Wczoraj postanowiłam powiedzieć mojej rodzinie, że jestem lesbijką. Ku mojemu zaskoczeniu rodzice wykazali dużą tolerancję i powiedzieli, że zawsze będą mnie wspierać. Zaskoczyła mnie natomiast babcia, która ciamknęła, machnęła ręką i powiedziała, że to na pewno jakieś moje chwilowe dziwactwo. „Każda nieatrakcyjna dziewczyna z małym biustem i brzydką twarzą tak ma, bo się boi, że nigdy nie znajdzie sobie faceta! Przejdzie ci” - rzekła.
Dziękuję, babciu...
Moja teściowa to złota kobieta, wychowała dwóch synów na porządnych ludzi, ale w jednym popełniła błąd. Chłopaki od małego pracowali pomagając ojcu, zapalonemu sadownikowi, który dzień w dzień znajdował zajęcia synom przy swoich drzewkach, których miał multum. Jak nie koszenie pod nimi, to podcinanie i zbieranie gałęzi.
W efekcie tego chłopaki często wpadali do domu, jedli i wychodzili. Gary zmywała oczywiście teściowa.
I tu jest pies pogrzebany.
Mój mąż za nic w świecie nie zmyje nic po sobie, nawet cholernego kubka. Nigdy, po prostu sam nie wpadnie na to, żeby pozmywać. Dobry chłop, ale tak nauczony i tyle, pod tym względem niereformowalny. Ostatnio wróciłam padnięta ze szkoły (jestem nauczycielką i byłam pochłonięta poprawkami w sierpniu i pomaganiem z sensownym rozłożeniem planu lekcji). Byłam tak zmęczona, że po drodze do domu zatrzymałam się, żeby odetchnąć, bo bałam się, że po prostu zasnę za kółkiem. Po wejściu do domu zobaczyłam zlew i myślałam, że padnę. Góra naczyń, a mąż wesoło siedzi z herbatką zrobioną w słoiku, "bo kubków czystych nie ma". No i szlag jasny mnie trafił, ale nic nie powiedziałam. Zmywarkę załadowałam, resztę pomyłam ręcznie.
Na drugi dzień pochowałam wszystkie kubki oprócz jednego, ulubionego kubka małżonka, i zostawiłam kartkę "jeden łatwiej będzie ci się myło". Oprócz tego zniknęły miski i talerze, wszystkiego zostawiłam po jednej sztuce, bo ja i tak jadam w szkole ze swoich plastikowych pudełek.
Myślałam, że małżonek ogarnie się. O ja naiwna...
Mija trzeci tydzień, i o ile talerz i miskę myje po każdym użyciu (sukces!), to kubka już nie, a ja do tego jego kubka boję się podejść w obawie, że wysunie nóżki i pobiegnie po blacie.
Jak patrzę, jak mąż wesoło popija z niego ulubioną herbatę, to zyskuję przekonanie, że uodpornił się na wszystkie możliwe syfy i pasożyty.
Ale cóż.
Ja przynajmniej nie mam garów do mycia, a on ma swój cholerny ulubiony kubeczek zawsze pod ręką.
Mimo to kocham tego wariata, nawet jeśli czasem obrzydza mnie do granic możliwości. Moja miłość jest silniejsza niż obrzydzenie, poza tym jeszcze z centymetr i ten cały brud sam odpadnie. Jest nadzieja! :D
Mój chłopak od zawsze był dla mnie bardzo czuły i opiekuńczy – to właśnie sprawiło, że tak bardzo go pokochałam. Ostatnio jednak jego zachowanie zaczęło mnie trochę niepokoić i, szczerze mówiąc, denerwować.
Bo ja rozumiem, kiedy przyjeżdża po mnie wieczorem do centrum, żebym nie wracała sama do domu. Rozumiem też, gdy chce wiedzieć, gdzie dokładnie idę albo o której konkretnie godzinie będę wracać autobusem z pracy do domu. Jestem w stanie nawet zrozumieć to, że nie pozwala mi nic kroić ani wkładać rzeczy do piekarnika, żebym się nie poparzyła. Ale kiedy wczoraj zobaczyłam zainstalowaną na naszym balkonie siatkę, która ma być „środkiem bezpieczeństwa”, to przestałam rozumieć.
