O damskich bokserach słyszał każdy, a czy obiło Wam się o ucho stwierdzenie "męski bokser"?
Taki przydomek ciągnął się za mną w czasach gimnazjum. Były to lata, kiedy fala była dość popularnym zjawiskiem na szkolnych korytarzach.
Ale po kolei...
Wiejskie gimnazjum, uczniowie zwożeni z kilku podstawówek w gminie, czyli typowy spęd młodzieży z buzującymi hormonami. Idąc do gimnazjum, miałam półtora metra wzrostu przy wadze coś ponad 30 kg. Do tego pyskata kujonka, która średnio trzymała się jakiegokolwiek stada - raczej z takich, które chętnie prosi się o zeszyt z zadaniem domowym, ale mniej chętnie o spędzanie wspólnie czasu, nawet na przerwach. Takie "bezpańskie" chuchro było idealnym celem dla osiłków z ostatnich klas, którzy szukali sobie kozła ofiarnego.
Zaczepki zaczęły się już pierwszego dnia, mimo ostrzeżeń chłopaków ze starszych roczników, którzy chodzili ze mną do podstawówki. Wiedzieli, że byłam z gatunku "mała, ale wariatka", która prędzej odda, niż da się gnębić. Miejscowe byczki patrzyły na nich jak na kretynów i mimo wszystko postanowili przetestować swoje umiejętności perswazji.
Na porządku dziennym były mniej lub bardziej niewybredne "prośby" o mierzenie coraz dłuższych dystansów coraz krótszym kawałkiem zapałki, które konsekwentnie łamałam i odchodziłam w inną stronę. W pewnym momencie dochodziły już groźby, że kolejna złamana zapałka skończy się dla mnie złamaną ręką.
Nauczyciele wiedzieli, ale niczego nie widzieli, uczniowie też, kilka życzliwych osób proponowało pójście do dyrektora, żeby sprawą zajęła się policja.
Sytuacja trwała niespełna miesiąc. Póki tylko sobie gadali, ograniczałam się do łamania zapałek i pyskówek słownych. Jednak w pewnym momencie zaczęły dochodzić próby popychania, poszarpywania.
Kulminacyjnym momentem była końcówka września, cała szkoła czekała na busy do domu. Kolejna zapałka i prośba o zmierzenie jej łepkiem obwodu szkoły. Nie zgodziłam się, dryblas półtorej głowy wyższy ode mnie, otoczony wianuszkiem kolegów (oraz obserwowany przez wszystkich uczniów wokół), próbował mnie szarpnąć. Ostrzegałam, żeby tego nie robił. Nie posłuchał... Podskoczyłam i dostał z pięści, nawet nie pamiętam w co dokładnie trafiłam. Był w takim szoku, że złapał się za twarz, spalił buraka i po prostu sobie poszedł.
Jednak od tamtego momentu miałam spokój. Nikt mnie nie zaczepiał, byłam mijana szerokim łukiem. Za to szkolne divy z ostatniej klasy nazwały mnie męskim bokserem i proponowały, żebym kogoś zbiła w ich imieniu - na co nigdy się nie zgodziłam.
Ale miano męskiego boksera przylgnęło, co "odważniejsi" krzyczeli tak do moich pleców...
Odkąd pamiętam uwielbiam ssać uszy. A konkretnie tę cześć, którą tradycyjnie przebija się na kolczyk.
W dzieciństwie ssałam najpierw uszy mojej babci, potem braci. Szukając partnera, zawsze patrzyłam na uszy sprawdzając, czy będę miała jak ssać. Teraz mam dzieci, starsze ma już 5 lat i ciągle muszę się powstrzymywać, by nigdy nie pamiętali, że matka robiła im coś takiego.
Nie jest to żaden fetysz, nie podnieca mnie to. Właściwie nie do końca wiem czemu to robię.
Moja mama przez lata brała udział w konkursach piękności, nierzadko wygrywając nagrody. Nawet teraz, jako kobieta, która niedawno skończyła 50 lat, dba o siebie bardziej niż niejedna moja rówieśniczka. Mam z nią dobry kontakt, ale czasem mnie przeraża, a ja jako osoba z natury zamknięta w sobie i w przeciwieństwie do mojej rodzicielki – nieśmiała, mam niekiedy opory, aby z nią szczerze pogadać.
