Nienawidzę siebie. Jestem korpo ludkiem, mam żonę i 10 letniego syna. Ale ostatnio stało się coś, przez co znienawidziłem samego siebie.
Dostaliśmy z żoną wezwanie do szkoły, że nasz syn znęca się nad jedną dziewczynką z biedniejszej rodziny. Żona pracowała tego dnia na południe, więc na spotkanie z gronem pedagogicznym poszedłem ja.
Byłem sceptycznie nastawiony, bo jak to? Mój syn? Ten, który pomaga w domu, płacze o byle pierdołę i jest grzeczny, miałby się nad kimś znęcać?
Ale to co usłyszałem od rodziców tej dziewczynki, jej samej i to co zobaczyłem na kamerze szkolnej otworzyło mi oczy. Nie tylko na syna, ale i na mnie samego.
Gdy byłem w gimnazjum, chodziła do naszej klasy pewna dziewczyna. Nie grzeszyła urodą, ale nadrabiała intelektem oraz humorem. Ale co z tego, skoro dla nas była paszczurem? Smokiem. Brzydulą. Fleshem. Wyzywaliśmy ją dla żartów. Dobrze się bawiliśmy, codziennie wymyślaliśmy kolejne cudowne wyzwiska. Podkładaliśmy nogi, niszczyliśmy rzeczy, zamykaliśmy w kabinie w toalecie i ku uciesze reszty wylewaliśmy na nią wodę z kibla. Albo moczyliśmy szczotkę toaletową i "święciliśmy demona". Pewnego dnia przegięliśmy i próbowaliśmy ją podszczypywać w pośladki, w piersi.
Nie było wtedy kamer, a przed nauczycielami graliśmy aniołków. Wszak mieliśmy tylko po 14 lat...
Popełniła samobójstwo. A nas nie spotkała żadna kara, podobno jej ojciec był alkoholikiem, więc za przyczynę jej śmierci obwiniano sytuację w jej domu.
To wszystko wróciło do mnie właśnie na pogadance z nauczycielami. Przeprosiłem rodziców dziewczynki i zabrałem syna do domu.
Pierwszy raz w życiu podniosłem rękę na własne dziecko. Sprałem go pasem, zabroniłem dostępu do telewizji i komputera. Znienawidziłem siebie za zbicie własnego syna i znienawidziłem siebie za to, że zniszczyłem życie jednej rodzinie. Jestem potworem, bo czerpałem satysfakcje z jej cierpienia, a jej śmierć łatwo wyparłem z pamięci w liceum. Teraz nawet nie pamiętam w którym miejscu spoczywa. Brzydzę się sobą.
Niedawno udało mi się wyjść z anoreksji. Wszystko super, ale przytylam prawie 10 kg i nadal oswajam się z trochę większym ciałem, przez co nie czuję się całkiem pewnie. Przed chwilą mój ojciec powiedział mi, że powinnam schudnąć. Jak żyć?
Mam na swoim komputerze folder nazwany ''zdjęcia martwych dziewczyn''. I chociaż to nie jest do końca to co myślicie, to i tak jest okropne.
Za każdym razem, jak widzę jakiś artykuł o zamordowanej dziewczynie, patrzę na zdjęcia, żeby zobaczyć, czy była ładna. Jeśli jest, to zapisuję zdjęcie i wrzucam je do mojego folderu.
I chociaż zazwyczaj są bardzo ładne, to nie ich uroda mnie kręci - kręci mnie ten pokręcony dreszczyk, gdy pomyślę o tym, że prawie nikt o nich nie pamięta - może oprócz paru najbliższych przyjaciół i bliskiej rodziny - i że nawet oni muszą przecież w końcu odpuścić i iść dalej ze swoim życiem.
Każda z nich popada w niepamięć coraz bardziej u swoich znajomych, przyjaciół, mentorów - wszystkich ludzi, których ścieżki kiedyś spotkały się z jej ścieżkami. W momencie gdy oglądam jej zdjęcia, jestem jedną z ostatnich osób na całej ziemi, która dalej o niej myśli.
To uczucie, kiedy przed całą szkołą i rodzicami odbierasz najlepszy dyplom w roczniku. To drugie uczucie, kiedy się potknąłeś i o mównicę ten głupi ryj rozwaliłeś...
Tak, oto typowy ja.
W życiu mojego faceta była jakaś inna baba. Parę razy widziałam ją na oczy - dużo starsza od niego babeczka, przy której mojemu odbijało, gadał głupoty, zachowywał się jak gówniarz itd. Kiedy go pytałam, mówił, że to przyjaciółka. O kilkanaście lat starsza... super. Mówił jej po imieniu. Wiem, że często z nią pisał, że dzwonili do siebie, dużo gadali. Trochę to trwało. W końcu uznałam to za dziwne, prosiłam, by przestał, bo zaczyna mnie to ranić. Obiecywał, ale nie dotrzymywał słowa. Dalej wydzwaniał, pisał. Raz okłamał mnie, że idzie do kumpla, a spotkał się z nią, byli na kawie, ponoć...
