, a dwa, że wśród lokalnej społeczności wyjdę na pedofila. Zeznałem, że co prawda miałem seks z L, ale twierdziła, że ma 19 lat, zresztą na taką wyglądała, a że do klubu wpuszczali tylko pełnoletnich, nie miałem powodu myśleć, że jest nieletnia. Niestety sprawa trafiła do prokuratura, który postawił mi zarzut kontaktów seksualnych z nieletnią poniżej 15 lat.
Oczywiście już w opinii publicznej stałem się potworem.
Przed skazaniem mnie uchroniła mnie... mama L, która znalazła w jej pokoju sfałszowany dowód osobisty i sporo gotówki. L ponownie przesłuchana przyznała się, że wykorzystała fakt, że wygląda na starszą niż jest - dla łatwej kasy. Jej schemat wyglądał tak: na podstawie tegoż dowodu była wpuszczana do klubów, czekała na napalonego gościa, po kilku drinkach zgadzała się na seks, po czym w przeciągu kilku miesięcy (żeby nie wzbudzać podejrzeń w jej stronę) miała szantażować swoje ofiary ujawnieniem faktu seksu z nieletnią, natomiast zdobytą w ten sposób gotówkę przeznaczała na ubrania, kosmetyki i smartfona (w sumie było ok. 6000 zł). Oprócz mnie jej ofiarami stało się jeszcze 6 mężczyzn. Wyrokiem sądowym zostałem uniewinniony argumentując, że faktycznie mogłem się pomylić co do jej wieku na podstawie jej wyglądu i dowodu, ją zaś za jej czyny (głownie szantaż) czeka sprawa w sądzie rodzinnym. Tylko co mi po takim wyroku, jak społeczność nadal ma mnie za pedofila i wszyscy się ode mnie odwrócili? Przekazanie wyroku do lokalnej prasy przez sąd nic nie zmieniło.
Jedyne co mi zostało to wyjechać za granicę i tam poznać kogoś, z kim założę rodzinę.
Historia #16UtI przypomniała mi co spotkało mnie w czasach studenckich.
Miałam kota. Niestety oderwała się siatka zabezpieczająca na balkonie, nie zauważyłam, kot przeszedł do mieszkania z pionu obok, a tam było dziecko z zespołem Downa. Jak kilka godzin później zauważyłam chłopczyka z moim kotem na balkonie, to złapałam z szafki czekoladę, poszłam przeprosić za kłopot i odebrać. Matka dzieciaka powiedziała, że to ich kot. Wezwałam policję, uzbroiłam się w stos zdjęć z 10 lat bycia właścicielką oraz książeczkę od weterynarza. Policjanci rzucili komentarzem, że jestem podła, żeby choremu dziecku kota zabierać, zwłaszcza jak się już tak do chłopca przywiązał (po kilku godzinach, kiedy u mnie był 10 lat) i skoro tyle ogłoszeń, że oddają je za darmo. Ostatecznie kot wrócił po tym, jak zażądałam na piśmie odmowy interwencji - kot miał chip, więc wystarczyłoby go zawieźć do weterynarza, ja z chęcią pokryłabym koszt wizyty. Matka kota oddała, potem przez kilka dni nachodziła mnie o pieniądze za skradzionego im (!) zwierzaka, a po groźbie zgłoszenia nękania nastawiła dziecko przeciwko mnie i dzieciak całe dnie wył i krzyczał na balkonie, żeby oddać kotka.
Żeby nie było - kot przebywał tam maksymalnie 5 godzin, bo do tej pory pamiętam, że otwierałam balkon chwilę po 12:00, by wystawić suszarkę z praniem, a podczas wizyty policji wiedziałam, że pobliska przychodnia weterynaryjna jest jeszcze czynna, bo byli otwarci do 18:00.
Na szczęście to był czerwiec i kończyła mi się umowa najmu, więc poszukałam czegoś nowego. Jedynie do reszty egzaminów uczyłam się w bibliotece, u znajomych albo jak było ładnie na ławce w parku, bo przy tych wrzaskach w domu się nie dało, ale sesję zdałam. A kot do końca życia miał awersję do dzieci, ale nie dziwię mu się.
