Bardzo mało pamiętam z czasów zerówki i z całych lat 90., jednak ten dzień zapamiętam do końca życia. Jak każdego ranka moja mama przyszła mnie obudzić do szkoły. Już przy śniadaniu czułem, że nie czuję się zbyt dobrze, jednak moja rodzicielka uznała, że symuluję i zaprowadziła mnie do szkoły. Cały czas hamowałem się przed puszczeniem pawia, jednak w pewnym momencie nie wytrzymałem. Pierwszy chlust wymiocin wylądował na podłodze. A szykowało się tego jeszcze sporo. Jako że ja i moi koledzy i koleżanki mieliśmy wówczas po 6 lat, nie było zalotów damsko-męskich, a ciągła wojna płci. Jeden z moich bardziej pomysłowych kolegów widząc co się dzieje krzyknął - "Na lalki! Rzygaj na lalki!". Pomimo skrętu w brzuchu podłapałem ideę mocnego uderzenia we wroga i bez dłuższego namysłu ruszyłem w stronę dziewczyńskich zabawek.
W drodze przybyła kolejna dostawa "broni", którą przytrzymałem w ustach i gdy już stanąłem nad pięknymi, uśmiechniętymi lalkami wypuściłem wszystko, dodając ostatnie wypróżnienia z żołądka. Dziewczynki zaczęły krzyczeć i płakać, a chłopcy świętowali zwycięstwo.
Nauczycielka, która odwoziła mnie do dom, obłożyła swoje nowiutkie Seicento ('98 rok) szmatami i papierem toaletowym w przeczuciu, że też nie jest kompanem dla naszej "męskiej" bandy. Całe szczęście do domu dojechałem bez ekscesów. W domu czekał tato z pasem, ale było warto.
Mojej mamy już nie ma. Była jaka była, ja zresztą też, często się nie dogadywałyśmy. Parę lat temu urwałyśmy kontakt, ale kiedy doszły mnie informacje, że ma narastające problemy ze zdrowiem, ponownie go nawiązałyśmy. Było lepiej. Nigdy nie było między nami takiego porozumienia, jak przez ostatni rok. Ale ze zdrowiem mamy było gorzej i gorzej. Mimo namów moich, ojca i jej siostry, zapierała się rękami i nogami przed wizytami u lekarza. Pójdź, poczujesz się lepiej, pomoże ci, mówiłam. Wszyscy mówiliśmy. Ale mama nie chciała. Twierdziła, że boi się szpitali. Niedawno rzuciłam żartem, czy wobec tego kiedy pójdę na medycynę ona przestanie się do mnie odzywać, czy dopiero po studiach - to się roześmiała. Chciałam, żeby była ze mnie dumna. Chciałam pójść na te studia dla siebie i dla niej.
Kilka dni temu wreszcie udało się ją namówić na wizytę u rodzinnego. Poszła, dostała skierowanie na internę. W przeddzień mówiła, jak bardzo się boi. Patrzyła na mnie tak smutno, ale ja byłam zajęta swoimi książkami i zirytowana na nią. Bo ciągle paliła i prosiła mnie, żebym skoczyła po papierosy do najbliższego sklepu. I byłam na nią zła. Wtedy ostatni raz się widziałyśmy.
To był piątek. W sobotę trafiła na oddział. Rozmawiałyśmy wtedy przez telefon. W niedzielę było jeszcze OK, a dzień później dostaję wiadomość od ojca - mama jest na OAiIT. I pomknęło. Podanie do dyrekcji szpitala o uchylenie zakazu odwiedzin, na szczęście rozpatrzone w moment. Wbicie na oddział. Czekanie na lekarza. Informacja, że mama miała nagłe zatrzymanie krążenia i reanimowano ją kilkadziesiąt minut. Kiepskie rokowania.
Kiedy ją zobaczyłam, wyglądała jakby spała. Podłączona do respiratora, dializowana, ale jakby spała. Nie miałam jak wziąć ją za rękę, nie mogłam powiedzieć niczego, co by usłyszała. Tylko patrzyłam.
