Mieliśmy z żoną gorszy okres w małżeństwie, doszło do tego, że zamieszkaliśmy osobno. Przez kilka miesięcy nasze stosunki były różne, ale ostatecznie wróciliśmy do siebie i do wspólnego mieszkania, bo jednak nie umiemy bez siebie egzystować.
Wczoraj oddałem jej kartę kredytową do mojego konta w banku. Powiedziała, że tego brakowało jej najbardziej.
Jakiś czas temu (3 lata) pisałem tu o tym, że stwierdzono u mnie SM, że boję się jak cholera, że stracę najbliższych, że się ode mnie odwrócą... Niestety tak się stało.
Na tę chwilę został mi miesiąc do pierwszej sprawy rozwodowej, żona stwierdziła, że mnie już nie kocha, wszelkie moje prośby o wybranie się do poradni małżeńskiej spełzły na niczym. Od teściów dowiedziałem się, że nie chciała mieć ze mną dzieci, bo boi się, że choroba przejdzie na dziecko... Wszyscy w moim otoczeniu uważają, że poszła tą prostszą drogą i uciekła przed tym co może, ale nie musi się wydarzyć. Przez ten cały stres choroba postąpiła do przodu, miała trochę racji odmawiając pójścia do poradni, bo w końcu mnie nie da się naprawić...
Mam 35 lat i wydaje mi się, że najlepsze czasy mam już za sobą... A chciałem być po prostu kochany.
Mam 15 lat. Nie wiem, jak było w innych szkołach, ale w mojej (klasa 1-3 podstawówki) dzieci na WF przebierały się w sali lekcyjnej, chłopcy i dziewczynki, wszyscy razem.
Pewnego razu mieliśmy mieć właśnie WF i mała ja musiałam się przebrać. W trakcie przebierania niestety przez przypadek razem ze spodniami ściągnęłam swoje majtki.
Wszyscy się ze mnie śmiali, chłopacy najbardziej. Nasza wychowawczyni, która nas pilnowała, zignorowała to wydarzenie.
Nie, nie byłam później nękana przez rówieśników i nie mam też traumy związanej z tą sytuacją. Ale pamiętam, jak bardzo było mi wstyd i w panice próbowałam wciągnąć majty na mój goły i wesoły tyłek.
Przez całe dzieciństwo marzyłam, żeby moi rodzice umarli, bo wtedy mogłabym zamieszkać z babcią.
Jak miałem 17 lat, poszedłem na imprezę ze znajomymi. Ostro się wtedy upiłem. O jakiejś 1 w nocy wbijam do domu, mając nadzieję, że kochana mamusia już śpi i nie zobaczy mnie w takim stanie. No, niestety trochę się przeliczyłem. Rodzicielka czekała na mnie oglądając telewizor i gdy tylko usłyszała, że już wróciłem, wyszła na korytarz i na miejscu zaatakowała "ile wypiłeś?".
Wiedziałem, że na kilometr wali ode mnie wódką i muszę szybko wymyślić coś, by się nie zorientowała.
- Yyyy... Muszę kupę!
I pobiegłem na górę po schodach.
Tak pędziłem, że wywaliłem się potykając o ostatni stopień i uderzyłem głową w komodę.
Nic mi się poważnego nie stało. Może i teraz śmiałbym się z tego, gdyby nie mama, która bardzo często wspomina o tej sytuacji przy reszcie rodziny i mojej narzeczonej.
Mam 25 lat, a dalej czuję zażenowanie, jak sobie o tym przypomnę...
Od najmniejszego prześladuje mnie pech związany z wyczynami mojej matki.
Nie wiem inaczej jak to określić, pozostaje tylko tak. Cokolwiek się dzieje, zdarzają się okoliczności, które niweczą wszystkie moje plany, a jedynym winnym w oczach innych (tym bardziej jej) jestem ja.
W czym rzecz?
Karta rowerowa. Oczywiście każdy przez to przechodził, u nas w podstawówce każdy miał przynieść swój rower. Przypominałem wielokrotnie, że chcę tego dnia przyjechać do szkoły rowerem, aby zdać egzamin. Ona miała fobię, że rower ktoś mi ukradnie ze stojaka, zaproponowała, że mi go przywiezie na pół godziny przed egzaminem, który był na środkowej lekcji (11.35-12.20) i tym sposobem zdam.
Oczywiście nie przywiozła. To była era cegłofonów, więc wydzwaniam jak porąbany, by odebrała po 20 minutach i stwierdziła, że "zapomniała i ona jest na zakupach, wróci dopiero za 2 godziny, a nie da się przydłużyć? Poczekaj tam i graj na czas".
No to grałem, wszyscy koledzy odeszli, zostałem ja sam z nauczycielem, a ona się nie pojawiła. Nauczyciel dał mi stary rzęch, na którym się wywróciłem. Egzamin niezdany, rozcięte kolano, czekanie na nią w szpitalu.
Po latach mi mówi, że to moja wina, bo nie poczekałem, tylko chciałem już teraz zdać i wyszło jak wyszło, bo w gorącej wodzie kąpany byłem.
Jako dziecko chodziłem na kurs języka, bardzo dobrze mi szło, milion egzaminów, olimpiad, czaicie. Aż w końcu konkurs, który dawał mi szansę życiową. Mając zaledwie 15 lat, mogłem nawet wyjechać na Zachód i tam szlifować język, ucząc się w szkole, mając otwarte drzwi na zachodnie uniwersytety, a internat jak i małe stypendium opłacane z kiesy organizatora.
Co mogło pójść nie tak?
