Jako że zawsze byłam dzieckiem "rebel" i większość swojego dzieciństwa spędzałam na dworze z dzieciakami, to właśnie stamtąd brałam znaczną część swojego słownictwa. Najśmieszniejsze wydawały mi się wtedy żarty, gdzie się kogoś wyzywa i właśnie tak często poprawiałam sobie humor.
Pewnego razu, gdy miałam może 8-9 lat, mama wysłała mnie do sklepu po zakupy. Jako że do każdej powierzonej mi czynności starałam wkładać z siebie 110%, tak było i tym razem!
Wyjęłam jakąś kartkę i zaczęłam zapisywać produkty, które miałam kupić. Jak wspomniałam prędzej, byłam "zabawnym" dzieckiem, więc i w tak pozornie zwykłej i prostej czynności musiałam wtrącić coś swojego - śmiechowego. Zaczęłam rozpisywać typowy dialog "ze sklepu", ale ze swoimi jakże dowcipnymi wstawkami, tzn.
"- Dzień dobry, głupia babo zza lady.
- Dzień dobry, przepiękna Agatko.
- Dawaj mi tu śmietanę, bo ci walnę w łeb i nie będzie tobie tak do śmiechu.
- ...ależ oczywiście, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem..." itp., itd.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że piszę jak kura pazurem, a wyciągając dialog w sklepie nie mogłam się po prostu doczytać i w gąszczu wyzwisk nie mogłam wyszukać tego najistotniejszego - produktów, które miałam kupić. Pani sklepowa, widząc moje potyczki, stwierdziła, że na pewno mam problem z przeczytaniem, bo jeszcze tego po prostu nie umiem. Poprosiła mnie o moją kartkę, bo stwierdziła, że tak będzie prościej. A raczej nie poprosiła, tylko ją po prostu wzięła.
Wyobraźcie sobie moją minę - zaczerwienionego Omena, ledwie wystającego czubkiem głowy zza lady, no i pani, która zareagowała na to, na szczęście, śmiechem, którego sama nie mogła powstrzymać.
PS Do tego sklepu chodzę do dziś, bo to jedyny na moim osiedlu, a wyżej wspomniana pani to właścicielka. I do dziś za każdym razem wspominam tę sytuację.
Od zawsze byłam dzieckiem wybitnie nielubianym przez inne dzieci. Jakaż była moja radość, kiedy kolega (nie bywał dla mnie podły, a po prostu ignorował moje istnienie, co uznawałam za objaw wyjątkowej życzliwości) z grupy przedszkolnej podczas wspólnego zbierania talerzy po posiłku (mieliśmy dyżury i każdy co ileś dni te talerze zwijał) wyznał mi miłość i zaoferował, że będziemy się całować! Reszta grupy z nauczycielkami wyszła z sali, a my mieliśmy ich dogonić. Zbieraliśmy te talerze sami, więc warunki były idealne. Położył się na mnie i całował, co uznałam za wyjątkowo nieprzyjemne. Nawet poczułam ulgę, że nauczycielka nas nakryła jak przyszła sprawdzić, gdzie zniknęliśmy.
Później ten chłopak traktował mnie znowu jak powietrze. Ja jego zresztą też. Skończyliśmy przedszkole, poszliśmy do tej samej szkoły, chociaż do innych klas, a ja dalej byłam ofiarą rówieśniczej przemocy.
Któregoś dnia, jak mieliśmy po 14 czy 15 lat, podszedł do mnie na korytarzu w szkole razem z kilkoma innymi chłopakami. Wszyscy byli w niezwykle dobrych nastrojach. W takich oto okolicznościach, wręcz krztusząc się ze śmiechu, opowiedział wszystkim obecnym tamto zdarzenie i... podziękował mi za to, że jestem taka łatwa, że dzięki mnie wygrał zakład o to, kto poderwie najbrzydszą dziewczynę.
Do końca ósmej klasy znów traktowaliśmy się nawzajem jak powietrze, a potem już więcej się nie widzieliśmy.