Kolejnego dnia znowu SMS od taty, akurat byłam w pracy. Mama zmarła.
Zaledwie za miesiąc miałaby swoje 51. urodziny. Miała mnie w nowej pracy odwiedzić. Obiecała.
Nie rozumiem tego. Nie dociera do mnie. Ona zawsze przecież była i miała być jeszcze długie lata. Chciałam jej się pokazać w fartuchu lekarskim, pokazać dyplom ukończenia studiów, pokazać, że jestem kimś. Żeby była ze mnie dumna.
Kiedy powiedziała, że się boi, nie uspokoiłam jej. Nie przytuliłam. A jeśli właśnie to ze wszystkich wspólnych chwil zapamiętała? Jeśli była przeze mnie nieszczęśliwa? Nawet nie zdążyłam jej powiedzieć, że ją kocham. A jeśli o tym nie wiedziała?
Nie chcę iść na pogrzeb. Chcę się obudzić, bo to nie może dziać się naprawdę.
Na Wielkanoc jak zwykle pojechałem do rodziców. Jak wstałem rano następnego dnia po przyjeździe, to wszyscy jeszcze spali. Byłem bardzo głodny, a od dawna cieszyłem się na domowe jedzenie mojej mamy, więc ruszyłem przetrząsać lodówkę w poszukiwaniu czegoś dobrego. Znalazłem resztki klopsa z poprzedniego dnia i groch w metalowej misce. Podgrzałem, zmieszałem, nałożyłem do tej metalowej miski i zjadłem. Może nie było to typowe śniadanie, ale bardzo mi smakowało.
Chwilę później zeszli do kuchni rodzice. Ja jeszcze siedziałem przy stole czytając gazetę, obok mnie pusta miska. Tata wziął tę miskę i spytał „Czemu psia miska leży na stole?”. Zdziwiony odpowiedziałem „To nie jest psia miska, była w lodówce, był w niej groch”. Tata na to „Tak, to jest psia miska”.
Jak się okazało, poprzedniego mama dodała psu do karmy grochu. Niestety nie dał się nabrać, wyjadł całą karmę tak że nie było po niej śladu, a groch zostawił w misce. Mama zostawiła miskę na blacie, żeby pokazać tacie, ale zapomniała o tym i później siostra jak sprzątała w kuchni, to włożyła miskę do lodówki…
Ja krótko.
Jeżeli jesteś osobą, która przychodzi do kawiarni czy restauracji 15 minut przed zamknięciem i zamawia deser czy najdroższe danie z karty na miejscu, pragnę cię poinformować, że obsługa cię nienawidzi. Nawet jeśli miło się uśmiechamy, w myślach przeklinamy takie osoby jak ty. W tym samym czasie co ty zamawiasz i mówisz do nas z tekstem "ja zdążę", my jako obsługa moglibyśmy posprzątać i wrócić szybciej do domu.
Dziękuję za uwagę, nie pozdrawiam.
Mój chłopak, po paru miesiącach razem, nagle zaczął komentować mój zapach. Codziennie biorę prysznic, używam dezodorantu i nie jem ostrych potraw, więc nie wiedziałam o co chodzi. Twierdził, że po prostu pachnę nieświeżo i powinnam zacząć nosić jakieś perfumy. Odbiło się to na mojej psychice, zaczęłam się myć dwa razy dziennie, zmieniłam proszek do prania, psikałam się częściej perfumami... aż któregoś poranka, gdy on odsypiał kaca, ja wzięłam poranną kąpiel, umyłam zęby i wróciłam do łóżka, chcąc go kusząco obudzić w wiadomym celu... Obudził się rozochocony, ale po chwili zmarszczył nos i powiedział coś w stylu "sorry, ale musisz się najpierw umyć, bo brzydko pachniesz". Rozpłakałam się z bezsilności i zażenowania, miałam już tego dość, a on, po 45 minutach mojej histerii, w końcu przyznał, że tylko udawał, że brzydko pachnę, bo tym sposobem chciał "trzymać mnie na krótkiej lince" - zakompleksiona na pewno bym go nie zdradziła.