Dzień przed konkursem matula stwierdziła (mimo iż wielokrotnie jej wspominałem), że... wyjeżdżamy do rodziny. Bo tak. I nieodwołalnie nie mogę zostać w domu. A jak będę chciał zostać, to ona i tak mi nie zostawi pieniędzy na dojazd do Warszawy na konkurs.
Po latach mówi "No nie chciało ci się uczyć, to wiedziałeś, że nie wygrasz i nie pojechałeś, ja w ogóle do rodziny to sama chciałam jechać".
Osiemnastka. Zdawałem prawo jazdy, nie, usiłowałem. Dostałem kasę od całej rodziny, sam też dorobiłem sporo. 4 podejścia, czułem, że przy 5. zdam, ale brakowało mi stówki. Nie dała "bo nie, sam musisz zapracować".
Po latach stwierdziła "To tobie się nie chciało, ja bym ci tę kasę dała".
Rodzinie nagadała kłamstw, że wszystkie pieniądze wydałem "na chipsy, piwo, chlańsko z kolegami". Dowiedziałem się o tym niedawno, bo z rodziną sam nie mam kontaktu większego.
Gdyby nie fakt, że wiele z tych sytuacji potwierdzili moi znajomi, myślałbym, że jestem psychiczny, wymyślam bajki. A rodzina i tak myśli, że jestem nieudacznikiem.
Poznałam mojego męża, kiedy nocą na dworcu przyczepił się do mnie menel, więc pomyślałam, że może sobie pójdzie, jeśli szybko zacznę z kimś rozmawiać.
Moja mama zawsze grzebała mi w rzeczach i kiedyś, mając może osiem lat, postanowiłam w odwecie pogrzebać w jej szafce.
Znalazłam książkę pod tytułem "Seks dojrzały". Przeczytałam do końca w ciągu następnych tygodni i w ten sposób już w podstawówce byłam teoretycznym ekspertem od wszystkich możliwych pozycji i technik robienia loda.
Niby mam 19 lat, a czuję, jakbym całe życie już dawno stracił...
Aktualnie jestem absolwentem LO o profilu matematyczno-fizycznym. Do matur nie przygotowuję się z prostej przyczyny - pracuję niewolniczo u mojego ojca na budowie. Tak! Dobrze widzicie, niewolniczo i wbrew sobie muszę tam pracować, ponieważ ojciec nie uznaje, że mógłbym studiować informatykę, zarabiać i robić to, co kocham. Wybór ogólniaka jako mojej szkoły ponadgimnazjalnej przyjął chłodno i postanowił mnie za to ukarać. Od 16 roku życia w każdej wolnej chwili muszę temu tyranowi pomagać, a za to mam zero wdzięczności, żadnych pieniędzy z tego. Nie jestem stworzony do pracy fizycznej, jestem intelektualistą. Marzyła mi się pięknie napisana matura z matematyki na poziomie rozszerzonym, a teraz mogę co najwyżej liczyć na 80-90% na podstawie, co dyskwalifikuje moje szanse na dostanie się na porządne studia, na które i tak bym nie poszedł przez ojca. On jest typowym Januszem, który w życiu na wyzysku innych się dorobił, a według niego jedyna porządna praca to fizyczna.
Ostatnio przez przypadek spadła mi poziomnica na beton z paru ładnych metrów i się uszkodziła. Jak ojciec zareagował na to? Oczywiście nic się nie stało, tylko będę musiał ze swoich pieniędzy odkupić tę poziomnicę. Każdy pomyśli "No dobra, trudno, to przecież nie majątek", tylko że ja w wieku 19 lat, pracując od 16 roku życia w dni szkolne parę godzin, a w sobotę i wakacje po 10-12h dziennie, odłożyłem kapitał w wysokości 224,60 zł. Teraz to ja nawet pieniędzy na nowe buty nie mam. Jedyne pieniądze, które zobaczyłem od ojca, to te na urodziny albo na święta. Aż mam ochotę oblać benzyną i podpalić jego passata b8 (nie przypadek), niestety nie mogę go rozbić, bo ojciec nie da mi pieniędzy na prawo jazdy, ponieważ mam sam sobie jakoś kasę ogarnąć.
Chciałbym uciec z domu, ale nie mam pieniędzy, a ewentualny powrót do domu skończyłby się dla mnie prawdziwym piekłem. Od paru dni myślę tylko o samobójstwie, najlepiej na budowie, aby ojciec, który nie zatrudniał mnie na umowie, miał problemy. Bo na co mi takie życie? Nie mam szans porządnie napisać matury, brak perspektyw na studia i fajną karierę zawodową, robię to, czego nienawidzę, pieniędzy nie mam z tego żadnych, miłości brak, wsparcia i ciepła rodzinnego brak.
Mam 19 lat, a czuję się jakbym przegrał całe życie, moje życie to tylko droga przez cierpienie, które nie jest obarczone jakimkolwiek głębszym sensem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, iż ojciec jest w okolicy szanowany, a w kościele siedzi prawie w pierwszej ławie...
W ostatnie pół roku zgubiłam kilka nadprogramowych kilogramów i trochę lepiej wyglądam. Dla wielu znajomych zmiana ta była bardziej zauważalna niż mi się zdawało. Każdy pyta o dietę cud albo zestaw ćwiczeń. A prawda jest taka, że od tych sześciu miesięcy nasiliły mi się ataki nerwicy lękowej, które są niesamowicie wyczerpujące. Nikomu się nie przyznam, a tymczasem zabieram się do walki z samą sobą.
Dodaj anonimowe wyznanie