W końcu postanowiłam z nim zerwać, ale najpierw chciałam wydrapać milfowi oczy za dymanie cudzego faceta. Wyśledziłam ją w końcu... I wiecie co? Mam faceta debila.
To jego matka zastępcza. Przez ponad pół roku związku nie przyznał mi się, że był w rodzinie zastępczej, bo... miał dużo różnych powodów, które chyba wydawały mu się racjonalne. I ją ubłagał, żeby nie przyznawała się kim jest, dopóki on nie będzie gotów...
To było parę miesięcy temu. Teraz mam fajny kontakt z jego matką (tą lepszą, tak o niej mówi) i pracuję nad tym, żeby namówić go na terapię. Czuję się trochę jak świnia, bo naciskałam, żeby zerwał z nią kontakt... Czasem myślę, że gdybym nie była taka bojowa i nie pojechała spuścić manta "kochance" chłopaka, to byśmy się rozstali, bo on sam by mi nigdy nie powiedział o co chodzi. To mnie trochę przeraża, że tyle w nim wstydu i różnych złych emocji, ale bardzo go kocham i teraz lepiej rozumiem.
A mama jest kopalnią anegdot, nie tylko o moim, ale o różnych dzieciach. Pewnie kiedyś będzie komuś opowiadać anegdotę o takiej jednej wariatce, co to wpadła i na podwórku wyzwała ją od starych latawic. Dobrze, że wybaczyła :)
Nienawidzę świąt.
Pewnie wielu z was kojarzą się one z rodzinną atmosferą, wspólnym posiłkiem i różnymi tradycjami. Dla mnie jednak jest to rok w rok ten sam schemat: robota ponad siły, a potem chlanie ponad siły.
Rodzice pracują we własnej firmie cateringowej. Jest to jedyne źródło utrzymania naszej 5-osobowej rodziny, więc mama przyjmuje wszystkie zamówienia (a przynajmniej większość). Zwłaszcza w święta, kiedy można zarobić więcej. Cała rodzina więc pomaga, przyjeżdżają dodatkowi pracownicy. Robota trwa często dzień, noc i kolejny dzień, potem krótki sen, rano śniadanie wielkanocne, a następnie znów do kuchni, bo trzeba ugotować jedzenie na imprezę. Gdy nadchodzi koniec, tata rzadko kiedy idzie odpocząć, częściej zaprasza gości (w końcu święta) i pije do upadłego, co nie jest trudne, patrząc na jego poprzednie dni i poziom wykończenia.
Rok w rok, święta w święta, nieważne, czy Wielkanocne, czy Bożego Narodzenia, historia wygląda tak samo.
Może niewielu to obejdzie, ale potrzebowałam się wygadać. Wyznanie piszę po ogarnięciu z mamą młodszych sióstr i ojca, który narąbany zasnął przy stole.
Kiedy moja ciocia umierała, byłam przy niej. Jej konanie było straszne. Młoda, 50-letnia kobieta odchodziła na raka. Pielęgnowałam ją, podawałam leki.
Któregoś dnia weszłam do pokoju i podeszłam do łóżka. Ciocia wyglądała potwornie, więc kilka razy zdarzało się, że musiałam sprawdzić, czy żyje. W pokoju był półmrok, totalna cisza. Pochylam się nad ciocią i.... za plecami słyszę przeszywający ciszę syk! Serce skoczyło mi do gardła...
Twórcy tych cholernych odświeżaczy powietrza, co się włączają same, skończą w piekle!
Dzisiaj dotarło do mojego mózgu, że zostałam przytulanką.
Wiecie, taką maskotką, którą zabiera się do łóżka aby poprzytulać. W domu jestem mu potrzebna tylko po to, abym ugotowała, posprzątała i uprała. Nawet ze mną nie rozmawia, bo po co. W nagrodę za dobre zachowanie przytulenie i całus w czoło. Seks dla niego ogranicza się do masturbacji przed komputerem. Po kryjomu, żebym nie widziała, bo jeszcze nie daj Boże będzie musiał się ze mną kochać. Ewentualnie porno na telefonie, w łazience i jazda, trzepanie do upadłego. A w nocy nie ma sił dla mnie. Ewentualnie jest zbyt zmęczony. Rozmowa z nim na temat masturbacji - uważa, że to najlepsza zabawa, bo robi to sam.
Nie jestem typem jędzy, nie marudzę, nie zrzędzę, nie narzucam się. Nigdy nie naciskałam.
Dzisiaj wróciłam do domu szybciej z pracy i zabrałam się za porządki. Zadzwoniłam do niego i poprosiłam o to, aby zwolnił się o godzinę szybciej z pracy. No i przyjechał. Po swoje rzeczy, które wywaliłam z walizkami przez balkon. Tak o, bez tłumaczenia i rozmowy. Nie mam obowiązku się tłumaczyć.
