#JvXcW

Jak byłam mała, czytałam bajki typu "Calineczka" albo "Dziewczynka z zapałkami". Tak w skrócie, jeżeli ktoś nie zna dziewczynki z zapałkami, to bajka o dziewczynce, która w zimne święta sprzedawała zapałki, po czym zapalała je, aby choć na chwilę się ogrzać, po czym poszła do babci, która mieszkała w magicznym domu, w którym zawsze była wiosna.
Dopiero mając 25 lat ktoś mi powiedział, że to metafora śmierci i ona tam zamarzła. Byłam w szoku, bo nigdy nie brałam tego pod uwagę.

#MxXbj

Ostatnio dopadła mnie na drodze śnieżyca. Pierwszy śnieg w tym roku, ale pogoda straszna, zwłaszcza dla kierowcy z dwuletnim stażem. Jechałam swoją Toyotą nie więcej niż 50 km/h drogą, gdzie było ograniczenie do 70 km/h i cieszyłam się w duchu, że zmieniłam opony na zimowe. Mimo tego mój mały samochodzik ciągle "zawiewało", tak że bałam się przyspieszyć, żeby nie stracić panowania nad kierownicą.

Inni kierowcy jakoś sobie radzili i szybko mnie wyprzedzali. Starałam się nie utrudniać nikomu jazdy, ale bałam się jechać szybciej.

I nagle pojawił się on, kierowca TIR-a w samej osobie. Jechał mi praktycznie na zderzaku, ale nie mógł wyprzedzić, bo jak na złość, z drugiej strony drogi ciągle jechały samochody. Zaczął strzelać długimi - inaczej tego nie mogę nazwać, bo było już ciemno, a mnie te światła oślepiały. Droga była kręta, więc w panice zwolniłam jeszcze bardziej, przestałam dostrzegać, gdzie jadę. Kierowcy to się nie spodobało, zaczął trąbić i włączył na dobre długie światła. Byłam tak spanikowana i zestresowana, że zatrzymałam się centralnie na drodze, włączyłam światła awaryjne i czekałam, aż mnie w końcu wyprzedzi, jeśli już będzie mógł. Zrobił to, ale bez przerwy trąbił.

I teraz zastanawiam się, czy faktycznie miał prawo zrobić to, co zrobił i czy ja mogłam coś w tej sytuacji zrobić. Nie wiem, czy da się gdzieś to zgłosić. Zupełnie nie rozumiem, czemu ktoś myśli, że jak użyje długich świateł, to ktoś przyspieszy, kiedy właśnie na mnie to działa odwrotnie, bo jestem oślepiana.

Znajomi radzą, bym w nocy ustawiała lusterka w taki sposób, by nie widzieć, co się dzieje za mną (uważam, że to niebezpieczne, ale dużo osób tak robi) i żebym ignorowała jakiekolwiek sygnały świetlne, po prostu jadąc tak jak zawsze. Ludzie na drogach przerażają mnie swoją bezmyślnością.

#pCTYr

Moja babcia całe życie spędziła na głębokiej wsi. To było skrajnie biedne, surowe i proste życie, z zasadami, które nie zmieniły się od wielu lat. Woda czerpana ze studni, w niedzielę do kościoła i jedyna rozrywka to odwiedziny wnuków. Dość rzec, że pierwszy raz była w mieście powyżej 20 tys. mieszkańców gdy miała 75 lat i zabrałam ją na wycieczkę do Gdańska. Wtedy pierwszy raz widziała tramwaj i jechała pociągiem. Przez to wszystko babcia miała bardzo staroświeckie poglądy.

Gdy skończyłam 16 lat, zaczęła delikatnie wypytywać o jakiegoś "kawalera". No nie kręcił się żaden. 2 lata później wypytywała już bardziej stanowczo. Cierpliwie tłumaczyła, jak ważne jest zamążpójście. Ja te opowieści puszczałam mimo uszu - właśnie dostałam się na studia i co innego było mi w głowie :)

Temat jednak wracał jak bumerang, a babcia, im byłam starsza i ciągle bez kawalera, tym bardziej zdawała się być zaniepokojona. W pewnym momencie nawet miałam chłopaka, ale nie chciałam go babci przedstawiać - to nie był ten etap związku, by planować szybki ślub. A tak by pewnie było, gdyby babcia go poznała.

