Jest to co prawda historia o kupie, ale i hardcorowej sytuacji.
Byłam na wycieczce klasowej w Warszawie, mniejsza o to co tam robiliśmy. Ważne jest to, że podróż tam trwała ponad cztery godziny, a ja akurat miałam pecha. Przycisnęło mnie strasznie, ale w sumie nawet nie pomyślałam o tym, by poinformować o tym nauczycielkę, czekałam po prostu aż kierowca zatrzyma się na stacji (co było z mojej strony debilnym posunięciem).
Najpierw się zesrałam, ale pomyślałam, że pójdę za chwilę do toalety, wytrę nieco zabrudzone gacie i jakoś to będzie. Ale się myliłam, bo nie dość, że zesrałam się jeszcze mocniej, to jeszcze się posikałam.
Jak w końcu się zatrzymaliśmy na stacji paliw, to zdjęłam kurtkę, obwiązałam się w pasie i wyszłam na mróz w samej białej koszuli, udając przed wszystkimi, że jest mi ciepło. Przy okazji czekając, aż któraś z kabin będzie wolna, posikałam się jeszcze bardziej.
Jak weszłam do kabiny, od razu kombinowałam jak to ukryć. Wyczyściłam gacie na tyle, na ile się dało, wytarłam tyłek i wsadziłam sobie masę papieru w gacie, bo nie wytrzymałabym w mokrych.
W autokarze okazało się, że siedzenie też jest mokre, ale na szczęście nie było tego widać. Niestety było to czuć, choć nie w całym autokarze, a tylko blisko mojego siedzenia. Przepraszam ludzi, co siedzieli obok mnie.
Jak dotarliśmy na miejsce okazało się, że zanim wejdziemy do pomieszczenia musimy poczekać i chodziliśmy sobie po parku. Oczywiście obwiązałam się kurtką, z przodu zakryłam się jeszcze wielką, sportową torbą. Czasem jak słońce zaświeciło, to nawet nie było mi aż tak zimno.
Potem jeszcze parę razy chodziliśmy po mieście, moje spodnie wyschły, nawet siedzenie w autokarze wyschło, zapach chyba też wywietrzał (chyba, bo mam bardzo kiepski węch i szczerze gdyby ktoś nie powiedział, że śmierdzi, to tylko bym się domyślała, że tak jest).
Nikt się nie dowiedział, a do domu wróciłam dopiero gdzieś koło północy.
Od 4 klasy podstawówki miałam nadwagę. W wieku 17 lat sięgała ona 20 kg. Pół roku przed 18 urodzinami wzięłam się jednak za siebie i osiągnęłam wymarzone 45 kg przy 154 cm wzrostu w zaledwie 4 miesiące.
Matka myśli, że w końcu zmądrzałam i zaczęłam dbać o wagę ze względu na zdrowie.
Tak naprawdę moją motywacją było zajebiście wyglądać w gotyckiej sukience na mojej halloweenowej osiemnastce.
Od jakiegoś czasu mieszkam razem z moim narzeczonym. Ostatnio przyszli do nas w pierwsze odwiedziny jego rodzice, więc wiecie, musiałam popisać się jako „pani domu” przed przyszłą teściową (która jest trudną kobietą).
Zaserwowałam im obiad, po czym poczęstowałam ich upieczonym przez siebie po raz pierwszy w życiu ciastem. Teściowa stwierdziła, że ziemniaki są trochę za słone, że sztućce chyba niedomyte, i w ogóle jakoś brzydko u nas, a potem dodała, że szkoda, że ciasta nie upiekłam sama, bo czuć, że jest kupne i chemiczne.
Chwilę później zaczęła się krztusić - okazało się, że w cieście były orzechy, na które jest uczulona. Niby mi o tym narzeczony mówił, ale zapomniałam… Krytykantka wylądowała w szpitalu na płukaniu żołądka.
Cóż, być może za te komentarze się jej należało?
Ja tylko chciałem dać tu wam pewną cenną radę. Uczcie swoich synków pływać, kiedy są jeszcze mali, bo potem jako trzydziestoletni mężczyźni mogą trafić na basen i być jedynymi dorosłymi wśród kilkuletnich brzdąców na zajęciach nauki pływania prowadzonych przez dziewczynę, która im się podoba… Mnie coś takiego właśnie spotkało. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie to było żenujące.
Historia o tym, jak łatwo swoje braki obrócić w zalety.