Nie mamy kota, nie dręczą nas gołębie, a Dawid zamontował siatkę balkonową, żebym przypadkiem nie wyleciała przez barierkę. Nie mogę nawet zrobić sobie sama tosta na śniadanie, bo mój chłopak krzyczy, że zrobię sobie krzywdę. Strasznie ostatnimi czasy przesadza, momentami zachowuje się jak świr, tak jak z tą siatką… Macie jakieś rady, jak go uspokoić?
Kiedy miałam 12-13 lat, byłam wielką fanką serialu "M jak Miłość". Z wypiekami na twarzy oglądałam każdy kolejny odcinek, a także nie przepuściłam żadnej powtórki.
W pewnym momencie małżeństwo Kingi i Piotrka (Kasia Cichopek i jeden z braci Mroczków) przechodziło poważny kryzys. Najpierw on zdradził ją, a potem - w ostatniej scenie ostatniego odcinka przed wakacjami - ona jego. Byłam zrozpaczona, bo byli moją ulubioną parą i nie wyobrażałam sobie, że mogliby się rozwieść. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce...
Były to czasy, kiedy dostęp do internetu nie był tak powszechny jak dziś. Któregoś dnia poszłam do kawiarenki internetowej i znalazłam dokładny adres TVP. Następnie napisałam bardzo łzawy, pełen emocji list do... Ilony Łepkowskiej, scenarzystki serialu. Do dziś pamiętam jego pierwsze słowa: "Kochana Pani Ilono, niech Pani ratuje to małżeństwo!". Schowałam go do koperty, nakleiłam znaczek i wysłałam do telewizji.
Kiedy tak dziś o tym myślę, zastanawiam się, jaki ubaw musieli mieć na Woronicza, kiedy to przeczytali. A w odcinkach powakacyjnych Kinga i Piotrek wrócili do siebie. :)
Mieliśmy wtedy po 15-16 lat. Początek września, w szkole jeszcze luzy, więc większość czasu po lekcjach spędzało się na świeżym powietrzu. Siedzieliśmy wtedy w 5 osób na boisku szkolnym starej podstawówki, do której wszyscy chodziliśmy, przy dość ruchliwej drodze. Nie pamiętam o czym wtedy dyskutowaliśmy, w każdym razie rozmowa została gwałtownie przerwana przez huk rozbijanego samochodu.
Stara corsa roztrzaskana na drzewie. Taki widok zastaliśmy. Nikt się na moment nawet nie zawahał. Koleżankę wysłaliśmy do pobliskiego sklepu po pomoc. Drugiej kazaliśmy stanąć kawałek dalej na drodze, by zatrzymywała ewentualnie jadące samochody. Ja i dwóch kolegów próbowaliśmy wyciągnąć kierowcę, młodą dziewczynę, z samochodu. Była zakleszczona i pomimo naszej walki, naszych starań, nie udało się. Zmarła na naszych oczach. Strażacy, którzy przyjechali chwilę później, a potem ratownicy medyczni z karetki, reanimowali ją jeszcze przez ponad godzinę, ale bez skutku.
Od tamtej pory minęło 14 lat, a ja nadal czasami się budzę zlany potem i mam przed oczami tę scenę. Wyraz twarzy tej dziewczyny, do końca świadomej. Jej wzrok, błaganie o pomoc i jednoczesną świadomość, że umiera. I naszą bezsilność.
Mimo że każdy z naszej paczki poszedł swoją drogą i nie widujemy się tak często jak kiedyś, dalej mamy ze sobą kontakt. I co roku, w rocznicę tego wypadku, chodzimy na cmentarz złożyć kwiaty na grobie dziewczyny. Co roku widujemy się z jej rodzicami i za każdym razem słyszymy to samo. "Nie mogliście jej pomóc", "Zrobiliście co mogliście". I za każdym razem mamy nieodparte wrażenie, że zrobiliśmy za mało. Że mogliśmy się wtedy bardziej postarać, to wtedy może by żyła.
Kiedyś jeden z sąsiadów moich rodziców, który doskonale znał sprawę, zapytał nas na cmentarzu, dlaczego jesteśmy tutaj co roku. Mimo że minęły już lata i powinniśmy iść dalej w życiu. Długo zastanawialiśmy się nad odpowiedzią, aż w końcu koleżanka odparła "Bo to jedyne co możemy zrobić. Przyjść tutaj i prosić na jej grobie o przebaczenie, że wtedy zrobiliśmy za mało, by ją uratować".