Zacznę od krótkiego opisu mojego życia przez ostatnie 7 miesięcy.
We wrześniu dowiedziałam się że jestem poważnie chora, a mianowicie nowotwór, później były poważne komplikacje. Było ciężko, ale dałam radę, wygrałam tą walkę. Część anonimowa przed wami, a dokładnie chodzi o mojego tatę. Niestety, leczenie oprócz tego, że wyzdrowiałam, przyniosło również skutek uboczny, a dokładniej to, że przytyłam 20 kg. Ja się tym jakoś szczególnie nie przejęłam, bo wiem, że przyjdzie czas, by zrzucić zbędne kilogramy, latem, jak będzie ciepło. Tylko mój tata nie akceptuje mnie jako pulchnej nastolatki (mam 16 lat). Nigdy nie krył się z tym, że nie akceptuje osób z nadwagą... W ostatni weekend zrobił mi "wykład", że jako młoda dziewczyna, która powinna się podobać każdemu mężczyźnie, ja obrzydzam ich swoim wyglądem... albo że "obżeram się tłustymi posiłkami i zajadam słodkim", a najczęściej porównuje mnie do szczupłych osób... Jest tego o wiele więcej, ale skończę na tych przykładach.
Ostatnio z nerwów boję się jeść, a jeśli już coś zjem, to zwymiotuję, jak go zobaczę... Serce mi się kraje, jak on mi ubliża, bo po tym co przeszłam powinien mnie wspierać, cieszyć się, że żyję... Na szczęście mam kochającą mamę i brata, chcieli pogadać z nim, bezskutecznie, również zostali zdeptani równo z błotem. Cały czas liczę, że się zmieni, chociaż prawdopodobieństwo, że się zmieni jest niemożliwe, prędzej dinozaury ożyją, niż on się ogarnie.
Witajcie,
Kiedyś dodałam tu wpis jak to ja bardzo nie nienawidzę swojego psa. (#WnmPK)
I stało się po paru latach męki, kolejnych próbach nawrócenia pieska na dobrą drogę (bez skutku) postanowiliśmy znaleźć mu lepszy dom.
I się udało, piesek trafił do domu na wsi do pary starszych osób. Mamy opcję go odwiedzać i tak też robimy. Piesek ma się świetnie, ma gdzie hulać, nowy pan go rozpieszcza, piesek w 7 niebie. Nie ma tu żadnego ale... Po prostu żałuję że wcześniej tego nie zrobiłam bo j ja znalazłam spokój ducha i piesek znalazł swój raj na ziemi. Nadal szajbus ale przynajmniej ma gdzie swoją energię rozładować.
Pozdrawiam was serdecznie, i dziękuję za wszystkie rady.
Nie wiem czy problem jest we mnie, czy w całej sytuacji.
Wspólny znajomy mój i mojej dziewczyny rozpowiada o mnie niezbyt miłe i niezbyt prawdziwe plotki, w które wierzą osoby nieznające mnie - bo w końcu czemu mieliby nie wierzyć, prawda?
Jakiś czas temu skonfrontowałem się z nim i wprost zapytałem o to, czemu aż tak mu przeszkadzam. Przyczyny się nie dowiedziałem, ale za to w skrócie dowiedziałem się, że jestem osobą, z którą nie warto się zadawać i która wszystko potrafi zepsuć. Opowiedziałem to mojej dziewczynie i zapytałem co na ten temat sądzi, bo może faktycznie coś w tym jest, a ja tego nie zauważyłem. W pierwszym wrażeniu mocno się na niego wkurzyła i od razu zaprzeczyła wszystkiemu co powiedział. Wystarczyło jednak kilka dni, żeby o całej sprawie zapomniała i świetnie bawiła się w jego towarzystwie, jakby nic się nie stało.
Problem jest między mną a nim, to jasne. Tylko za każdym razem jak dowiaduję się, że będąc na mieście ze znajomymi (tymi, którzy uwierzyli w plotki) on też tam był i bawili się ze sobą jak najlepsi kumple, to coś mnie w środku boli.
