#SeTBr

Jestem uzależniona od kłamstw. Nie kłamię gdy chodzi o jakieś poważne sprawy, ale notorycznie zmieniam szczegóły ze swojego życia, gdy coś opowiadam.

Idąc z koleżankami na lunch, kłamię potem swojemu mężowi, że jadłam indyka, choć tak naprawdę zamówiłam rybę. Często też wymyśliłam, że działo się coś w pracy, np. że szef mnie pochwalił lub opieprzył chociaż nic takiego się nie stało. Są to raczej niewinne kłamstewka i wmawiam sobie, że to nic takiego. Przecież nie zdradzam męża, a kłamstwa dotyczą błahostek, ale przeraża mnie to, że nie mogę się powstrzymać.

Kłamię wszędzie i każdemu. Kiedyś, było to bardziej hardcorowe, o ile wiedziałam, że kłamstwo nie wyjdzie na jaw. Potrafiłam uśmiercić w pracy babcię, sama nie wiem dlaczego. Często też zwierzałam się koleżankom z nieistniejących kłótniach z moim mężem. Mamie potrafiłam mówić, że mój szef to ideał człowieka, choć był strasznym dupkiem.

Doszłam do tego etapu, że kłamię o drobnych, nieistotnych rzeczach ale to tak naprawdę żaden sukces. Najgorsze jest to, że ja potem sama wierzę w swoje kłamstwa choć wiem, że to nieprawda. Staram się ograniczać powoli swoje wymysły ale nie wychodzi mi to. Nie wiem co jest ze mną nie tak ale wyrzuty sumienia powoli zjadają mnie od środka. Zwłaszcza żal mi swojego męża, że związał się z taką wariatką.

Gdy byłam jeszcze panną często wychodziłam sama do pubu czy klubu i każdej osobie, którą dopiero co poznałam, serwowałam inną historyjkę. Zmieniałam imiona, pracę, wiek, a nawet charakter. Czasami aż mnie korci, żeby znowu sobie poudawać kogoś innego, ale nie pozwalam sobie, żeby się nie rozkręcić.

Żadne moje kłamstwo jeszcze się nie wydało, ale boję się dnia, kiedy to wszytko runie, a ludzie w końcu zobaczą jaka jestem. Nigdy nie kłamię dla własnej korzyści, ale wątpię żeby mnie to usprawiedliwiało.

#Ed006

Od lat choruję na nerwicę.

Chodziłam po różnych lekarzach, próbowałam różnych leków i jak do tej pory znalazłam jedną rzecz, która jest w stanie mnie uspokoić.
Smoczek dla niemowląt.
Sam kształt i materiał już sprawiają, że czuję się lepiej.
Tak, że jako dorosła kobieta od lat zasypiam ze smoczkiem :)

#4mwo6

Mam 27 lat, pracuję w biurze tłumaczeń. Jest to praca z domu, jednak ja przychodzę do biura. Dlaczego? Może dlatego, że gdyby nie to, to nie miałabym kontaktu z żadnym człowiekiem twarzą w twarz. Jestem samotna, przychodzę do domu z pracy, jem obiad, tłumaczę jakiś tekst bądź robię cokolwiek innego, żeby się zmęczyć do tego stopnia, że po położeniu się zasnę w przeciągu 5 minut, bo noce są najgorsze.

Nigdy nie miałam chłopaka, przyjaźnie rozleciały się, kiedy każda z przyjaciółek znalazła drugą połówkę, bo przecież nie wezmą mnie do kina, jak same pary idą. Z jednej strony to dobrze, bo nie ma nic gorszego niż bycie piątym kołem u wozu, a z drugiej strony po jakimś czasie przyjaciółki nawet przestały się odzywać i proponować jakiekolwiek wyjścia.