W wieku 24 lat pojechałam na kilka dni do babci na tzw. "agrowczasy" :) Babcia była bardzo zadowolona - miała dla mnie niespodziankę. Wieczorem odwiedzi nas Janek, syn sąsiadów zza miedzy!
"Wiesz, Kasiu, za piękny to on nie jest. Zbyt lotny też nie. Ziemi też mają niewiele, ale jak połączymy z moją, to wam wystarczy. A to dobry chłopak, pracowity i na pewno nie będzie cię bił. A ty w twoim wieku już wybrzydzać nie możesz".
Babcia była tak szczęśliwa, że nie miałam serca podziękować jej za taką "okazję". Chłopak przyszedł z mamą. Był naprawdę miły, choć mocno nieśmiały. Kobiety nazywał "sarenkami". Nie bardzo mieliśmy o czym rozmawiać, na szczęście przez cały wieczór ktoś nam towarzyszył (przyzwoitka).

Po akcji podziękowałam grzecznie za "okazję". Babcia była niepocieszona, nie rozumiała, dlaczego nie chcę z niej skorzystać. A najgorzej, gdy rok później była na weselu Janka - ożenił się z dziewczyną z sąsiedniej wsi. Ja wciąż byłam sama. To wtedy babcia wzięła mnie na "ostateczną rozmowę". Usłyszałam takie słowa: "Kasiu, ja nie nadążam za nowoczesnym światem, w którym żyjesz. Ale chcę, byś była szczęśliwa. I akceptuję cię taką jaka jesteś. Już dawno się domyśliłam, dlaczego nie masz narzeczonego. Przedstawisz mi swoją dziewczynę?".

To były najbardziej niesamowite słowa, jakie usłyszałam. Wynikające z kompletnego niezrozumienia sytuacji (byłam sama, bo tak mi pasowało, a nie dlatego, że wolałam dziewczyny), za to pokazujące jej bezwarunkową miłość, silniejszą niż poglądy i rzeczywistość, w jakiej ta kobieta żyła przez ponad 80 lat.

Babcia zmarła rok później. Żałuję, że mojego Krzyśka poznałam dopiero po jej śmierci. Wiem, jak bardzo by się ucieszyła.

#mE9sY

Jestem policjantką. Niedawno zostałam zmieszana z błotem, wyzwana od nieczułych służbistek za wlepienie mandatu starszej pani za przechodzenie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Kobieta przechodziła dość ruchliwą ulicę, przeszła przez jej środek na skos, po czym, już chodnikiem, doszła do miejsca, w którym są pasy. Tak więc nie zyskała na tym zupełnie nic, a stworzyła tym samym duże zagrożenie nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Gapie biadolili, że my serca nie mamy, że to starsza osoba, że na chleb czy lekarstwa teraz mieć nie będzie. Pewnie Wy też myślicie, że mogłam jej dopuścić? Otóż nie, a dlaczego? Już Wam opowiem.

To było kilka miesięcy temu, dostaliśmy zadanie zabezpieczanie miejsca wypadku drogowego. Śmiertelnego. Młody człowiek, praktycznie tyle co odebrał prawo jazdy, potrącił starszego pana na środku drogi szybkiego ruchu. Nie przekroczył dozwolonej prędkości, nie szalał, nie szarżował, po prostu jechał. Tego pieszego nigdy tam nie powinno być, kawałek dalej było przejście podziemne, które umożliwiało bezpieczne przejście na drugą stronę. Nie było tu winy kierowcy, nie było nawet rozprawy w sądzie. Ten młody człowiek nie mógł zupełnie nic zrobić, żeby uniknąć tego zdarzenia. A ja już wtedy wiedziałam, że jego twarzy i przerażenia na niej tak łatwo nie zapomnę. Jak się później okazało, to jeszcze nie był koniec tej historii.

Parę dni temu dostaliśmy kolejne zgłoszenie. Ktoś znalazł na strychy kamienicy młodego człowieka, powieszonego. Przybyliśmy z partnerem pierwsi na miejsce, żeby zabezpieczyć teren do przyjazdu kryminalnych, wydawało się to rutynową sprawą, nie raz już przyjmowaliśmy takie zgłoszenia. Tego człowieka obydwoje poznaliśmy od razu. Był to ten sam młody kierowca, który wtedy śmiertelnie potrącił człowieka.
Znaleźliśmy też list pożegnalny. Przepraszał w nim swoich rodziców, pisał, że nie jest w stanie dłużej żyć ze świadomością, że zabił człowieka. Miał zapewnioną pomoc psychologa, ale to nie pomogło. W dniu śmierci nie miał jeszcze skończonych nawet 19 lat.