Wiecie, jestem typem, który nie pozwoli bezkarnie obrażać jego kobiety i gdyby sytuacja była odwrotna, za żadne skarby świata nie chciałbym przebywać w towarzystwie kogoś, kto robi takie rzeczy najbliższej mi osobie, a już tym bardziej nie mógłbym być tak pozytywnie nastawiony do tego człowieka, jak moja dziewczyna.
PS. Dla tych, których radą będzie rozmowa. Rozmowy nic nie wnoszą. Dziewczyna uważa, że nie robi nic złego. Ma rację, bo to nie jej konflikt, ale z drugiej strony jej zachowanie gdzieś tam w środku mnie uwiera.
Przegrywam swoje życie. Dosłownie.
Mam 28 lat, jestem kobietą i od kilkunastu już lat gram w gry bez opamiętania.
Wszystkie moje koleżanki wychodzą za mąż, budują domy, rodzą dzieci. Ja będąc z moim partnerem już 8 lat dorobiliśmy się aż samochodu. Mieszkanie wynajmujemy.
Oboje pracujemy, nie zarabiamy najniższej krajowej, ale do średniej też nam trochę brakuje.
Oboje jesteśmy maniakami. Wchodzimy w tryb online, by być najlepszymi, od zawsze gramy razem (poznaliśmy się in game ;))i od zawsze dążymy do tego, by być najlepszymi na naszym serwerze.
Ale ile może trwać taka sielanka? Czy dorośli ludzie powinni tak żyć?
Cieszy mnie, że po powrocie z pracy mogę ugotować obiad, coś szybko posprzątać i usiąść przed kompem, dla mojego partnera to również idealny układ.
Ale jednak może przegrywanie swojego życia w świecie wirtualnym to nie jest to, co powinni robić dorośli ludzie?
Myślimy o dzieciach, ale dochodzimy do wniosku, że nas na nie nie stać. Staraliśmy się o kredyt hipoteczny, nie udało się go pozyskać - więc nas na to nie stać.
Po kilkukrotnym odbiciu "że nas nie stać" nic nie zrobiliśmy dalej, tylko zaczęliśmy siedzieć przy kompach jeszcze więcej, bo przecież naszych planów i tak się nie uda zrealizować, bo nas nie stać...
Trochę mnie to frustruje, bo chciałabym mieć dziecko, z drugiej strony zamiast uczyć się, by mieć lepiej prosperujące stanowisko, codziennie po pracy siadam i gram przez jakieś 8 h, i tak dzień w dzień....
Jestem przegrywem, przegrywam własne życie w świecie online.
Jestem madką roku...
Syn ma do napisania kilka zdań o Mirmile, takim gościu z lektury. Coś nie bardzo mu idzie to pisanie, więc mądra ja wpisałam w wujka Google hasło "Mirmił" i zadowolona otwieram pierwszą lepszą stronę i czytam na głos cały opis danej postaci. Dopiero po przeczytaniu wszystkiego zerknęłam na link strony i zorientowałam się, że to strona ze znaczeniem imion i nic nie było o gościu z lektury...
Syn co nieco wyłapał z tej charakterystyki i kazał mi powtórzyć, ale wybrnęłam z tej sytuacji tłumacząc, że przecież czytał lekturę i powinien to pamiętać :D
Jakieś 10 lat temu pojechaliśmy sobie z mężem i córką nad morze.
W miejscowości, w której byliśmy, czyli w Jastrzębiej Górze, była taka duża tablica z mapą regionu i zaznaczonymi ciekawymi miejscami do zwiedzania, wiecie o co chodzi. Niestety nie było objaśnień do tych oznaczeń, widocznie autor mapy uznał, że to oczywiste.
Zaintrygował mnie znaczek w jednym miejscu, całkiem niedaleko nas, wyglądał jak ślizgawka, skojarzył mi się ze skocznią narciarską, więc niewiele myśląc spytałam męża, czy to skocznia.
Mąż z kamienną miną odpowiedział mi, że oczywiście, jak mogę tego nie wiedzieć, że tu właśnie jest jedna z treningowych skoczni narciarskich w sezonie letnim.