Wracając do sedna, noce są najgorsze, kiedy nie mogę zasnąć. Brakuje mi osoby, która mogłaby mnie przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
Boję się, że któregoś dnia pęknę, że moja samotność mnie przytłoczy i zrobię to, czego najbardziej się boję. Że zostanę szarym tłem, nic nie znaczącym do czasu, aż nie zniknę.

#Wex6j

Boję się niepełnosprawnych - zarówno tych upośledzonych fizycznie, jak i umysłowo. Ale od początku.

Dorastałam na osiedlu. W jednym z bloków mieszkał Filip, który miał dość mocnego downa, coś tam umiał mówić, ale najczęściej jęczał albo paplał do siebie. Nikt nie chciał się z nim bawić, ale dorośli zmuszali nas, żebyśmy go brali do naszych zabaw. Był większy od nas i silny. Potrafił celowo uderzyć kogoś podczas berka albo rzucić piłką prosto w twarz. Oczywiście nawet jak ktoś dorosły to widział, to kazał nam być cicho "bo Filip nie rozumie, że tak jest nieładnie". Guzik prawda, wiedział o tym i powtarzał takie akcje wielokrotnie, ciesząc się z tego. Na kilka miesięcy przed naszą wyprowadzką z tego osiedla moja koleżanka powiedziała, że Filip ściąga spodnie na placu zabaw i się onanizuje, strasząc tym dzieci. Tego typu sytuacji było jeszcze więcej, ale szczegółów nie znam.

Później chodziłam do klasy razem z chłopcem na wózku. Był zwyczajnie chamski. Przez niego musieliśmy przełożyć wycieczkę do stolicy, bo nie mogliśmy zamówić odpowiedniego busa, a gdy już go załatwiliśmy - Tomek uznał, że jednak nie chce jechać. A jego szurnięta rodzinka uznała, że to by była dyskryminacja, gdyby klasa się bawiła bez niego. Praktycznie nie wolno go było upomnieć, bo zaraz straszył, że zadzwoni do domu i powie o wszystkim ojcu. Zrzucał na ziemię nasze rzeczy i zmuszał do tego, by je zbierać na kolanach. To go w jakiś sposób fascynowało, gdy koleżanki klęczały obok niego i zbierały z podłogi długopisy i zeszyty. Nawet mikołajek nie można było urządzić, bo Tomek był niewierzący i rodzice zaznaczyli, że nie będzie brał udziału w takiej zabawie. A przecież nie ma opcji, by Tomuś jako jedyny się nie bawił. I tak do końca gimnazjum.

W liceum zapisałam się na basen, to była pływalnia w pobliskim mieście, dużo większa od naszego miejskiego baseniku. Chodził też na nią mężczyzna, który miał jakieś upośledzenie. Najpierw podejrzewano, że podgląda dziewczyny w szatni, ale tłumaczył, że się zgubił i mu odpuszczono. Potem jednak coraz częściej któraś kobieta mówiła, że próbuje im zdjąć pod wodą kostium, dotyka po nogach, podtapia. Wystraszyłam się i zrezygnowałam z basenu.

Najgorsza sytuacja zdarzyła się kilka tygodni temu. Syn sąsiadki mojej babci, którego trochę kojarzyłam, spotkał mnie, gdy wracałam z pracy i poprosił, bym kupiła mu coś do picia, bo zapomniał pieniędzy. Jego nawet się nie bałam, był lekko opóźniony, ale nie wydawał się groźny. Kupiłam mu jakiś sok, ale gdy wyszłam ze sklepu jego już nie było. Odeszłam trochę, a on nagle rzucił mnie na ziemię, zakrył twarz rękami i próbował rozebrać. Dopiero jakiś rowerzysta go odgonił, ale byłam przerażona. Powiadomiłam o tym od razu rodziców, sprawę zgłosiliśmy na policję i póki co czekamy, a ja dalej żyję w strachu.

