Hoduję karaluchy, są mi potrzebne i przy okazji na nich eksperymentuję. Karaluchy jedzą każdą substancję pochodzenia organicznego. Owoce, warzywa, mięso. W tym mięso MOM i wysoko przetworzone wyroby mięsopodobne, papier, odpady kuchenne.
Słowem wszystko. Z wyjątkiem frytek z McDonalda. Nie, nie żartuję, jadły wszystko za wyjątkiem tych frytek. Domowej roboty frytkę zjadły momentalnie, a tej z restauracji nawet nie tknęły.
Ludzie zwykle źle znoszą samotność. Ja zaś... Byłem najszczęśliwszy, gdy byłem sam. Mam rodzinę, uwielbiam dzieciaki, ale marzę o tym, żeby nie musieć rozmawiać, uzgadniać, zawierać codziennych kompromisów, odpowiadać na SMS-y, odbierać telefonów, dostosowywać się do kogoś. Emerytura za ponad dwadzieścia lat, a ja coraz bardziej chciałbym nie musieć brać odpowiedzialności, chodzić do pracy, rozmawiać z ludźmi, mieć obowiązków. W domu zaś chciałbym ciszy, bycia samemu, pustej skrzynki na listy. Od czasu do czasu jasne - mógłbym się z kimś spotkać, ale rzadko i na chwilę.
Chcę wykopać z ogródka czaszkę mojego psa.
Ale po kolei.
Musicie wiedzieć, że mój dziadek był zapalonym myśliwym i cały dom zawsze był pełen czaszek i poroży. Jestem więc przyzwyczajony do widoku szczątków i nie brzydzą mnie. Dziadek miał psa, Kitę, która była zwykłym wioskowym kundlem, ale chodziła z nim na polowania. Zdechła, gdy ja chodziłem do przedszkola i została zakopana w naszym ogrodzie. Dziadek, przyzwyczajony do towarzystwa czworonoga, załatwił mi na urodziny szczeniaka od kumpla, któremu właśnie oszczeniła się suka. Od tamtego czasu Bursztyn był ze mną wszędzie.
Był moim przyjacielem przez ponad dziesięć lat, byliśmy nierozłączni. Muszę przyznać, że był kudłatą ciapą, bał się wystrzałów i odkurzacza. Zawsze chował się pod łóżkiem i potrafił nie wychodzić spod niego przez piętnaście minut po skończonym odkurzaniu. Dziadek był nieco rozczarowany, że pies nie będzie mu towarzyszył w lesie, ale kochał go równie mocno co ja.
Obaj zestarzeli się wspólnie. Dziadek nie żyje od dwóch lat.
Bursztyna też już nie ma. Odszedł spokojnie (był schorowany i razem z rodzicami zdecydowaliśmy się go uśpić) trzy miesiące temu. Zakopaliśmy go niedaleko Kity. To, co nie daje mi spokoju, to fakt, że nie mam po nim żadnej pamiątki. Nawet obroży. Nie miał żadnych zabawek, a legowiska pełnego sierści nie będę trzymał.
Czasem nadal mi się wydaje, że gdy wejdę do domu, Bursztyn podbiegnie do mnie, by się przywitać. Kusi mnie myśl, by wykopać czaszki Kity i Bursztyna i trzymać je w domu.
Wiem, że gdybym komukolwiek o tym powiedział, uznaliby mnie za nienormalnego. Sam nie wiem jak się do tego zabrać, wiem jedynie, gdzie oboje leżą. Wydaje mi się, że w ten sposób przestanę tak tęsknić, a śmierć mojego psa stanie się wreszcie w jakiś sposób realna.
Nigdy się nikomu nie przyznam, że wpadłam z ojcem mojego męża. Mam ochotę się zabić.
Jestem 25-letnim facetem, metalowcem, mam 190 wzrostu i trochę ciałka, dziary, włosy do ramion i brodę. Ubieram się głównie w ciemne rzeczy, od postronnych osób często słyszę, że wyglądam "strasznie". Nie robi to jednak na mnie wrażenia, bo z usposobienia jestem spokojną, miłą osobą. Wiedzą o tym moi najbliżsi i to w zupełności wystarczy. Niestety otoczka "satanisty-kotożercy" robi swoje i cały czas muszę się liczyć z krzywymi spojrzeniami czy babinkami czyniącymi znak krzyża na mój widok.
