Jestem dosyć nieśmiała od dziecka, ale zawsze wierzyłam, że jak przyjdzie co do czego, to przecież stanę we własnej obronie. Jednak w wieku 17 lat doświadczyłam dziwnej sytuacji, przez którą straciłam trochę więcej wiary w siebie.
Wracałam sobie zimą autobusem do domu. Było już ciemno i chłodno, ale moje miasto jest dość duże i dobrze oświetlone, więc to nic takiego. Usiadłam pod oknem, by nie zajmować niepotrzebnie dwóch miejsc i po chwili dosiadł się do mnie jakiś otyły starszy mężczyzna. Zapaliła się jakaś lampka, gdyż przed nami były wolne podwójne siedzenia, ale nie przejęłam się tym zbytnio.
Od stania na chłodnym przystanku lekko mi zmarzły nogi i nie najlepiej je czułam, właściwie to zaczynały dziwnie mrowić. Okazało się, że to gość co obok usiadł gładzi sobie moją nogę nad kolanem. Zdezorientowało mnie to bardzo, ale nie przestraszyło, bo przecież nie jestem najpiękniejsza, dlaczego on miałby dotykać moje nogi, i to przez grube dżinsy. Spojrzałam na niego i nawiązałam kontakt wzrokowy, by pokazać mu swoją twarz. Głupio się tylko uśmiechnął, ale wyglądał dość sympatycznie, więc od razu zwaliłam to na jego tuszę. Może zwyczajnie jest zbyt gruby, by położyć rękę na własnym kolanie, a trzymanie ręki w powietrzu musi być niewygodne? Generalnie spędziliśmy całą drogę z jego ręką wodzącą po moim kolanie. Rozejrzałam się po autobusie, ale nikt nie widział co się dzieje, więc w swoim geniuszu stwierdziłam, że nie będę robić afery. Liczyłam na to, że po prostu się znudzi i przestanie.
Gdy nadszedł mój przystanek, powiedziałam głośno coś w stylu: Przepraszam, wysiadam. Wstał z dziwnym uśmieszkiem i zrobił mi tyle miejsca, że przeszłabym ocierając się o niego, więc stałam i patrzyłam na niego tępo, aż się bardziej nie przesunął. Na szczęście ne wysiadł za mną, wróciłam bezpiecznie do domu i nie powiedziałam nikomu.
Wciąż jest mi okrutnie głupio, że nie zareagowałam, ale szczerze nie byłam w tamtym momencie pewna, czy cała sytuacja nie była przypadkiem do końcówki jazdy, gdy jednak doszłam do tego, że robi głupie miny do mnie i wodzi tą ręką po mojej nodze. Nic się nie działo, więc czemu miałabym dramatyzować (taka była w tamtym momencie moja logika).
Nie miałam traumy, ale chcę się niedługo wybrać do jakiegoś psychologa, by sobie porozmawiać o asertywności i pewności siebie. Wciąż sama nie wiem co myśleć o tej całej sytuacji.
Kiedyś miałam łupież w brwiach. Wierzcie mi, koszmar.
Uwaga, polecam odłożyć wszystko do jedzenia.
Odkąd pamiętam, zawsze fascynowały mnie wszystkie zapachy. Zawsze wszystko rozpoznaję po zapachu i bardzo drażnią mnie nieprzyjemne zapachy, jak pot czy brud. Jest jedno ALE: co innego ja. Potrafię się nie myć przez kilka dni, żeby się spocić i potem wąchać swoje pachy (świeżo spocone nie pachną tak intrygująco), a jeszcze bardziej stopy. Wydłubuję brud spod paznokci u stóp (jedynie przy dużych palcach ma ciekawy zapach) i potrafię się zatracić w wąchaniu go. Jak się pojawi łupież czy też jakiś pryszcz, mimowolnie również muszę go powąchać. Podobnie z miejscem na ręce, gdzie przez kilka godzin był zegarek. O miejscach intymnych nie wspominam. Ma to swoje plusy, bo dzięki wąchaniu stóp nie mam problemu z rozciąganiem i bez wysiłku założę nogę za głowę. Jednakże całościowo nie wydaje mi się to do końca normalne.
Jak dotąd nikt mnie na tym nie złapał, bo zawsze robię to w samotności.