Wczoraj, po dłuższym okresie wewnętrznej walki z sobą, postanowiłam wreszcie jej powiedzieć, że jestem w ciąży i że ona, w całej swej młodzieńczej zwiewności i olśniewającej urodzie, zostanie babcią. Kiedy w końcu padły te słowa, moja mama serdecznie mnie uścisnęła powtarzając tylko „Dzięki Bogu, dzięki Bogu...”. Zapytałam o co jej chodzi, a ona złapała głęboki oddech i rzekła: „Dzięki Bogu… A już się bałam, że po prostu jesz jak świnia i tyjesz!”.
Dziś mieliśmy rozdawane sprawdziany, które następnie omawialiśmy. Gdy już mieliśmy je oddawać pod koniec lekcji zrobiłam zdjęcie pracy, by w domu popracować nad błędami.
Podeszła do mnie jednak nauczycielka, i kazała mi zdjęcie usunąć. Zapytałam się dlaczego, ona na to że statut, oraz kazała pokazać galerię, jak usuwam owo zdjęcie. I gdy w nią weszłam, na naszych oczach okazał się mój film dla mojego chłopaka który jest aktualnie w Anglii, w którym wkładam sobie podwójne dildo do pochwy i odbytu. Chyba zmieniam szkołę...
Nic mi się nie chce. Czuję się jakbym żył we śnie. Nie mam zbyt wielu zainteresowań, a te które były ze mną przez ostatni czas, stają się coraz mniej mnie dotyczyć. Czuję się ciągle jakby niewyspany, ale nie chce mi się spać.
Nie jestem w stanie zrobić tego, co sobie zaplanuję, ponieważ ogarnia mnie totalny brak sił, pomimo że moja sprawność fizyczna jest w normie. Nawet nie chce mi się włączyć gry na kompie, wolę przeglądać internet na telefonie, bo mi się nie chce. Jakiś czas temu lubiłem zdobywać pieniądze, teraz średnio mam ochotę pracować, pomimo bardzo lekkiej pracy.
Ostatnio nawet jeść mi się nie chce, większość jedzenia mnie nawet odrzuca, jem bo muszę. Czas bardzo szybko mi ucieka, ledwie zacznie się poniedziałek, już kończy mi się piątek, a ja nawet nie pamiętam co robiłem w te dni. Nie wiem czy to normalne, ale tak jakoś życie mi leci.
Mam taką psychiczną blokadę - nie mogę się wysiusiać w kucki, na Małysza itp. Żeby się udało, muszę po prostu usiąść na deskę, nawet jeśli muszę wyłożyć trzy warstwy papieru toaletowego.
Ostatnio zastanawiałam się, skąd mi się to wzięło.. I mam jedno podejrzenie.
Jak byłam mała, miałam robione często badanie moczu (pojawiało mi się w nim białko itp). Wtedy nie było takich plastikowych pojemniczków, tylko trzeba było nasiusiać np. w czystą butelkę po syropie.
Za każdym razem mama kazała mi stać w wannie i sikać na stojąco. Ja stałam, a ona podstawiała butelkę. Ja po prostu nie mogłam się przemóc, a mama się zaczynała denerwować, bo czas ucieka itp. Często tak było, że ze złości dawała mi klapsy na goły tyłek, ja zaczynałam płakać. Naprawdę długo musiało potrwać żebym mogła się wysiusiać. I tak było przy każdym badaniu moczu. Dla mnie to był koszmar.
Teraz przez to nie mogę się wysiusiać w nagłych sytuacjach. Mimo wielu prób blokada nie chce odpuścić.
Zastanawiam się, czemu mama nie mogła spróbować innych sposobów.
Dzisiaj wyszedłem wcześniej z pracy... Okazało się, że w popielniczce został niedopałek, który nieuważnie wrzuciłem do kosza. Przywitała mnie straż pożarna gasząca mój dom.
Do tej pory wstydzę się tego.