Serio nie wiem, czy to upał czy wrodzona głupota, ale łyknęłam jak pelikan i bardzo się ucieszyłam, jak zaproponował wycieczkę następnego dnia w to miejsce. Bardzo się napaliłam i miałam cichą nadzieję, że może nawet uda się zobaczyć Małysza na żywo.
Byliśmy wtedy bez auta, złośliwie się zepsuło przed samym wyjazdem na wakacje, więc pojechaliśmy pekaesem.
I teraz wyobraźcie sobie tę sytuację:
Wysiadamy. Dookoła pola i jakieś chałupy.
Nie wiadomo, w którą stronę iść. Upał, ludzi nie widać. Ale jest kwiaciarnia! Więc zaciągam tam męża, wchodzimy i zadaję bardzo ważne dla mnie pytanie:
- Dzień dobry, przepraszam, którędy na skocznię narciarską?
Pani robi wielkie oczy.... Milczy... Milczy...
I słyszę zza pleców chichot męża.
Nigdy nie byłam tak bliska morderstwa jak wtedy.
Jeśli pani z kwiaciarni to przypadkiem czyta - ja naprawdę jestem normalna, to mąż mnie wkręcił ;-)
Ostatnio widziałam tu wyznanie, w którym autorka narzekała na nowego partnera swojej mamy, więc ja też ponarzekam na nowego faceta mojej. Roboczo dajmy mu Zenek.
Otóż Zenek - z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu - jest zazdrosny o czas, jaki spędzam z mamą i robi wszystko, żeby jak najbardziej go ograniczyć. Studiuję w innym mieście, więc w domu i tak bywam sporadycznie, a mimo to facet ma problem. Niby w żartach narzeka, że po co przyjeżdżam w weekend, nie opłaca mi się, może bym sobie poszła na jakąś randkę albo odpoczęła, ale po co wracać? No a jak już koniecznie tak bardzo muszę, to może na jeden dzień zamiast na trzy? Jeśli potrzebuję zabrać coś z domu, to Zenek gotów jest osobiście mi to przywieźć, bylebym tylko nie przyjeżdżała, bo nie daj boże jeszcze bym została na kilka godzin. I dobra, może teraz ktoś pomyśli, że Zenek ma takie specyficzne poczucie humoru, a ja niepotrzebnie dramatyzuję. Ale on kombinuje też jak uniemożliwiać nam te spotkania.
Zawsze kiedy to mama ma do mnie (!) przyjechać, to nagle "coś" wyskakuje. Albo okazuje się, że zza granicy przyleciał brat Zenka z żoną, więc trzeba ich odwiedzić akurat tego dnia, kiedy umówiłam się z mamą, no ale przecież brat jest tu tylko na tydzień, a ja jestem w kraju cały czas, więc można mnie złapać w innym terminie. Albo matka Zenka nagle choruje/potrzebuje pilnej pomocy, a on biedny nie może się urwać z pracy, więc niech moja mama jedzie. Ba, facet potrafił wykupić im w tajemnicy długi weekend, żeby tylko "wywieźć" mi mamę z miasta, żeby do mnie nie przyjechała.
Jestem po małym wypadku i chodzę na masaże rehabilitacyjne. Nie jestem w stanie dojechać na nie sama, więc mama jest moim "szoferem". Za każdym razem kiedy mam mieć zabiegi, to Zenek akurat ma jakąś pilną sprawę do załatwienia, w tym tygodniu rzekomo jest to wizyta u lekarza, a moja mama oczywiście musi brać w tym udział. Zenek uważa, że ja przecież mogę jechać taksówką...
Tego typu przykłady można mnożyć.