Ot, takie moje małe wyznanie ;)
Mając 10 lat byłam na obozie sportowym z klubu, do którego uczęszczałam. Nie byłam zaprzyjaźniona z nikim z grupy, ponieważ wszyscy się ze mnie wyśmiewali ze względu na moją małą nadwagę. Będąc dzieckiem nieśmiałym, ze strachu odmówiłam wykonania zadania grupowego, na którym mieliśmy się bliżej poznać. Dostałam za to karę wymagającą wykonania kilkunastu przysiadów. Przed całym obozem, kiedy oni liczyli na głos.
To była najbardziej upokarzająca chwila w całym moim dziecięcym życiu. Po tym wydarzeniu odeszłam z klubu i tak straciłam swoją ogromną pasję.
Chciałam się podzielić moim problemem z matką, który mnie trochę irytuje.
Matka jest bardzo skąpa, jednak na swoje własne życzenie. Od kilku lat nie pracowała, aktualnie dostała jakiś staż od gminy dla bezrobotnych na pół etatu.
Utrzymujemy się osobno, tj. matka z zasiłku dla bezrobotnych (aktualnie pieniędzy ze stażu, ale ilościowo wychodzi teoretycznie tak samo), 500+ i innych dodatków z różnych tytułów. Ja "utrzymuję się" z alimentów od ojca, matka przelewa mi połowę na życie (tj. jedzenie, ciuchy, leki), a połowę zostawia na opłaty takie jak woda, prąd czy gaz, z których korzystam. Produkty żywieniowe mamy kupowane osobno, osobne przyprawy itp., czasami coś od niej odkupię, jak mi zabraknie lub zapomnę czegoś kupić. Oddaję jej co do grosza za wszystko, np. 50 gr za jajko itp. Niestety nie działa to w dwie strony, bowiem ona czasami zje coś mojego i nie zwraca mi pieniędzy, bo "przecież to tylko czekolada daj spokój" lub "no wiesz co, matkę będziesz za takie coś liczyła?" itp. Samo to aż tak mi nie przeszkadza, gorsze jest, że powoli zaczyna mi wkręcać różne pierdoły, żeby na tym skorzystać. Wczoraj na przykład nie mogła znaleźć jakiejś przyprawy, bodajże kurkumy, to stwierdziła, że jej tę kurkumę ukradłam/zużyłam i powinnam za to jej odkupić dwie, bo nie dosyć, że ukradłam, to jeszcze się nie przyznałam. Żadnej kurkumy na oczy nie widziałam.
Nie licząc takich akcji to przyznam, że często jak nie podzielę się czymś z moim 5-letnim bratem, to jestem nazywana wyzywana.
Pieniędzy na to jedzenie, leki i ubrania dostaję 400 zł, bowiem tyle wynosi połowa alimentów. Przyznam, że gdyby nie pracujący chłopak, który dokłada mi pieniędzy (nie proszę go nigdy, zwyczajnie sam wyszedł z inicjatywą, ponieważ przygotowuję posiłki dla nas obojga) zwyczajnie by nie starczyło. Nie kupuje nie wiadomo ile, jednak samo jedzenie na cały miesiąc trochę kosztuje. Czasami mi się jeansy poprują i muszę kupić nowe lub jestem chora i muszę wykupić receptę, wtedy mam problem. Gdy proszę, by gdzieś mnie podrzuciła, np. do szkoły złożyć papiery, to specjalnie włącza licznik, żeby móc co do grosza wyliczyć ile jestem winna za benzynę + za fatygę.
Momentami mam tego dosyć, takiego wyliczania wszystkiego co do grosza, a zwłaszcza afer, że coś jej ukradłam, kiedy to zwyczajnie nieprawda. Staram się to ignorować, jednak ona czasami sama naumyślnie zaczyna prowokować kłótnie. Czuję się czasami tak jak sama mówi, jak zwykła szmatą, którą wszyscy gnoją. Młodszy brat jest za to strasznie rozpieszczany i matka jest w stanie wstać o 4 rano, jeśli ją obudzi, i iść mu smażyć naleśniki, a ja za niepodzielenie się chociażby batonikiem zostaję ostro zwyzywana. Nie chodzi o to, że mnie to boli, tylko po prostu strasznie przeszkadza i momentami mam najzwyklej w świecie dość.
