Mam nietypową traumę, bynajmniej nigdy o niej nie słyszałem.
Gdy słyszę dźwięk domofonu, dzwonka do drzwi lub pukania do drzwi wejściowych do mieszkania, moje serce zaczyna bić jak szalone ze strachu. Jeszcze nie daj boże niech to się wydarzy w nocy, to mam ochotę uciec, zapaść się pod ziemię. Spytacie dlaczego?
Wszystko przez mojego eksojczyma i moją matkę.
W czasach gimnazjum ojczym dużo pił i się awanturował. Zdarzało się, że nie miał kluczy, a matka nie chciała mu otworzyć drzwi, albo był tak pijany, że sam nie potrafił ich otworzyć, to w nie walił. Z domofonem jest podobnie, z tym że to było po sytuacji z policją, która u nas była. Musieli go wynieść z mieszkania i kazali wrócić na drugi dzień trzeźwo, niestety nic z tych rzeczy. Przez kilka godzin było okej, cisza i spokój, udało mi się jakoś zasnąć, aż tu nagle boom... dzwonek od domofonu zaczął dzwonić jak szalony (i nie, nie dało się go wyłączyć). Tamtej nocy wszystko się zaczęło i to wszystko siedzi we mnie do dziś. Od tamtej pory boję się dźwięku domofonu, dzwonka i pukania do drzwi.
Minął już jakiś czas od tamtych strasznych lat w moim młodym życiu, z ojczymem się jako tako pogodziłem, matce wybaczyłem, że pozwalała, bym w takim patologicznym otoczeniu dorastał, ale ta cała trauma nie odeszła.
Jakieś dwa lata temu w środku nocy, ktoś (później się okazało, że jakieś pijane małolaty) zaczął walić w moje okna z całej siły. Gdy się przebudziłem myślałem, że umrę ze strachu, a serce mi wyleci. Miałem chęć ryczeć (!) i wołać o pomoc rodzica (miałem 22 lata...), tak się tego przestraszyłem.
Nie wiem jak pokonać ten strach, boję się, że jeśli będę miał rodzinę kiedykolwiek, to wezmą mnie za leszcza, że boję się dźwięku dzwonka, domofonu czy też pukania do drzwi.
Aktualnie nie mam dzwonka zamontowanego do drzwi, domofon wyłączony. Gdy ktoś znajomy chce do mnie przyjść, każę mu dzwonić na telefon lub dać wcześniej znać, że będzie o tej i o tej godzinie, wtedy jestem spokojny i otwieram drzwi bez problemu. Jeśli ktoś puka bez zapowiedzi, nie ma szans bym otworzył. Wtedy uciekam do pokoju, zamykam się w nim i trzęsę się ze strachu.
Nienawidzę tego w sobie.
Ostatnimi czasy wyprowadziłam się w mojej rodzinnej miejscowości do miasta położonego ok. 60 km dalej. Niedawno przyjechała do mnie moje babcia, która miała wizytę u lekarza w moim mieście. Wizyta ustalona była o dość wczesnej porze, więc babcia stwierdziła, że przyjedzie do mnie dzień wcześniej, aby następnego dnia nie tłuc się autobusem o 4 rano.
Pierwszy dzień minął znośnie, a muszę przyznać, że babcia jest bardzo wścibska i ciekawska, przez co ciężko znieść jej towarzystwo.
Drugiego dnia musiałam iść do pracy, a babcia na wizytę. Powiedziałam babci, że jak wróci od lekarza, ma niczego nie ruszać, tylko na mnie czekać.
Niestety gdy dotarłam do domu, czekała na mnie niespodzianka.
Moja kochana babcia wyrzuciła wszystkie koronkowe stringi, poszła na targ i kupiła mi kilka typowych par babcinych majtek wielkości spadochronu, bo cyt." Moja wnuczka nie będzie chodziła w gołą dupą na wierzchu". Miałam ok. 35 stringów, większość firmowych, które niemało kosztowały.
Kocham Cię, babciu...
Tak mi się noworocznie przypomniało moje największe pozytywne zaskoczenie z lat studiów.
Lata temu, ostatnie w roku ćwiczenia z chemii na uniwersytecie. Cisza, bo prowadzący słynie ze swej ostrości, człowiek legenda, wzbudza strach u każdego studenta.
Prowadzący omawia ćwiczenie:
- Jak państwo widzą, tę ciecz wprowadzamy tutaj, dodajemy to, podgrzewamy, przepuszczamy. Otrzymaną ciecz proszę rozlać do tylu menzurek, ilu jest uczestniczących w ćwiczeniach. Wszyscy mają?
Prowadzący podnosi menzurkę, błogi uśmiech pojawia się na jego twarzy.