Gram na basie, słucham cięższych brzmień. Zazwyczaj.
Jak każdy miewam czasem ochotę na coś kompletnie nie w moim stylu i guście. Coś, o co nikt by nawet nie posądzał. W moim przypadku jest to nawet dla mnie samego niezrozumiałe zamiłowanie do pewnego żeńskiego zespołu k-popowego.
Właściwa sytuacja: wsiadłem sobie ja, cały w czerni i skórach, z wiecznie niezadowoloną miną do zatłoczonego autobusu, zająłem wolne miejsce na czwórce, gdzie siedziała już kobieta w średnim wieku z kilkuletnim dzieckiem na kolanach i siwa babinka, obie wyraźnie nie były zachwycone moim towarzystwem. Zignorowałem to jednak i założyłem słuchawki, aby posłuchać sobie nowej piosenki w wykonaniu piszczących dziewczyn. Dźwięk brzmiał dziwnie, jakby głucho, ale nie przejąłem się tym. Z każdą chwilą dostrzegałem coraz więcej zaskoczonych spojrzeń zwróconych w moją stronę. Dopiero mały chłopiec siedzący na kolanach swojej mamy naprzeciwko mnie spojrzał na kobietę i zapytał, dlaczego ten pan puszcza z telefonu jakieś dziwne piski, skoro ma słuchawki. Tak, miałem słuchawki, ale przez cały czas nie zorientowałem się, że nie są podłączone.
I cały czar groźnego chłopa prysł...
Nie wiem, czy pasuje na anonimowe, ale wyznanie to wyznanie.
Strasznie irytują mnie matki, które w wieku 20 kilku lat mają już trójkę dzieci (lub więcej) i co chwilę wrzucają posty typu: jaka jestem zmęczona życiem, matka 24/7, ile to ja mam pracy przy dzieciach, matka cierpiętnica itp. Nie rozumiem tego - decyduję się na pierwsze dziecko (albo to po prostu wpadka), widzę wówczas, że pracy przy nim jest sporo. Decyduję się na kolejne (albo kolejna wpadka - spoko, zdarza się) i widzę, że pracy jest jeszcze więcej. Wobec tego może warto przemyśleć, czy chcę mieć kolejne? Po co tak publicznie obnosić się ze swoją niedolą? Czy wszyscy wokół powinni takiej matce współczuć? Czy to kwestia jakiegoś dziwnego przechowalnia się? A może powód do podziwu? Nie rozumiem.
Historia z dzieciństwa. Miałam wtedy 8-9 lat (lata 90., więc brak filmików na YouTube) i pojechałam do babci na wakacje. Babcia mieszkała na wsi w sporym domu z gankiem. Towarzystwa babci dotrzymywały wiekowe zwierzęta: kot i pies.
W tym okresie wszystko mnie interesowało, a przyroda najbardziej. Pewnego razu zauważyłam kota zeskakującego z drzewa po nieudanej pogoni za jakimś ptakiem i chciałam zrozumieć, jak to koty robią, że zawsze spadają na cztery łapy. Wzięłam więc kota babci (był dosyć ciężki), podniosłam najwyżej jak mogłam i puściłam. Spadł za szybko, bym cokolwiek zaobserwowała, więc próbowałam zwiększyć wysokość. Weszłam na odwrócone wiadro, na taczki, taczki z wiadrem w środku. Wreszcie weszłam na ganek i stamtąd kota zrzuciłam na ziemię. Nie było wysoko, ganek znajdował się około 1,5 m nad ziemią, trzymałam kota przed sobą, bo nad głowę nie byłam w stanie go podnieść, razem 2,5 m. Wtedy wreszcie udało mi się zauważyć ruch, jaki kot wykonywał ogonem i plecami, by się odwrócić. Testowałam zrzucanie kota z ganku w różnych pozycjach i zawsze spadał na 4 łapy.