I teraz wszyscy obrońcy tej starszej pani, postawcie się na moim miejscu. Choć jestem doświadczoną policjantką, widok tego chłopaka mam do dziś przed oczami. Wiem, jak wiele osób musi sobie radzić z taką samą traumą jak on, część podobnie jak on, nie daje rady. I nie pomaga świadomość, że jest się niewinnym, że nie było się w stanie nic zrobić. Świadomość, że się komuś odebrało życie potrafi człowieka zniszczyć.
A co jeżeli ta starsza pani, albo ktokolwiek inny, nie będzie miał za co kupić jedzenia, bo dałam mu mandat? Bardzo dobrze! Może następnym razem pomyśli zanim zrobi to samo, wyciągnie wnioski i mniej ludzi będzie musiało żyć ze świadomością, że zabiło drugiego człowieka...

#kvfZI

W dzieciństwie pojechałem z rodzicami pierwszy raz nad morze, rodzice specjalnie kupili wtedy aparat cyfrowy, co w tamtych czasach nie było czymś tanim i powszechnym. Przez całe 2 tygodnie pstrykali wszystkiemu zdjęcia i uzbierali niezłą pamiątkę.

Gdy wracaliśmy już znad morza, zacząłem oglądać zdjęcia z aparatu. Postanowiłem zobaczyć jaki rozmiar i jakość miały zdjęcia. Dopiero w ustawieniach znalazłem pewną opcję, która nazywała się format. Uznałem, że jeśli w to kliknę, to pojawi mi się format tych zdjęć, czyli wszystkie informacje. Kliknąłem w to, aparat się wyłączył, a gdy go włączyłem nie było już zdjęć...

Musielibyście zobaczyć minę rodziców, kiedy wróciliśmy do domu.

#OdBW2

Jako dziecko byłam zamkniętym w sobie brzydkim beztalenciem. Tak więc gdy pierwszy raz poszłam do szkoły, rodzice wpadli na genialny pomysł przywłaszczenia sobie innego dziecka. Upatrzyli sobie koleżankę z mojej klasy (ładną, utalentowaną, dobrze się uczącą) i postanowili ją zaadoptować. Zaadoptować? No nie do końca. Miała ona sześcioro starszych braci, więc jej mama wpychała ją do nas kiedy tylko miała okazję, by choć trochę odpocząć. Takim sposobem Ola przebywała u nas prawie codziennie. Gdy Ola szła na jakieś zajęcia, ja musiałam iść z nią. Wszystko tylko po to, by rodzice mogli traktować ją jak własną córkę. Zawsze przed i po tych lekcjach brali Olę do naszego domu, by odrobić lekcje czy zjeść obiad. Czułam się okropnie. Zawsze gorsza od niej, bo nigdy nie chciałam uczestniczyć w żadnych z tych dodatkowych lekcji. Nigdy nie starałam się być lepsza i nigdy mi na tym nie zależało. Zależało mi tylko na miłości rodziców.
W dni kiedy nie było u nas Oli, mama mnie biła, gdy pytałam o pomoc w pracy domowej, a o obiedzie mogłam jedynie pomarzyć.

Czara goryczy przelała się jednak kiedy w naszej lokalnej telewizji natrafiłam na reportaż o swojej szkole. Zaciekawiło mnie to, bo może akurat pokazaliby jakiś fragment ze mną lub kimś z mojej klasy. Okazało się jednak, że reportaż był na temat festiwalu dla rodzin, który się tam odbywał. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ekranie zobaczyłam swoich rodziców oraz Olę (w roli ich córki) mówiących o tym, jak rodzina jest najważniejsza i takie imprezy są potrzebne.
Nie wiedziałam, że tam byli. Nie wiedziałam, że zabrali ją na ten festiwal, kiedy ja siedziałam w domu sama.
Gdy ich o to zapytałam tylko się zaśmiali.
Następnego dnia pobiłam Olę tak bardzo, że jej mama zabroniła nam się spotykać.

#uq7x1

Jestem początkującym psychiatrą, jeszcze nie „osłuchałem się” z różnymi dziwnymi wypowiedziami pacjentów, dlatego kiedy dzisiaj jeden z nich zaczął mi wygrażać, że „się znielubimy”, jeśli nie przestanę przystawiać się do Shakiry, bo to jego narzeczona, nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Zarobiłem w zęby.