- No to szczęśliwego nowego roku, panowie!
Parę lat temu zostałem zaproszony na dziką domówkę. Alkohol lał się strumieniami, a w powietrzu unosiła się mocna woń palonych przez towarzystwo, ekhm, papierosów. Było bardzo przyjemnie, aż do momentu, kiedy zadzwonił domofon. Okazało się, że jedna z wrednych sąsiadek, która oczywiście wcześniej bardzo grzecznie została powiadomiona o imprezie, postanowiła mimo wszystko zadzwonić po stróżów prawa, aby zepsuć nam zabawę.
Przeraziłem się, bo miałem wtedy pewne kłopoty z prawem – parę tygodni wcześniej wbrew mojej woli wziąłem udział w bójce i zostałem obarczony odpowiedzialnością za uszkodzenie agresorowi szczęki. Bałem się, że mandat może bardzo źle wyglądać w moich „papierach” podczas szykującej się wtedy rozprawy sądowej, która miała mnie w najbliższych dniach czekać. Niewiele więc myśląc, wylazłem przez okno i usiłowałem uciec z mieszkania. Skończyło się na tym, że zleciałem na beton i złamałem sobie nogę w dwóch miejscach.
Tymczasem policjanci byli ponoć bardzo mili i uprzejmie poprosili o ściszenie muzyki, życząc towarzystwu udanej zabawy…
Pieprzę swoją sąsiadkę, która jest pijaczką. Nie jestem z tego dumny. W sklepie raz poprosiła mnie, żebym jej kupił butelkę wódki. Kupiłem i jej dałem, jeszcze głupi do domu zawiozłem. W samochodzie chwyciła mnie za krocze i powiedziała, że może mi dać kasę za wódkę albo zrobić dobrze. Nie jest młoda, ma około 50., ale jak na pijaczkę nieźle wygląda. Wybrałem opcję numer dwa...
No i tak jakoś wyszło, że ja jej przywożę alkohol, bo napruta ciągle i sprzedać nie chcą, w zamian za obciąganie albo jakieś szybkie dupienie.
Ma męża, ale nigdy go w domu nie ma, widziałem gościa może z 4 razy, a mieszkam tutaj 12 lat.
Mieszkają w ładnym domku, ale zaniedbanym. Babka nic tam nie robi, tylko chleje i w wannie siedzi, pewnie kiedyś się utopi.
Chociaż tyle, że czysta.
Wpadam kiedy chcę, czasem na nieprzytomka dupię i zostawiam flaszkę.
Jestem złym człowiekiem.
Muszę się wygadać, niestety nie wypada mówić takich rzeczy mojej rodzinie czy znajomym, otóż jestem zazdrosna o moją najstarszą córkę.
Gdy jeszcze mieszkała z nami, była - delikatnie mówiąc - słabo ogarnięta, żyła jakby w innym świecie, miała kiepskie oceny i trzeba jej było załatwiać korepetycje, które nie dawały jej dużych efektów. W pokoju wiecznie wielki bałagan i wszelkie upominania o sprzątnięcie bajzlu nic nie dawały.
Natomiast od kiedy się przeprowadziła jakieś pół roku temu, wszystko robi lepiej ode mnie! Przez co jestem ciągle do niej porównywana.
W mieszkaniu zawsze ma czysto, nawet gdy robimy niezapowiedzianą wizytę.
Jak to ona mówi? "Sprzątanie na bieżąco dużo pomaga".
W jej szafie panuje idealny porządek, a utrzymanie porządku w tym miejscu to był dla niej największy problem.
Kiedy ona się nauczyła tak gotować!? Gdy wpada do nas na weekendy, ona postanawia coś ugotować, i to prawie zawsze coś nowego. Mój mąż i jej rodzeństwo o dziwo z wielką chęcią to jedzą, a mają bardzo wybredne podniebienia. Niejednokrotnie sama mam zagwozdkę co im ugotować, by wszystkim smakowało.
Wszelkie przepisy, które ja ją nauczyłam, również robi lepiej!
Później słyszę dlaczego nie zrobiłam czegoś jak ona, przecież to było lepsze!
Jej facet, ideał, pomaga jej w mieszkaniu, kocha ją, nie ma nałogów, dobrze wykształcony, z dobrą przyszłością i świetnie zabezpieczony finansowo.
Przeciwieństwo mojego męża, u którego odnoszę wrażenie, że im starszy, tym głupszy.
Ostatnia rzecz, która jest dla mnie zagadką - jej figura. Wszystkie kobiety z mojej rodziny są bez wcięcia w talii, a ona ma figurę klepsydry. Jak to możliwe?
Jedynym powodem, dla którego wiem, iż nie została podmieniona, to że jest do mnie podobna z twarzy.