Kilka lat temu podczas studiów w 4 osoby wynajmowaliśmy mieszkanie. Ja, brat, i dwie nasze koleżanki z LO. I jak to kobiety, strzygłyśmy nasze bobry. Ale niestety, któraś zamiast od razu wyciągnąć włosy z odpływu, całkowicie je spłukała i totalnie zablokowała odpływ. A że rury stare, to nawet kret nie dał rady, tylko lekko pomógł. Brat wykosztował się i kupił sprężynę i po kilkugodzinnej batalii udrożnił odpływ. No to teraz pytanie, która to goliła. Każda zaprzecza. Wtedy, ot tak, ściągnęłam spodenki oraz majtki i pokazując lekko zarośniętą, mówię, że nie ja.
Po chwili doszło do mnie co zrobiłam. I o dziwo dobry to był pomysł, koleżanka też zdjęła majtki i widać było, iż boberka ze 2-3 dni nie goliła. Ostatnia się przyznała.
Mam 3 rodzeństwa. Niestety muszę się nim zajmować, bo rodziców często nie ma w domu. Wracaj w nocy, a wychodzą bardzo wcześnie, więc w domu prawie ich nie ma.
Stać by ich było na opiekunkę, ale po co. Przecież jestem ja. 16-latka która powinna się skupić na nauce i powinna wychodzić ze znajomymi, a zamiast tego - siedzę z rodzeństwem. Uczę się najlepiej w szkole, ale siedzę z rodzeństwem, którego mam dość. Mam dwie siostry 6 i 9 lat i brata 11 lat. Jakoś sobie radzę, ale nie zawsze jest z górki. Najbardziej muszę się zajmować najmłodszą siostrą. Męczy mnie to. Rozmawiałam o tym z rodzicami i powiedzieli, że zastanowią się nad opiekunką, ale dopiero za jakiś czas, bo obecnie się przeprowadzamy.
Byłam zdziwiona dlaczego, bo nasz dom jest bardzo duży. Dowiedziałam się dlaczego - mama jest w ciąży. Mam nadzieję, że będzie opiekunka. jeśli nie to wtedy czekam do 18 i się wyprowadzam.
Chyba jednak ja jestem w tej historii stroną z piekła rodem, ale to już oceńcie sami. Zacznijmy od tego, że w okresie buntu młodzieńczego zanegowałam istnienie Boga, przestałam chodzić do Kościoła, nie mam nawet bierzmowania, a żeby postawić kropkę nad „i”, któregoś dnia pobiegłam do proboszcza z aktem apostazji.
Tak naprawdę nigdy nie miałam problemów z racji swojego wyboru, ale jednak z jakiegoś powodu tu jestem. Mam jeszcze rodzinę, taką, z którą najlepiej wychodzi się na zdjęciach.
Trzy lata temu moja kuzynka urodziła dziecko, więc kilka tygodni później otrzymałam propozycję nie do odrzucenia, a raczej nakaz zostania matką chrzestną, bo przecież apostazję można cofnąć, a brakujące sakramenty nadrobić. Odmówiłam twierdząc, że ze względów formalnych nie mogę tego zrobić, a także nie jestem ubezwłasnowolniona, więc mam jeszcze coś do powiedzenia w tej sprawie.
Wybór uzasadniłam mówiąc, że chrzestnym nie powinna być osoba, która w kościołach bywa tylko jako turystka, Katechizm Kościoła Katolickiego dość jasno określa funkcję rodzica chrzestnego, a ja ze względu na osobiste poglądy nie spełniam określonych wymogów, więc wyznaczanie kogoś takiego jak ja świadczy o lekceważącym stosunku do religii.
Stwierdziłam też, że zgadzając się, zaprzeczyłabym praktycznie wszystkim swoim poglądom, więc nie ma takiej opcji.
Zrozumienie i uszanowanie mojego wyboru? Nie w tym świecie. W ciągu kilku minut dowiedziałam się, że jestem niewdzięcznym potworem, który odmawia dziecku i przez moje wybory dziecko będzie miało problemy w życiu (?). Zakończyłam rozmowę utrzymując, że nie odmawiam dziecku, tylko jego matce.
Moja decyzja była dla rodziny taką potwarzą, że od tamtego czasu kontaktu praktycznie nie ma i zostałam czarną owcą. Nie powiem, żebym jakoś bardzo żałowała lub tęskniła za tymi ludźmi.
Dodaj anonimowe wyznanie