Jako dociekliwy badacz tajemnic przyrody postanowiłam wprowadzić do eksperymentu drugiego kota. Chciałam koty związać plecami, żeby sprawdzić, co się stanie: czy spadną na bok, czy jeden "wygra" i będzie łapami do dołu, a drugi łapami do góry. I tak rozpoczęła się akcja polowania na drugiego sierściucha. W okolicy ludzie mieli koty, ale to były takie wolno chodzące zwierzaki. Trudno było jakiegoś podejść, bo zazwyczaj uciekały. Przez kilka dni próbowałam, bezskutecznie. W końcu odwiedziła nas ciocia i przyjechała ze swoim kotem. Był to młody kot, o połowę mniejszy od tego, którego miała babcia. Wzięłam tego młodego kota, żeby się z nim pobawić. Niestety nigdzie nie mogłam znaleźć kota babci. Przeszukałam cały dom, podwórko i okolicę (z kotem na rękach, żeby i ten nie zwiał).
Niepocieszona musiałam wieczorem oddać cioci jej kota i eksperymentu nie przeprowadziłam. Wszyscy byli pewni, że tak bardzo kocham koty i chcieli mi jednego kupić, ale na szczęście tego nie zrobili. A kot babci? Okazało się, że tego dnia potrącił go samochód i już nie wrócił. Nigdy nie udało mi się dokończyć badań nad kotami, bo w międzyczasie objawiła mi się silna alergia na te zwierzaki. Trochę szkoda.
Mam bardziej owłosione sutki niż mój mąż. On zero włosów, ją w porywach po 3-4.
Dopóki pęseta nie pójdzie w ruch.
Gdy chodziłam do podstawówki, bawiłam się kredkami. Moja mama zastanawiała się, czy ze mną wszystko w porządku, bo które normalne dziecko bawi się kredkami? Ja jednak widziałam w nich coś więcej niż tylko kredki. Układałam je wg kolorów(np. zielone w jednej grupie, niebieskie w drugiej, nie pamiętam dokładnie jak dobierałam kredki w innych kolorach) i wyobrażałam sobie, że najdłuższa kredka z grupy to ojciec, trochę krótsza to matka, a mniejsze to dzieci. Mimo, że minęło już wiele lat od momentu, w którym skończyłam z taką zabawą, po napisaniu tego wyznania zamierzam wyłożyć kredki na stół i się nimi pobawić :)
Kiedyś poszedłem na imprezę w jednym z tych klubów, do których chodzenie utożsamiane jest z obciachem, ale i tak wszyscy faceci tam chodzą, bo można tam spotkać ładne dziewczyny. Tak powiadali. Jako że niedawno rozstałem się z narzeczoną, co to z nią planowałem wspólną przyszłość, gromadkę dzieci i domek z widokiem na bajoro, moi koledzy nie mieli problemu z namówieniem mnie.
Po kilku drinkach nabrałem śmiałości i zacząłem sobie wesoło pląsać w takt paździerzowego disco polo gęsto sączącego się z potężnych kolumn. I kiedy tak sobie podrygiwałem, nie wiadomo skąd znalazła się koło mnie całkiem niebrzydka niewiasta. Od razu między nami zaiskrzyło i chociaż Zenon Martyniuk zagłuszał nawet nasze myśli, elektryczne ładunki pomiędzy naszymi ciałami dosłownie strzelały. W końcu dziewczyna zarzuciła mi swoje wiotkie ramiona na szyję, zbliżyła się i… pocałowała mnie. Namiętnie. Serce zabiło mi prędzej, a aksamity głos Zenka nagle zwolnił i teraz rozbrzmiewał gdzieś w dalekim tle. Całowaliśmy się przez dobrych kilka minut. Następnie moja roztańczona nimfa dała gestem znać, że idzie na chwilę do koleżanek stojących przy barze.
Ja tymczasem, oszołomiony, z rumieńcami na policzkach, podturlałem się do moich kumpli podpierających właśnie jedną ze ścian. Jeden z nich, Maciek – słynący z seksualnych podbojów, amant właśnie o urodzie wczesnego Marlona Brando, chwalił się właśnie ilością „zaliczonych” na imprezach dziewczyn.
„A, ta, o tam...” - wskazał palcem na panią, z którą przed momentem spędziłem romantyczne chwile - „Andżelika się nazywa. Jest tu w każdy piątek. Lubi te sprawy, wiecie o co chodzi? No, to słuchajcie. Nie dalej jak 20 minut temu zrobiła mi loda w toalecie”.
Szybko wróciłem do domu, z trudem hamując mdłości...
Dodaj anonimowe wyznanie