Była tu niedawno historia o siostrze, która, mimo sprzeciwów autorki, podrzuciła jej swoje dzieci i pojechała na wakacje. Większość popierała autorkę, część twierdziła, że dzieci niczemu winne i zachowała się źle. Nie chciało mi się czytać całej dyskusji, bo była ogromna, ale wydaje mi się, że niewiele osób zwróciło uwagę na to, co najistotniejsze. Te dzieci nie wiadomo jak długo stały same pod drzwiami, naprawdę wiele rzeczy mogło się im przydarzyć. Dlatego teraz ja wam coś opowiem.
To było 15 lat temu, kuzynka mojego męża miała zająć się siedmioletnią córeczką swojej siostry, gdy ta jechała w delegacje. Podobno mała była spokojna i grzeczna, wystarczyło ją zostawić w sypialni z soczkiem, jakimś jedzeniem i zabawkami, i zajęłaby się sama sobą, gdy jej ciocia była w pracy. Już kilka razy takie sytuacje miały miejsce. Tym razem umówione były na styk, matka dziewczynki zaraz po powrocie siostry z pracy miała od razu jechać, na wszelki wypadek umówiły się, że w razie korków mała poczeka sobie sama pod drzwiami kilka minut.
Sytuacja jednak miała się inaczej, nagle pojawił się problem z transportem, wyjazd miał się odbyć godzinę wcześniej. W tamtym czasie żadna z sióstr nie miała komórki, nie było też jak zadzwonić do pracy. Matka stwierdziła, że dziewczynka spokojnie poczeka sobie tę godzinkę pod drzwiami.
Tego dnia rzeczywiście były korki, gdy kuzynka męża w końcu wróciła do domu, pod drzwiami nikogo nie zastała. Chodziła po sąsiadach, ale nikt dziewczynki nie widział. Poszła na policję, ale oni na razie nie chcieli nic zrobić, z matką nie było kontaktu, nie wiadomo czy się nie rozmyśliła i nie powierzyła opieki komuś innemu. Czy mieli prawo tak zrobić? To do tej pory jest to kwestią sporną w tej rodzinie.
Gdy matka w końcu dotarła do hotelu i się odezwała minęło prawie 10 godzin, dopiero wtedy podjęto jakieś kroki. Dziewczynkę znalazł następnego dnia przypadkowy przechodzień, leżała przy drodze, nieprzytomna, pobita i zgwałcona. Gdy już była w stanie, powiedziała, że gdy czekała na ciocię na klatce podszedł do niej pan, spytał co robi i powiedział, że jest przyjacielem cioci i ma jej popilnować, bo cioci coś wypadło. Tym panem był brat sąsiada z góry, który wracał z odwiedzin od niego. Dziewczynka miała zostać bez opieki "tylko" półtorej godziny. Skończyło się ogromnymi problemami psychicznymi, kilkoma dużymi bliznami i zarażeniem wirusem HIV.
Wciąż autorka tamtego wyznania nie powinna reagować powiadomieniem policji na podrzucenie jej dzieci i zostawienie ich samych na nie wiadomo ile czasu?
Pracuję w korporacji. Koledzy z pracy nie mogą się nadziwić jakim cudem jestem w stanie wyrobić się ze wszystkim i nie muszę siedzieć po godzinach.
Nigdy im się do tego nie przyznam, ale sfrustrowany nadmiarem obowiązków napisałem kilka skryptów, które wykonują moją pracę za mnie. Z początku miało to mnie jedynie trochę odciążyć, ale z czasem rozwinęło się to do takiego stopnia, że udało mi się zautomatyzować około 80% czynności, które wykonuję w pracy. Przez to mam bardzo dużo wolnego czasu.
Mam nadzieję, że mój szef nie czyta anonimowych. Byłoby nieciekawie, gdyby dowiedział się, że prawie całą naszą pracę może ogarnąć komputer.