Jestem grubasem. Praktycznie od zawsze. Moje pierwsze zdjęcie - mam 3 latka i wyglądam jak księżyc w pełni. W rodzinnym domu jedzenie zawsze musiało być na suto, na tłusto. W przeciwnym wypadku tata rzucał talerzami. A że w latach 90. o zdrowym żywieniu i chorobach związanych z nieprawidłowym odżywianiem było głucho, tak też mama nie przejmowała się tym, żeby dzieci odżywiać inaczej.
Teraz - po latach - wiem, że fakt, iż w wieku 8 lat byłam zarośnięta czarnymi włosami jak yeti to nie był "taki mój urok", tylko zwichrowane hormony. A waga 90 kg dla 10-latki też nie była normą.
Jak już trochę podrosłam i nabrałam świadomości, próbowałam się odchudzać. Udało się zrzucić 20 kg. Super. Wagę trzymałam kilka lat. Następnie, dość młodo, zaszłam w ciążę. Po urodzeniu dziecka mój organizm oszalał. Nabawiłam się policystycznych jajników, wkrótce przypałętała się insulinooporność, doszło nadciśnienie. Choroby jak u 50-latki, a miałam tylko 20 lat.
Co miesiąc wizyty u lekarza, co miesiąc +4, +5 kg. Przeszłam przez wiele cud-diet, czym doszczętnie rozwaliłam metabolizm, a efekt jojo uderzał mnie w twarz raz za razem. W ciągu kolejnych 5 lat doszłam do wagi 150 kg.
Szukając pomocy, trafiłam na informacje o chirurgicznym leczeniu otyłości. Taki zabieg miał mi podarować nowe życie, a moje starania miały w końcu być zwieńczone efektami. Chirurg powiedział wprost, że z tak olbrzymiej wagi nie jestem w stanie wyprowadzić się sama.
Na operację czekałam 2 lata. To nie jest pójście na łatwiznę. To jest raczej ostatni krzyk o pomoc. A po zabiegu ogromny ból i łzy...
Aktualnie od operacji minął miesiąc. W końcu dostałam pozwolenie, po kontroli, że mogę zacząć ćwiczyć, bo większe rany już się zagoiły. Poszłam na siłownię z kolegą - również po operacji, kawał chłopa - żeby zacząć, bo nawet jak śpiewają w piosence - najważniejszy pierwszy krok.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy dwóch mężczyzn - i to bynajmniej gówniarzy, bo mieli po ok. 25 lat - zaczęli mieć ogromny ubaw z tego, że gruba baba ćwiczy na siłce. Upasiony ulaniec. Świnia. Z dużych facetów, których też trochę było, nie śmiał się absolutnie nikt. Siłownia w dużym mieście, a nie na żadnej prowincji.
Łzy miałam na końcu nosa. Motywacja uleciała ze mnie jak powietrze z balona. Zaczęło być mi wstyd - samej siebie, swojego ciała. Zapragnęłam się zaszyć gdzieś, gdzie nikt mnie nie zobaczy i nie zrani.
Nie rozumiem... Idziesz na siłownię, a nie do fast foodu, a spotyka cię wyśmianie, wyszydzenie.
Często oglądam programy o grubasach w USA. Ludzie po 300 kg. Walczą o życie, idą na siłownię, a tam wszyscy dopingują ich, cieszą się. Zero wyśmiania, poniżenia.
I tak, wiem, że anonimowe to nie pamiętnik. Ale jeśli po przeczytaniu tego choć jedna osoba zastanowi się zanim wyśmieje grubasa na siłowni czy gdziekolwiek - to było warto...
Pięć lat temu na świat przyszła moja córka - Zuza. Wraz z żoną byliśmy bardzo szczęśliwi, ponieważ staraliśmy się latami, wielu specjalistów zajmowało się naszym problemem, ale udało się.
Lata mijały, Zuzia rosła, byliśmy bardzo szczęśliwą rodziną. Jednakże coraz częściej zacząłem zauważać znaczące różnice w wyglądzie małej. Niejednokrotnie ludzie bliscy, jak i obcy mówili, że niemożliwe jest to, że to nasze dziecko. Brak podobieństwa do żadnego z nas ani naszych rodzin. To właśnie bardzo nas zaintrygowało. Znajoma zażartowała, że pewnie podmienili nam dziecko w szpitalu.