Teraz siedzę w wannie, popijam wino i słucham odgłosów zza drzwi (czyt. przeprosiny i obiecanie poprawy. Zmieniłam zamek).
Nie mam wyrzutów sumienia i nawet nie jest mi przykro. Mam 30 lat i chcę w końcu zacząć ŻYĆ z kimś. Z partnerem, a nie samolubnym masturbatorem.
Na pewno wszyscy kojarzycie internetowych nosaczy - Janusza, Halyne i Piotera. Teksty z memów śmieszą dopóki nie uświadomisz sobie, że przez całe życie słyszałeś je we własnym domu. Moje życie tak się ułożyło, że ja - dziewczyna z malutkiej wioski ze środka lasu - pracuję w prestiżowej firmie na wysokim stanowisku i zarabiam bardzo dobre pieniądze.
Skok na wyższy level życia był dla mnie tak duży, że na początku bardzo gubiłam się na tych "salonach" (praca związana z uczestnictwem w eleganckich eventach) i musiałam się wielu rzeczy nauczyć. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam np. jak się je małże czy jak dobrać odpowiednio wino do potrawy. Przykłady można by mnożyć. Dopóki mieszkałam w domu rodzinnym, takie umiejętności po prostu nie były mi do niczego potrzebne. Ciężką pracą udało mi się jakoś społecznie dostosować do nowej sytuacji.
Teraz historia właściwa.
W pracy poznałam swojego przyszłego męża. Facet z tzw. dobrej rodziny - ojciec bogaty przedsiębiorca, matka wzięta architekt wnętrz. Jego pierwsza wizyta w moim rodzinnym domu była dla mnie ogromnym stresem. Mój D. jest jednak najukochańszy na świecie, nie powiedział ani słowa, kiedy zobaczył mój rodzinny dom, w którym widać biedę w każdym kącie (moi rodzice nie chcą ode mnie pieniędzy, bo im jest "dobrze tak, jak jest" i nie widzą potrzeby jakichkolwiek zmian w swoim życiu. Czasami tylko udaje mi coś im kupić i wręcz im wcisnąć).
Ani moi, ani jego rodzice nie mieli nic przeciwko naszemu związkowi, wręcz przeciwnie - przyszli teściowe mnie uwielbiali, podobniej jak moi rodzice mojego narzeczonego.
Wszystko zmieniło się po wspólnym obiedzie. Tam dosłownie zderzyły się dwa światy. Z obu stron zabrakło dobrej woli jakiekolwiek porozumienia. Na żaden temat nie udało im się porozmawiać przez 5 minut bez podniesionych głosów, niezależnie od tego, czy rozmowa dotyczyła ślubu, polityki, czy sposobu uprawy ogródka...
Od tego spotkania rodzice D. namawiają go, żeby zerwał ze mną kontakt, bo nie jestem dla niego odpowiednią partią. D. poważnie pokłócił się o to ze swoimi rodzicami. Podobnie było u mnie.
Do wesela tydzień. Moi rodzice nie przyjadą, bo twierdzą, że biorę ślub z facetem, który pochodzi z rodziny "złodzieja i krętacza, sami na pewno się nie dorobili". Jego rodziców nie będzie, bo żeni się "z wieśniaczką, która na ich synku chce się dorobić, a karierę na pewno zrobiła przez łóżko".
A myślałam, że mezalianse to wymysły autorów romansów.
Mam 20 lat i myślę, że moi rodzice, mimo że są dobrymi i kochającymi ludźmi, za bardzo ingerują w moje (już dorosłe) życie.
Ogólnie zaczęło się w dzieciństwie, wyliczanie czasu dziennej nauki itd, ale teraz, kiedy studiuję, ogromnie się nasiliło. Wyprowadziłam się do innego miasta.
Po pierwsze, pytają czy byłam w kościele. Kiedy mówię, zgodnie z prawdą, że nie, bo na przykład miałam dużo nauki, czuję się okropnie, bo już mama daje mi do zrozumienia, że jest obrażona. Zaczęłam kłamać, dla świętego spokoju, że poszłam na mszę.
Po drugie, ustalają co ile mam się spotykać z moim, starszym o kilka lat, chłopakiem.
Powiedzieli, że mam naukę i mamy się widywać co tyle i tyle czasu. Jakiekolwiek złamanie zasady, to ich ogromne niezadowolenie. Nie przyjmują do wiadomości, że to ja decyduję ile czasu mam poświęcić na naukę.
Hitem było to, jak usłyszałam, że "nie masz spać z nim w jednym łóżku, bo to źle o tobie świadczy" i nie chodziło o współżycie (chciałabym z tym poczekać jeszcze jakiś czas), chodziło tylko i wyłącznie o spanie razem.
Czy mi się wydaje, czy to nie jest normalne, kiedy ma się troskliwych rodziców, którzy chcą dla swojego dziecka jak najlepiej?
Dodaj anonimowe wyznanie