Kiedy gdzieś się nudzę, np. w kościele czy urzędzie, zaczynam patrzeć się na stojące gdzieś dzieci. Gdy dzieci powiedzą rodzicom, oni zwykle to ignorują. Więc ja dalej patrzę. Znowu mówią rodzicom, teraz czasami zareagują, pytają, czy wiem o co dziecku chodzi, ja mówię, że pewnie się nudzi, uśmiecham i rodzice dają spokój. Oczywiście zaraz znowu gapię się na to samo dziecko i od nowa. Ciekawe, ile rodziców przeze mnie myślało, że dziecko zwariowało...
Jestem tak zdesperowana i spragniona czułości, że by przytulić się do mężczyzny, udaję dominę.
W jaki sposób? Normalnie nie znalazłam faceta zainteresowanego mną, a jako domina bez problemu mam mnóstwo chętnych na sesję. Na dodatek często bardzo przystojnych. Zawsze na początku sesji dotykam swojego wybranka i przytulam się do niego, a potem robię inne, w zasadzie paskudne rzeczy. Nawet tego nie lubię, ale ta chwila przytulenia jest tego warta.
Kilka lat gnębienia robi z człowiekiem różne rzeczy. Mnie te doświadczenia zafundowały lęk społeczny i niesamowicie niską samoocenę. Byłam pewna, że wszyscy się że mnie śmieją, obgadują, w efekcie prawie nie wychodziłam z domu.
Wiem, że mnóstwo osób ma podobny problem - czujecie się obserwowani, macie wrażenie, że wasza obecność każdemu sprawia problem. Staracie się sobie pomóc chodząc do psychologa czy starając się bardziej otworzyć na ludzi. Robiłam podobnie, ale nic mi tak nie pomogło, jak idiotyczne wyobrażenie (cały czas nie wierzę, że to podziałało i nie czułam się dziecinnie robiąc to).
Wyobraziłam sobie, że mam skrzydła. Ogromne, piękne, białe, łabędzie skrzydła, które złożone dotykały ziemi. Kiedy szłam, zajmowały miejsce na całym chodniku. Musiałam je składać, kiedy ktoś przechodził obok, inaczej by się nie zmieścił. Nieważne w co byłam ubrana, sukienka czy wytarte spodnie, wszyscy i tak mówili o nich.
Od tego momentu nikt mnie nie obgadywał, nie śmiał się, nie patrzył na mnie krzywo, wszyscy podziwiali moje skrzydła.
Tak naprawdę nie mam pojęcia, jak wyglądałam idąc ulicą z dumnie podniesioną głową. Być może jak idiotka, a może jak ktoś pewny siebie - nieważne. Odzyskałam wiarę w siebie i pozbyłam się problemów, które towarzyszyły mi przez bite pięć lat życia. Jestem z siebie dumna.
Moje dzieciństwo nie było szczęśliwe. O ile awantury i kłótnie nie zdarzały się codziennie, a głodni nie chodziliśmy, nie wspominam dobrze mojego rodzinnego domu. Razem z rodzeństwem - było nas pięcioro - kisiliśmy się w jednym pokoju. Rodzice spali w salonie. Kiedy byłam całkiem mała jakoś mi to nie przeszkadzało, myślałam, że wszyscy tak mają. Ale później, w wieku szkolnym, zaczęłam odwiedzać koleżanki i nie mogłam się nadziwić! Miały własne biurka i ubrania, ba, całe pokoje tylko dla siebie. Nie musiały dzielić szuflad i łóżek ze swoim rodzeństwem. U nas wszystko należało do wszystkich. Nie miałam nawet swojej półki na ścianie, choćby pół metra przestrzeni tylko dla siebie. Kiedy dostałam komplet mazaków i kredek za konkurs plastyczny, musiałam podzielić się nim z młodszymi siostrami. Co z tego, że to ja wygrałam. Podobnie było z komputerem, książkami, rowerem.
Zaraz po liceum wyjechałam do większego miasta, by studiować i zarabiać. I to wtedy zaczęła się moja obsesja, która trwa do dziś. Uwielbiam patrzeć na domy innych ludzi. Gdy ktoś mnie do siebie zaprosi, wykorzystuję moment gdy pójdzie do łazienki albo kuchni i robię zdjęcia. Fotografuję meble, ściany, dywany, wszystko co wyda mi się ładne. A gdy moment się przedłuża, nawet wącham te przedmioty. Dla mnie pachną czymś pięknym, czystym, nawet jeżeli nie są nowe. Po prostu mam świadomość, że ich właściciel ma je tylko dla siebie.