Wcale się nie pomyliła. Okazało się, że Zuzia nie jest naszą córką, a wyszło to po zrobieniu badań DNA. Jak się okazało, pielęgniarka popełniła błąd i zamiast naszej biologicznej córki, przyniosła żonie Zuzię.
Oboje z żoną kochamy naszą córeczkę, wiemy, że musimy rozwiązać tę sprawę i znaleźć nasze biologiczne dziecko. Jednak boję się, że przez to moglibyśmy stracić Zuzię, która mimo że nie jest z nami spokrewniona, jest najważniejszą osobą w naszym życiu.
Trzymajcie za nas kciuki!
Krótko i dla niektórych obrzydliwie.
Miałam w pewnym momencie długi okres samotności. Smarowałam sobie wtedy okolice intymne i sutki kremem Bambino, za którym mój pies przepadał jak nienormalny i dawałam mu do wylizania.
Nikt nie umiał tak mnie zadowolić językiem jak mój pies, ani nigdy przedtem ani potem.
Nikomu się chyba nie przyznam, co było prawdziwym powodem mojej emigracji. Bo tym co ostatecznie przeważyło szalę nie były ani znacznie gorsze zarobki, ani problemy z leczeniem, ani brak nauczycieli w lokalnej podstawówce, choć przyznaję, że wpływ miało, ale ostatecznym impulsem było to, że przestało mi się chcieć udowadniać, że nie jestem maDką bombelków.
Tu tego udowadniać nie muszę, dostaję od otoczenia kredyt zaufania i życzliwe wsparcie. Np. ostatnio, gdy wracaliśmy tramwajem z placu zabaw. Zabrałam dzieci po przedszkolu na wypasiony plac zabaw, najlepsiejszy na świecie. Wyszalały się, nacieszyły, wracamy na kolację, gdy nagle moja córka zaczyna płakać, że nie ma misia, został w przedszkolu. Mamo, wracajmy, mamo, dlaczego nie przypomniałaś. W myślach klnę, bo nie wrócimy, przedszkole już zamknięte, poza tym przegapimy porę kolacji i wszyscy będą głodni i wściekli, nie wiedziałam, że zabrałaś misia, ja od 6 rano w pracy, żeby wcześniej wyjść, nie wolno zabierać zabawek z domu. Na głos uspokajam, że miś poczeka, żeby się nie przejmowała, że rozumiem, że smutno, wszystko to zazwyczaj pomaga, nie tym razem. Histeria narasta, dziecko zaczyna mieszać języki, to po polsku, to lokalnie, wnoszę do tramwaju, płacze nadal, praktycznie już wyje, głupio mi strasznie. I nagle patrzy na nas łysy, młody człowiek, na oko lokalny prawak, ja już cierpnę, że oberwie mi się od emigrantek, co nie umieją zapanować nad bachorami i żebym wracała, skąd przyjechałam. A on mówi, że widzi, że dziewczynce jest smutno i czy ona się boi o misia. Córa przytakuje. On opowiada, że też kiedyś zostawił miśka w przedszkolu i się bał o niego, a misiek się świetnie bawił, rano opowiedział niesamowite historie. Po dwóch przystankach dziecko jest zupełnie wyluzowane, opowiada o fajnym placu zabaw, dojeżdżamy w dobrym humorze do domu. Wystarczyło kilka życzliwych zdań z zewnątrz, żeby przerwać rozpacz, której ja nie mogłam zaradzić. Mamo, bo ten pan w tramwaju powiedział, że misie specjalnie się ukrywają, żeby przez całą noc bawić się z zabawkami z przedszkola, my wcale o nim nie zapomniałyśmy, to on nas wykiwał.
I to się zdarza ustawicznie, ktoś krzyknie dziecku, że świetnie sobie radzi na rowerze i wyminie zawalidrogę, której nóżka spadła z pedału i kierownica skręciła w złą stronę, ktoś zagada o poranku, że słońce dziś zaspało. Ja też gram według reguł, staram się, żeby dzieci nie hałasowały, przeszkadzały, brudziły, i oczywiście pomagam innym. Ale wiem, że jak coś mi nie wyjdzie, to otoczenie tak właśnie mnie potraktuje, jak kogoś, kto się stara i trzeba mu trochę pomóc, a nie jak roszczeniową krowę rozpłodową.
Jestem dziewczyną.
Mam 181 cm wzrostu i widzę ponad ścianki w kabinach w łazience.
Dodaj anonimowe wyznanie