Wcześniej przez jej dziwne zachowania myślałam, że ma problemy psychiczne.
Po przeprowadzce to zupełnie inna osoba. Sprawia wrażenie, jakby wiedziała co robi.
Nie wiem, czy mam to traktować jako sukces wychowawczy czy porażkę, ponieważ ogromna zmiana nastąpiła chwilę po przeprowadzce.
Wróciłam właśnie ze sklepu i nie mogę przestać się śmiać.
Po pracy podjechałam na szybkie zakupy, a że się spieszyłam, to już kilka metrów od samochodu kliknęłam automatyczne otwieranie bagażnika. Samochód stał przodem do sklepu, więc nie widziałam co się z nim dzieje.
Okazało się, że jakiś chłopak postanowił ukryć się za autem i zwyczajnie wysikać. Problem w tym, że na dźwięk otwieranego bagażnika przestraszył się, podniósł głowę i oberwał klapą w dziób, po czym wpadł w krzaki i nie mógł się pozbierać, a jego przyrodzenie dyndało nad spodniami. Po czym wstał czerwony jak burak, przeprosił i odszedł :D
Siedzimy sobie z mamą w pokoju i oglądamy telewizję. Nagle dzwonek do drzwi, mama idzie sprawdzić przez wizjer, któż to się do nas dobija. Ledwo zobaczyła, syknęła na mnie, żebym szybko zgasił telewizor i się nie odzywał. Zaciekawiony podszedłem do drzwi i przez "judasza" zobaczyłem dwóch ministrantów, na oko w wieku wczesnej podstawówki. Sterczymy tak sobie w milczeniu jakiś czas (co było trochę absurdalne, moim zdaniem można by ich po prostu odprawić, ale matka zawsze woli udawać, że nas nie ma w domu), aż nagle słyszymy taką oto rozmowę:
- Tu chyba nikogo nie ma.
- Nie, są, słyszałem włączony telewizor i kroki, dopiero potem wszystko ucichło. Dlaczego nie mogą po prostu otworzyć i powiedzieć, że nie przyjmą księdza? Naprawdę myślą, że my nie zdajemy sobie sprawy, że udają, że ich nie ma w domu? Dojrzałość na poziomie dzieci z przedszkola normalnie...
Po usłyszeniu końcówki dostałem takiego ataku śmiechu, że matka dała mi szlaban na komputer na tydzień. Co w tym anonimowego? No chyba to, że nie mogę nikomu o tym opowiedzieć, bo zagroziła mi, że jeśli tylko komuś o tym wspomnę, przedłuży mi zakaz o pół roku. Nie wiem już, co jest bardziej absurdalne: jej zachowanie podczas kolędy czy powód mojej kary.
Nienawidzę swojego ciała i życia w demonach przeszłości. Niełatwo napisać mi to wyznanie, bo gdy pomyślę o przeszłości, to mam łzy w oczach, ale chcę się w końcu tym podzielić.
Zacznijmy od początku. Kilkanaście lat temu na świat przyszło maleństwo, które od początku było przekarmiane, przez co miało ogromny apetyt. Jego rodzice wręcz szczycili się wśród znajomych, że wszystkie dzieci to niejadki, a ich bombelek zajada za dwóch! Dziecko pojone złymi nawykami żywieniowymi, nauczone od małego opychania się chipsami, słodyczami i tłustą kuchnią w wieku 14 lat dobiło do wagi ponad stu kilo.
Szydzenie w szkole, nawet ze strony nauczycieli, to standard. Wieczna dyskryminacja, bo co może potrafić/wiedzieć taki grubas, przecież tłuszcz już dawno przysłonił mu mózg. Rodzice nie reagowali na uwagi lekarza, powtarzali, że: "Co z tego, że jest otyła? Wyrośnie!".
Tym dzieckiem byłam ja, teraz osiemnastoletnia dziewczyna, która podjęła samotną walkę z otyłością. Zmieniła swoje nawyki żywieniowe, słodycze zastąpiła owocami, tłuste posiłki na gotowane warzywa, kurczaka i ryże. Z pomocą internetu i różnych poradników ekspertów starała się ułożyć dietę bogatą we wszystkie witaminy i potrzebne składniki odżywcze. Jazdę autobusem zastąpiła przejazdami rowerem bądź spacerami, a nudne siedzenie przed telewizorem treningami.
Nie było łatwo, często pokusa zwyciężała, zwłaszcza w trakcie świąt, przez co starałam się ćwiczyć więcej, aby spalić dodatkowe kalorie.
W ciągu niespełna 3 lat udało się zrzucić ponad 50 kilogramów. Można rzec, że powinnam być dumna, tak jak i moje otoczenie, ale jest wręcz odwrotnie.