#32OJV

Będąc w gimnazjum, zostałam oskarżona o kradzież w szkole.

Jednego dnia zostałam wezwana podczas lekcji do dyrektorki. W gabinecie czekała na mnie większość nauczycieli, w tym moja wychowawczyni. Między nimi stała dziewczyna młodsza ode mnie o dwa lata (mieliśmy łączone gimnazjum z podstawówką, ja byłam w drugiej klasie). Pierwsze co usłyszałam, to że jestem złodziejką i ukradłam tej dziewczynce 300 złotych przeznaczonych na wycieczkę. Będąc w szoku, nie potrafiłam wypowiedzieć nic poza "Ale jak to?". Coraz bardziej natarczywie zaczęli na mnie wywierać presję, że mam się przyznać. W końcu usłyszałam wersję dziewczyny. Opowiedziała, że w czasie przerwy napadłam na nią w toalecie i kazałam oddać jej wszystkie pieniądze. Spojrzałam na nią w szoku, i stwierdziłam, że nigdy w życiu jej nie widziałam. Wszyscy zarzucili mi kłamstwo (należałam do problematycznych uczniów). W tym momencie usłyszałam od młodej słowa, których nie zapomnę. Spojrzała mi prosto w twarz, i z oczami pełnymi łez pisnęła "Przyznaj się w końcu i oddaj pieniądze, pani powiedziała, że nie poniesiesz konsekwencji". W tym momencie się rozpłakałam i stamtąd wybiegłam.

Przez następne dni było prowadzone ''śledztwo'' nauczycieli i przejrzenie kamer, żeby tylko mogli udowodnić moją winę. Przez ten czas byłam traktowana jak zero. Jedynym dobrym aspektem był fakt, że moi rodzice mi wierzyli całym sercem.

W końcu wyszło na jaw, że nigdy nie spotkałam w toalecie się z tą dziewczynką sam na sam. Ona te pieniądze wydała w sklepiku oraz uznała, że oskarżenie mnie będzie najlepszą opcją. Dlaczego? Bo zawsze miałam dużo pieniędzy przy sobie i mogłam jej oddać, a na dodatek miałam słabą opinię.

Mimo upływu lat, dalej mam żal do nauczycieli za zaistniałą sytuację. Nikt z nich mi nie uwierzył, wszyscy oparli się na wersji bezproblematycznej dziewczynki.
Nigdy nie usłyszałam przeprosin.

#xgWKD

Rozstałam się z facetem. Byliśmy razem 4 lata. Każdy mówi, że mamy do siebie wrócić, bo mamy dziecko i jak to wygląda. Tylko że ja już nie chcę. Jest mi super samej z córką. Były chce wrócić, bo musi teraz robić wszystko sam i nie ma niczego podanego pod nos.
Ja to widzę tak: jak byliśmy razem, to na początku było fajnie, a później coraz gorzej. Jak ja czegoś potrzebowałam, to był zmęczony. Telefon zadzwonił i już go nie było. Dziecko się urodziło - jego też nie było. Zero rozmów, zainteresowania. Nigdy nie było na nic pieniędzy albo czasu.

Bez niego mam mniej roboty i dobrze mi z tym. Teraz żyję jak chcę.

#vRoq8

Mój teść jest obrzydliwy. Wszystkie memy o Januszach przy nim to pestka. Pomijając fakt, że nie jest zbyt miły, to z higieną również u niego na bakier.

Rozumiem, że ktoś może się umyć niedokładnie, ale on myje się przez godzinę i dalej od niego brzydko pachnie. Antyperspirant czy dezodorant? On nie zna nawet tych słów, a co dopiero mówić o użyciu. Kilka razy widziałam jak grzebie w uchu, a następnie wącha swoje "wykopalisko". Papier toaletowy też jest mu zbędny. On tyłek wsadza pod prysznic - szkoda tylko, że nie umyje po sobie kabiny czy brodzika i muszę to oglądać i sprzątać, bo "książę sedesu" tego nie zrobi. Najgorsze jest jednak to, że wyciera się naszymi ubraniami leżącymi w koszu na pranie - takie plamy ciężko sprać, kilka ubrań trzeba było wyrzucić, bo do niczego się po praniu nie nadawały.

Rozmowy nic nie dają, on w tym nic niestosownego nie widzi. Czasami marzy mi się pójść do jego pokoju, wziąć jego ubranie i normalnie w jego obecności nasrać mu na nie. Ot, takie marzenie.
Dodaj anonimowe wyznanie