#XUCR4

Jeden z lokalnych pijaczków, których zdarzało mi się zatrudniać przy różnych pracach na działce "za wino", przysnął na trawniku przed moim domem. Machnąłem ręką, a wracając ze sklepu, kupiłem flaszkę, którą postawiłem obok śpiącej królewny. Okazało się, że tanim winem poczęstowałem trupa.

#H9ZHw

Mam za za sobą nieudane małżeństwo, z którego pozostała mi dwójka kochanych dzieci. Były mąż został skazany za oszustwa podatkowe. Kilka lat byłam sama, kątem mieszkając u rodziców na wsi. Jak to na wsi bywa, wszyscy mieli powód do plotek, bo taki dobry i bogaty mąż, a została sama biedna u rodziców...

Poszłam do pracy za marne grosze, z których nawet nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania dla siebie i dzieci. Wtedy poznałam jego. Dobry, pracowity, dzieci go pokochały. Zamieszkaliśmy u niego, w zasadzie praktycznie na jego utrzymaniu, bo z mojej marnej pensji niewiele prócz jedzenia mogłam kupić. Wspólne mieszkanie, zaręczyny, za miesiąc mamy wziąć ślub...

Kontrolna wizyta u ginekologa dzisiaj okazała się niezbyt przyjemna. Myślałam, że złapałam jakaś infekcję, a tu rzeżączka, chlamydia i jeszcze inny syf, choć nigdy się to nie zdarzyło wcześniej. Wróciłam do mieszkania i przetrzepałam laptopa niedoszłego męża... Od roku umawia się z dziewczynami na przygodny seks! Jego wyjaśnieniami było wzruszenie ramion... A ja zostałam ryczącą 40 bez męża, perspektyw, dachu nad głową i z dziećmi w wieku szkolnym.

#iwoR7

Od małego byłem bardzo nieśmiały. Stan ten potęgowała u mnie mama, która była nadgorliwie opiekuńcza i przez to od dziecka nie umiałem nawiązywać i utrzymywać kontaktów z innymi ludźmi. Zakupy czy załatwienie najprostszej sprawy był strasznym wyzwaniem. Rodzice byli biedni i ciężko pracowali. Ubrania, które nosiłem, były zazwyczaj po rodzeństwie. Nie chodziłem do fryzjera, tylko mama mnie obcinała - niestety okropnie, bo zawsze w szkole byłem wyśmiewany.

Od kiedy pamiętam mój ojciec miał problemy z alkoholem, przez co KAŻDE nasze święta, praktycznie KAŻDA niedziela kończyła się kłótniami, płaczem, a czasami prawie rękoczynami ze strony matki. Zawsze było mi bardzo wstyd przed sąsiadami. Znienawidziłem przez to swojego ojca.

W szkole średniej byłem odludkiem, nie miałem przyjaciół, a wśród kolegów zawsze byłem ten inny. Czułem się bardzo samotny. Było bardzo podobnie jak w podstawówce. W przeciwieństwie do kolegów nie miałem dziewczyny. Bałem się do jakiejkolwiek zagadać. Po szkole średniej dostałem pracę (ciężką, niebezpieczną, ale dobrze płatną) i poszedłem na studia. Jak na nasze warunki z roku na rok zarabiałem coraz lepiej. Mama często robiła mi awantury o wiele rzeczy. Nawet gdy pierwszy raz dopiero na studiach! odważyłem się pójść do fryzjera, zostałem strasznie zniszczony. Ciągły szantaż emocjonalny.