Wczesnym rankiem potrafię wyjść na autobus, jechać w nieznaną okolicę i wpatrywać się w domy, zadbane ogrody. Tak samo gdy włączam komputer i patrzę na profile moich znajomych i ich zdjęcia. Niewiele obchodzą mnie oni sami, ale to co jest w tle. Szafa, żyrandol, tapeta na ścianie. Myślę tylko o tym, że mi nie było dane mieszkać w ładnym miejscu. Że wstydziłam się wprowadzić koleżanki w bardzo skromne progi, z wieczną brudną boazerią, dziurawymi dywanami, zepsutą toaletą. Że nigdy nie miałam chwili prywatności, bo w pokoju zawsze ktoś siedział. Z nauką musiałam czasami czekać do późnej nocy, bo siostry nie chciały być cicho albo chorowały. Nadal mam żal do rodziców, że tak było, chociaż wiem, że oni nie patrzyli na to w ten sposób. Ich wychowano w takich domach, więc co się nam może nie podobać?
Moja teściowa zawsze stała murem za swoimi dziećmi. Miała też, jak na swój wiek, dosyć liberalne poglądy. Temat homoseksualizmu nie był jej obcy, w pełni akceptowała takie osoby i życzyła im jak najlepiej, a nierzadko podziwiała za odwagę. Ja również miałam i nadal mam takie stanowisko.
Z jej synem byłam zamężna przez 7 lat i dorobiliśmy się córeczki (lat 6). Z mężem chodziliśmy ze sobą od liceum i myślałam, że znam go jak własną kieszeń. Niestety, rok temu powiedział mi, że jest gejem, że robił to wszystko po to, by prawda nie wyszła na światło dzienne i kocha mnie i nasze dziecko, ale nie potrafię być dla niego atrakcyjna. Przyznam, że świat mi się zawalił w pierwszej chwili, długo dochodziłam do siebie po takim ciosie, w sumie do teraz czasami miewam momenty, kiedy wpadam w wewnętrzną furię jak o tym pomyślę.
W środku tego cyrku jaki odwalił mój były mąż jest była teściowa. Jeżdżę do niej czasami z córką, żeby młoda nie straciła kontaktu z babcią, jednak podczas każdej takiej wizyty krew mnie zalewa. Teściowa cały czas zachwyca się swoim synem, mówiąc jaki to on odważny, jak sobie ładnie życie układa z innym mężczyzną i jaka to ona dumna jest z tego, że po tylu latach wyszedł z szafy. No po prostu super facet. Nic tylko podziwiać.
Jak to słyszę, to aż się krew we mnie gotuje. Jaki z niego facet? Ożenił się z hetero kobietą, ma z nią dziecko, kredyt na głowie... Nie rozumiem jak można być tak nieodpowiedzialnym. To nie chodzi o to, że jest gejem, bo za to go winić nie można. Chodzi o to, że niepotrzebnie zmarnował mi tyle lat życia, mogłam teraz tworzyć szczęśliwą rodzinę z jakimś innym mężczyzną, który by się mnie nie brzydził. Córka też ciężko przeżyła to, że jej ojciec odszedł do innego pana. Nie rozumie jeszcze do końca sytuacji, ale widzę po niej, że czuje się opuszczona.
Mój były mąż za to baluje w najlepsze i odbija sobie stracone lata, które spędził ze mną. Do dziecka nie zadzwoni, nie odwiedzi. Jedyne co robi to płaci alimenty i tyle.
Nie rozumiem, jak teściowa może pochwalać takie zachowanie. Rozumiem dumę z dzieci, ale tutaj nie ma do tego powodu. Całe życie zachowywał się jak egoista, najpierw okłamując mnie, a potem mając gdzieś własne dziecko i nasze uczucia. Rozumiem, że do takich rzeczy czasami trzeba dorosnąć, ale skoro zdawał sobie sprawę ze swojej orientacji już w liceum, to mógł się po prostu ze mną nie wiązać, tym bardziej że nie musiał się ukrywać przed rodzicami, którzy na pewno by to zaakceptowali.
Dodaj anonimowe wyznanie