Jest to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że między mną a Zenkiem nigdy nie było żadnych spięć, powiedziałabym nawet, że - poza tym co opisałam - mamy całkiem dobre relacje. Nigdy nie robiłam jakichś problemów, że mama ma nowego partnera, że spędzają razem czas itd., nigdy nie byłam dla Zenka niemiła ani nic z tych rzeczy. Mama z Zenkiem nie mieszka, więc to nawet nie jest to, że kiedy przyjeżdżam, to Zenek jest skazany na spędzanie ze mną czasu, bo nie jest, jeżeli mnie nie lubi, to może udawać, że mnie nie zna. Nie wiem, nie rozumiem czemu tak mu przeszkadza, że spędzam czas z własną matką. Jego nie zapytam, mama uważa, że przesadzam i nic takiego się nie dzieje.
Jestem człowiekiem bez twarzy. Dosłownie.
Dawno, bardzo dawno temu żyłem sobie na wsi ja - sześcioletni brzdąc, którego ulubioną zabawą było bieganie po okolicznym lesie. W tamtych latach bardzo powszechne było puszczanie psów na pole, bo "co się może stać?".
Rzecz miała miejsce w lato, kilka dni po moich urodzinach. Było okropnie gorąco, więc wraz z dwójką moich przyjaciół (dajmy na to Ewą i Adamem) wyruszyliśmy szukać przygód i trochę orzeźwienia. Tego dnia, wyjątkowo, zamiast jak zawsze iść przez krzewy oraz krzaki, wybraliśmy leśną dróżkę. Mało kto tamtędy szedł, głównie przez to, że nigdzie ona nie prowadziła. My jednak się wyłamaliśmy i ruszyliśmy przed siebie. Jaki to był błąd...
Bawiliśmy się dość długo, na tyle, że gdy wreszcie postanowiliśmy wracać, to słońce zaczęło znikać. Mieliśmy może 500 metrów od swoich domów, gdy usłyszeliśmy za sobą warczenie. Staliśmy jak wryci, a serca przyśpieszyły tempa. Nie musieliśmy się nawet odwracać, by wiedzieć czyje to były psy.
Sekundy stawały się godzinami, a wszystko zdawało się odgrywać w slow motion. W końcu jedna udało nam się ruszyć, każdy w swoją stronę. Największego farta miała Ewa; biegła za nią tylko jedna bestia, a w dodatku po drodze spotkała swojego zmartwionego tatę, który ukatrupił dziada na miejscu. Ja i Adam nie mieliśmy tyle szczęścia.
Trzy mniejsze psy dopadły go u wyjścia z lasu, mnie największy dopadł ze sto metrów od domu. Nie bardzo wiem, co się dalej działo. Czułem tylko przeszywający ból na twarzy i w okolicach prawej ręki. W dodatku w pewnym momencie wszystko stało się czarne.
Obudziłem się w szpitalu cały obolały. Praktycznie całe moje ciało, włącznie z głową, było czymś owinięte. Nie mogłem się ruszać, a moja prawa dłoń stała się jakby nieobecna. Słyszałem jedynie szloch mojej mamy oraz słowa lekarza "został prawie zjedzony żywcem". Sens tych słów zrozumiałem dopiero później.
Nie wiem, ile byłem w szpitalu. Przez leki podawane w dużych dawkach straciłem rachubę czasu. Później i tak siedziałem w domu, a lekcje miałem prowadzone indywidualnie.
Nigdy więcej nie spotkałem już Adama, przynajmniej żywego - tę zabawę przypłacił życiem, podobno zwierzęta go dosłownie rozerwały. Pewnie podzieliłbym jego los, gdyby nie sąsiedzi wracający z poszukiwań. Z Ewą nie utrzymuję kontaktów.
Właścicielem psów był znany wszystkim pijak, który uznał, że będzie zarabiał poprzez nielegalne walki. Zmarł w więzieniu.
Żałuję, że rodzice nie nagłośnili tej sprawy. Mija już prawie czterdzieści lat od tamtego czasu, a ja nadal czuję żal.
Błagam, nawet jeśli macie małe yorki: dopilnujcie, by zawsze były na waszej posesji. Na spacer bierzcie smycz i kaganiec, a nie wymówkę "on chcę się tylko pobawić". Przez głupotę innych to niewinni cierpią.
Dodaj anonimowe wyznanie