Z czasem stać mnie było na samochód, a po pewnym czasie nawet na mieszkanie (na kredyt). Po kilku latach wyprowadziłem się od rodziców - tu oczywiści kolejna awantura, bo jak ja będę sam mieszkał, a w "domu" miałem wszystko. Toksyczna mama kazała mi przyjeżdżać codziennie na obiad, zostawać na noc w domu, chociaż mieszkałem na drugim końcu miasta. Odsuwałem się od rodziców. W pracy, pomimo upływu lat, z nikim się nie zaprzyjaźniłem. Codzienny smutek mnie zabijał. Powroty do pustego mieszkania, brak przyjaciół, drugiej duszy mimo 27 lat mnie dołowały. W pracy się uśmiechałem, śmiałem, mówiłem, że wszystko w porządku, kłamałem, gdy opowiadałem o wakacjach, weekendach. Mówiłem, że nigdy nie było lepiej, a miałem ochotę płakać, krzyczeć, wyć. Pragnąłem umrzeć. Prosiłem Boga, by mnie zabrał albo by zabrał komuś, a dał mi śmiertelna chorobę. Chciałem zginąć w pracy. Coraz więcej piłem. Kupiłem sznur i planowałem się powiesić. Szukałem miejsca i odwagi, ale nawet to mi w życiu nie wyszło.

Uświadomiłem sobie, że straciłem najlepsze lata mojego życia. Nie chciałem tak dłużej. Po kilki miesiącach ciągłej walki poszedłem do psychiatry. To było bardzo trudne. Wypłakałem się. Głęboka depresja. Leki wyprały ze mnie uczuć. Po jakimś czasie odważyłem się zapisać na portal randkowy. Napisało do mnie kilka dziewczyn, a jedna z nich od 2 lat jest moją żoną. Staramy się o dziecko.

Teraz mam 35 lat. Nikt nie wie, co przeżyłem. Depresja to prawdziwy horror. Dajcie sobie pomóc.

#nlYXs

Kiedy miałem 5 lat, pojawiło się u mnie podejrzenie stulejki. Podczas rodzinnej imprezy, matka na siłę próbowała mi ściągnąć majtki, żeby wszyscy mogli "popodziwiać" i pomacać, czy to na pewno to. Za nic nie chciałem na to pozwolić, więc dostałem w łeb tak, że mnie zamroczyło i siłą mnie obnażono. Rodzina nie widziała w tym nic złego, tylko dwie najmłodsze ciotki i jeden wujek próbowali mnie bronić, a potem wyszli bez słowa.

Było to dla mnie tak traumatyczne, że znienawidziłem ukochanych do tej pory rodziców, nie rozumiejąc, jak mogli zrobić mi coś takiego. Następnego dnia poskarżyłem się przedszkolance, błagając, by mnie zabrała do sierocińca. Na początku nie chciała do końca uwierzyć, ale gdy zobaczyła olbrzymiego guza na mojej głowie, z marszu zadzwoniła na policję. Pamiętam, jak błagałem, żeby mnie zabrali do domu dziecka, bo tata mnie zabije. Dzięki Bogu potraktowano mnie poważnie i odesłano do pogotowia opiekuńczego, po wizycie w szpitalu.

Policja poszła do mojego domu i zaczęła wypytywać o to, co im opowiedziałem. Rodzice zaprzeczyli, ale babcia... nie. Potwierdziła dodając, że owszem, niewychowany ze mnie szczyl, ale to ich sprawa i mają się nie wpierdzielać. Jak tylko sprawa się rozeszła, ciotki i wujek również stanęli po mojej stronie, jawnie narażając się całej rodzinie. O tych szczegółach dowiedziałem się po latach, od wujostwa, którzy przejęli opiekę nade mną i walczyli o moje dobro w sądzie jako świadkowie, doprowadzając do oskarżenia pozostałych krewnych o przestępstwo seksualne na nieletnim oraz znęcanie się nad nim. Jedna ciotka miała wtedy 16 lat, druga 18, a wujek 19 i należeli do bardzo nieśmiałych, cichych ludzi i bardzo bali się moich rodziców oraz dziadków, ale walczyli jak lwy. Nie dali się zastraszyć. Dzięki przedszkolance, która mi uwierzyła, policjantom, psychologom i tej trójce mogłem normalnie żyć.

A stulejki nie było, tylko miałem drobną infekcję.
Dodaj anonimowe wyznanie