Nie muszę chyba dodawać, że to już były chłopak.
Używam kubeczka menstruacyjnego. Zawsze po wyciągnięciu go wypijam jego zawartość. Jeśli znajdują się w nim skrzepy, lubię rozdrabniać je w palcach i później zjadać.
Wczoraj po namiętnym seksie moja dziewczyna poprosiła, abym podrapał ją po plecach. Bardzo to lubi, więc chętnie się zgodziłem. Po chwili drapania stwierdziła "Mmmm ale fajnie, to najprzyjemniejsze co mnie dzisiaj spotkało".
Mam nietypowy problem. Kilka tygodni temu, jak zwykle po przebudzeniu się, zaczęłam przeglądać media społecznościowe na telefonie. Zauważyłam wiadomość napisaną z mojego konta do mojego brata (nazwijmy go A), która brzmiała następująco:
"Widziałam cię, jak się masturbowałeś. Nikomu nie powiem, jeśli zrobisz to przy mnie".
Była napisana w środku nocy, około drugiej, kiedy już dawno spałam. Byłam pewna, że ktoś włamał mi się na konto, chociaż nie rozumiałam po co miałby pisać coś takiego do A, mimo że rzeczywiście przyłapałam go kilka dni wcześniej. Wyjaśniłam mu to, na szczęście spotkałam się ze zrozumieniem i temat ucichł.
Niestety sytuacja powtarzała się co kilka dni, a on wyjawił mi, że lunatykuję i przychodzę do niego w nocy. Nie mogłam w to uwierzyć. Wszystko wskazywało na to, że również wiadomości pisałam przez sen (wszystkie były z podtekstem). Najbardziej dziwiło mnie to, że nie robiłam żadnych błędów, literówek. Nigdy nie fantazjowałam o A, nie miałam też żadnych snów erotycznych (a przynajmniej ich nie pamiętałam). Potem myślałam już tylko o tym. Zmieniłam hasło w telefonie, codziennie kładłam go na noc w innym miejscu, także w innym pokoju, instalowałam aplikacje blokujące dostęp do messengera i włączałam je, gdy kładłam się spać. Nic nie pomagało i wpadłam w paranoję.
Boję się zasnąć, boję się, że we śnie zrobię coś głupiego. Nie mogę myśleć o niczym innym. Niestety jestem niepełnoletnia, więc wizyta u psychoterapeuty/lekarza/kogokolwiek innego odpada.
Niedawno byłam zmuszona porzucić mój dotychczasowy czarny kolor włosów i przefarbować na coś jaśniejszego. Wybrałam ognistą czerwień. Moje włosy są długie, sięgają pasa.
Mam przyjaciółkę, która wręcz słynie z ciętego języka. Gdy w pierwszym dniu po mojej "metamorfozie" wybrałam się na miasto w białej sukience (zawsze noszę ciemne rzeczy, jednak chciałam coś zmienić), wykrzyknęła na mój widok:
"O Boże, Olka, wyglądasz jak tampon!".
Spojrzenia ludzi bezcenne, ale w tamtym momencie chciałam być niewidzialna.
Zawsze kiedy się stresuję, to chce mi się kupę. Tylko nie taką zwykłą, tylko - kolokwialnie mówiąc - dostaję sraczki.
Kiedy chodziłam na pierwsze randki z chłopakiem, który strasznie mi się podobał, w głowie miałam już nasz ślub i gromadkę dzieci. Strasznie się stresowałam, aby dobrze wypaść, plus motylki w brzuchu, podekscytowanie itd., no i efekt wiadomy. Najgorsze, że nigdy „nie brało mnie”, gdy byliśmy np. w kawiarni, tylko dopiero na spacerze, jak już nie było w pobliżu toalety (stres razy dwa).
Gdy wracałam do domu, to zawsze biegłam do toalety, aby wyrzucić ze mnie wszystko co zbędne.
Na szczęście po kilku spotkaniach minęło.
PS Nigdy się nie zesrałam na randce, choć bywało blisko.
Dodaj anonimowe wyznanie