Jestem kulinarnym beztalenciem, a szczyt moich umiejętności to ugotowanie zupy, która nie będzie smakować jak woda po umyciu podłogi. Jednocześnie nie jestem fanką szybkiego, niezdrowego jedzenia i gotowych dań, toteż odkąd pamiętam, improwizuję jak tylko mogę.
Jestem na dodatek dość szorstkim typem człowieka i, mówiąc wprost, nie za dobrze umiem w uczucia. Mimo to bardzo się staram. Biorąc pod uwagę moje braki w sferze emocji, stawiam na drobne, ale miłe gesty, które nie wymagają ode mnie bezpośredniej bliskości z partnerem, ale są pewnym dowodem na moje zaangażowanie. Któregoś dnia wpadłam więc na pomysł, że zrobię mu do pracy drugie śniadanie - w wielokomorowe pudełko zapakowałam suto wypchaną kanapkę z ciemnego, ziarnistego pieczywa, dwa jajka na twardo z odrobiną majonezu i szczypiorkiem i kilka racuchów z jabłkiem, które zostały mi z poprzedniego dnia. Pomysł się spodobał, jedzenie smakowało (yay!), toteż od czasu do czasu dostawał ode mnie taką wałówkę, zawsze pełną kolorowych i efektownych, ale możliwie jak najprostszych potraw, których przygotowanie zajmowało mi ledwie kilka chwil.
Pewnego dnia zdarzyło się, że mój facet zapomniał z domu ważnych dokumentów i musiałam przejechać się do jego firmy, by mu je dostarczyć. Jego kumpel z sąsiedniego biurka zapytał mnie wtedy, czy to ja jestem tą, która przygotowuje te świetne śniadania, których tak mojemu facetowi zazdrości, i pół żartem, pół serio zagadnął, czy byłabym skłonna robić też porcję dla niego. Odparłam, że za odpowiednią opłatą - czemu nie. Ku mojemu zaskoczeniu poprosił mnie, bym wyceniła tę usługę i dała mu znać następnego dnia.
Niebawem więc luby zaczął wozić do pracy dwa zestawy śniadaniowe. Później trzy, cztery... Aż wreszcie musieliśmy wyposażyć się w skrzynkę, w której zmieściłoby się dwanaście (w firmie pracuje na co dzień 16 osób) podpisanych imionami pudełek ze zdrowym, kolorowym drugim śniadankiem. :) Poza niewygórowaną kwotą, warunkiem dostarczania wałówki było także samodzielne mycie pudełek, bym ja nie musiała robić tego w domu. Samo przyrządzenie tych porcji zajmuje mi może z godzinę.
Ostatnio luby przyniósł z pracy wiadomość, że moje śniadania tak ekscytują kolegów, że przyznają, że o wiele chętniej przychodzą do firmy i często łapią się na rozmyślaniu, co fajnego przygotuję tym razem. Tym oto sposobem kaleka kulinarna i emocjonalna stała się w oczach ludzi nie tylko utalentowanym kucharzem, ale i troskliwą partnerką. No i odłożyła co nieco na swoje hobby, co wcześniej wydawało się znacznie trudniejsze. ;)
Moja prababcia była zielarką, moja babcia była zielarką, moja mama jest zielarką, ja- zielarką nie jestem, ale o ziołach coś tam wiem i wykorzystuję je na co dzień. W mojej małej mieścince w centralnej Polsce jest na ryneczku fantastycznie zaopatrzony sklep zielarski, który jest prowadzony przez staruszka (coś ok. 80-letniego). W sklepie panuje półmrok, są w nim wysokie regały po brzegi wypełnione najbardziej wyszukanymi ziołami. Od samego wejścia uderza świeży zapach mieszanki najróżniejszych ziół. Od czasu do czasu robię tam zielarskie zapasy typu: liść melisy, mięty, szyszki chmielu, koszyczek rumianku itd. Wtedy staruszek zaczyna się krzątać w poszukiwaniu potrzebnych mi ziół; znika gdzieś między regałami, drepcząc małymi kroczkami, wchodzi na drabinkę, żeby sięgnąć wyżej leżące zioła. Przy tym albo coś sobie mruczy pod nosem, czasem coś niezrozumiale nuci, a czasem wesoło zagaja.