Mam przyjaciółkę Anie. Ania od zawsze była nieśmiała, niewinna do bólu i trochę staromodna. Przyrzekła sobie, że poczeka z seksem do ślubu, potrafiła się rumienić na dźwięk słów takich jak p*zda. W szkole nie była zbyt popularna, właściwie miała tylko mnie, a w liceum również chłopaka. Byli tak samo uzdolnieni, mieli te same pasję, nawet plany na studia. Wydawali się do siebie idealnie pasować...
Pewnego dnia chłopak zaprosił do siebie Anię na wieczór filmowy, bo jego rodzice wyjechali. Na tym wieczorze zgwałcił Anię. Doskonale znał jej poglądy, obiecywał, że zaczeka. Nie zaczekał.
Ania nie chciała iść na policję, rodzice zaciągnęli ją tam siłą. Na obdukcji wykazano niewielkie obrażenia. Ania jest bardzo drobna i słaba fizycznie, ten psychol nie musiał wkładać dużo siły w swój czyn. Były ślady nasienia, bo zrobił to bez gumki, jednak było coś, do czego wszyscy się przyczepili, Ania na problemy hormonalne brała tabletki antykoncepcyjne. No jak to tak? Niby dziewica, niby z seksem czeka do ślubu, a podczas gwałtu tabletki antykoncepcyjne? Jak się domyślacie, nie skazano jej oprawcy, za mało dowodów, słowo przeciwko słowo. Tłumaczył, że poniosła ich chwila i zrobili to za obopólną zgodą. Logiczne, prawda? Tylko dlaczego dziewczyna, o której mówią, że dała dupy, a potem się rozmyśliła, więc stwierdziła, że to był gwałt, zaliczyła już trzy próby samobójcze?
Ten gnój układa sobie życie tak, jak zaplanował. Mojej Ani właściwie już nie ma. Kiedyś była zdolną i odpowiedzialną dziewczyną. Teraz nie dała rady skończyć szkoły. Nie można zostawić jej bez opieki, jeśli się jej nie przypilnuje, nie umyje się ani nic nie zje, bo nie widzi takiej potrzeby. I nie chodzi o to, że nie przygotuje sobie jedzenia, nawet jakby postawić przed nią talerz z jej ulubionym daniem, to ona sama z siebie tego nie ruszy.
Jej rodzice chcieliby się z nią wyprowadzić, ale nie mogą. Oni sami nie mają wykształcenia, a utrzymują się z prowadzenia niewielkiego biznesu, który odziedziczyli po swoich rodzicach. Zresztą, nie wiedzie im się najlepiej, to nie jest wielkie miasto, wszyscy wiedzą o każdym popełnionym tu przestępstwie, wiele ludzi bojkotuje rodziców "wariatki, która się po seksie rozmyśliła i oskarżyła niewinnego chłopca o gwałt".
Ania nie chce nigdzie wychodzić, w takim mieście, gdzie jest jedno centrum handlowe i kilka restauracji/kawiarni, nie sposób uniknąć spotkania się z dawnymi znajomymi. Pracuje u swoich rodziców, którzy starają jej się zapewnić namiastkę normalności. Wożą ją na terapię, ale to nic nie daje. Ja sama odwiedzam Anię, gdy tylko jestem w mieście, chcę pomóc, ale to już nie moja Ania.
A czemu piszę o tym teraz? Oprawca Ani skończył studia i wrócił do domu. Robił studia z myślą o dużej firmie w naszym mieście. Za miesiąc zaczyna pracę. Mieszka na tym samym osiedlu co Ania.
Miesiąc temu pochowałam moją córkę, zmarła na raka. Miała 14 lat i była jedynaczką. Najpierw był ogromny ból, cierpienie, żal... Teraz czuję spokój. Niewyobrażalny spokój. Nie martwię się już o nią. Wiem, że już nie cierpi. Pozwala mi to normalnie żyć.
Dodaj anonimowe wyznanie