Nienawidzę swojego ciała. Całej ohydnej, obwisłej skóry, pełnej rozstępów. Jest wszędzie, na udach, ramionach, brzuchu, o sflaczałym biuście nie wspomnę. Moje ciało przypomina bardziej ciało kobiety, która urodziła kilkoro dzieci, a nie nastolatki.
Mimo że w ubraniu wyglądam całkiem dobrze i noszę rozmiar S, to kiedy spojrzę na nagie ciało, to chce mi się płakać.
Przez dręczenie mnie w przeszłości jestem dosyć nieśmiała, boję się kontaktu z ludźmi. Nie mam wielu przyjaciół, a co dopiero chłopaka. Który by zechciał kobietę z ohydnym ciałem, nie oszukujmy się...
Wyzwiska nadal się nie skończyły, kiedy wstawiam jakieś zdjęcia na FB, ludzie z którymi nie widziałam się dobre 5 lat potrafią napisać: "Hej grubasie, myślisz, że jak zrzuciłaś sadło, to przestaniesz wyglądać jak maciora?".
Nienawidzę tych ludzi z całego serca, tak samo potrafią nadal szydzić ze mnie starzy znajomi na ulicy...
Nigdy nie wyjdę na plażę w bikini, nie założę krótkiego topu czy spodenek. Zanim pójdę do pracy minie kilka lat, a potem kolejne kilka na uzbieranie pieniędzy na zabieg usunięcia skóry.
Rodzice się mną nie interesują od 6 lat, a mi nie chce się już żyć w tym ohydnym ciele.
Nie mogę usnąć, leżę i myślę o pożarach, które trawią Australię. Giną zwierzęta i ludzie.
Pamiętam pożar, który wybuchł w naszym domu 23 lata temu w nocy. Obudziłam się nad ranem i za oknem zobaczyłam pomarańczowe światło. Usłyszałam huk, bo sufit na piętrze się zawalił. Pobiegłam obudzić wszystkich w domu. Wybiegliśmy przed dom. Przyjazd karetek, straż pożarna. Zginął wujek i mój pies.
Pierwsza noc w domu u znajomych - w oknach były pomarańczowe rolety, które sprawiały, że krzyczałam w nocy.
Potem smród pogorzeliska, nic się nie uratowało.
Tułaczka.
Po około 2 latach wszystko wróciło do normy na tyle, że rzadko wracałam do tych wspomnień, rzadko też o tym rozmawialiśmy.
Życie toczy się dalej.
W tamtym roku ktoś przez przypadek u mnie w pracy włączył alarm przeciwpożarowy. Do ćwiczeń przeciwpożarowych zawsze byliśmy przygotowani i mówiono nam wcześniej, że takie się odbędą. Tym razem widziałam spanikowanych pracowników, bo nikt nie wiedział co się dzieje. Ja stałam na swoim stanowisku i mimo że wyparłam to co przeżyłam w dzieciństwie, tym razem dostałam napadu paniki. Nogi jak kołki i nie mogłam się ruszyć. Zachciało mi się sikać i wymiotować. Serce biło mi jak oszalałe i cała się trzęsłam. Nie wiedziałam co robić. Alarm wył coraz głośniej, wszyscy wychodzili do wyjść ewakuacyjnych.
Nie wiem, czy to był instynkt samozachowawczy czy coś podobnego, ale wmówiłam sobie wtedy, że to przerwa i muszę iść zapalić. Starałam się myśleć tylko o papierosie. Trzymałam w ręku papierosa i zapalniczkę i powoli szłam cała sztywna na parking. Alarm w mojej głowie był niesamowicie głośny. Miałam ochotę uciec. To było potworne uczucie, w głowie czułam tylko paniczny strach. Nie mogłam mówić, trzęsłam się. Na parkingu miałam nieopanowaną ochotę, żeby uciec. Musiałam czekać, aż przeliczą pracowników. Okazało się, że to był fałszywy alarm.
Nikomu o tym nie mówiłam w pracy. Nie miałam bliskiego kontaktu z nikim tam. Co miałam powiedzieć, przeżyłam pożar, mam napad paniki? Mam wrażenie, że nikt by tego nie zrozumiał i uznano by mnie za histeryczkę.
Smutno mi, jak patrzę na fotografie z Australii. Wiem, że gdybym tam była, nie uciekłabym. Pewnie sparaliżowałby mnie strach. Wyobrażam sobie, co czują ludzie w Australii, kiedy patrzą na czerwone niebo, to musi być okropne tam teraz być.
PS Po pożarze chodziłam do psychologa, wszystko było dobrze. Ale sytuacja w pracy uświadomiła mi, że mam problem.
Dodaj anonimowe wyznanie