Przez te dwie minuty spędzone w tym sklepie, spowitym półmrokiem, wypełnionym aromatem ziół, zawsze wyobrażam sobie, że jestem na ul. Pokątnej i kupuję składniki do mojego kociołka na eliksiry:D
Mam 33 lata. Kurtyna.
Moja matka ma jakąś obsesję na punkcie ciąży... Mojej ciąży... Nigdy w niej nie byłam.
Jednak zacznę od początku.
Spotkałam mojego jedynego w wieku 17 lat. Rodzicom przedstawiłam, kiedy byłam pewna tej relacji, czyli jakiś rok później. Chłopak niejednokrotnie u mnie nocował i ja u niego. Przyznaję, że można mieć obiekcje wobec tej sytuacji. Jednak nie ma w tym nic sprośnego. Ja spałam z siostrą w jednym pokoju, dalej moi rodzice, a na końcu korytarza chłopak z moim bratem. Wszystkie drzwi musiały być otwarte, nie tylko w nocy, ale i w dzień. Mi to nie przeszkadzało, ale prywatności nie mieliśmy. Zresztą rodzice co chwilę wstawali, coś chcieli albo drzwi im się pomyliły. Naprawdę rozumiem tę troskę. Dlatego postanowiłam przeprowadzić z mamą rozmowę na temat naszych relacji intymnych.
Szczerze przyznałam, że chłopak jest wierzący i chce zaczekać z seksem do ślubu, mi również się nie spieszyło. Jakie obelgi usłyszałam podczas tej rozmowy, to głowa mała. Od tamtej pory matka sprawdzała w koszu w łazience, czy wyrzucam zużyte podpaski. Raz, aby utwierdzić się w przekonaniu o bycie podglądaną, zaczęłam wyrzucać je w szkole, galerii i innych takich miejscach. Po 2 tygodniach od "braku okresu" usłyszałam tyradę o byciu nastoletnią panienką lekkich obyczajów. Na porządku dziennym, nawet w obecności chłopaka, były pytania, czy jestem już brzuchata lub nakazy, abym pokazała jej noszoną podpaskę. Ojciec nic nie mówi, ale słyszałam jak przekupuje moje rodzeństwo, aby donosili co robię z chłopakiem.
Wybranek niechętnie przychodzi do mnie. Myślę, że jest przesłuchiwany przez moich rodziców, ale nic mi o tym wprost nie wspominał. W środku tego cyrku jestem ja. Ta sytuacja strasznie mi ciąży, bo nie chciałabym urywać kontaktu z rodzicami ani rozstać się z chłopakiem. Pomocy...
Takie trochę smutne wspomnienie mi się dzisiaj przypomniało, jak mierzyłam córce buty w sklepie.
Pochodzę z dość przeciętnej rodziny, gdzie była nas czwórka dzieci + rodzice. Biedni może nie byliśmy jakoś strasznie, no ale się nie przelewało. Ja miałam tego świadomość. Na jedzenie zawsze było, na wycieczki klasowe czasem jeździłam, czasem nie, ciuchy czasem nowe, czasem z lumpeksu. Buty zawsze miałam 4 pary: po szkole, na co dzień, jakieś sandały/klapki i jakieś "od święta". Codzienne zazwyczaj kupowane wiosną. I właśnie w okresie, kiedy mocno urosłam, moje buty zrobiły się za małe. We wrześniu już były za małe. Wiedziałam, że rodziców nie stać na nowe po tych wszystkich szkolnych zakupach, więc nic nie wspominałam. Stwierdziłam, że zaraz i tak trzeba będzie kupować zimowe, więc dam radę, a nie chciałam jakichś "tanich" i "obciachowych". Nie zapomnę bólu paznokci i palców w tych za małych butach.
Nie dopuszczę, żeby moje dzieci przez to przechodziły.
Jako 10-latek bałem się spać w samej bieliźnie lub nago, ponieważ w przypadku pożaru nie miałbym czasu na ubranie się, musiałbym tak uciekać z domu, i sąsiedzi by mnie tak zobaczyli.
Mieliśmy z żoną gorszy okres w małżeństwie, doszło do tego, że zamieszkaliśmy osobno. Przez kilka miesięcy nasze stosunki były różne, ale ostatecznie wróciliśmy do siebie i do wspólnego mieszkania, bo jednak nie umiemy bez siebie egzystować.
Wczoraj oddałem jej kartę kredytową do mojego konta w banku. Powiedziała, że tego brakowało jej najbardziej.
Dodaj anonimowe wyznanie