Mieszkam ze swoją dziewczyną w mieszkaniu, które wziąłem na kredyt.
Podczas ostatniej poważnej rozmowy z nią wytknęła mi, że "nie czuje się jak w domu". Nie zrozumiałem przesłania, więc dopytałem, czemu tak jest.
Odpowiedź brzmiała "Bo nie jestem tutaj zameldowana".
Nie potrafiła zrozumieć, że nie widzę w tym nic złego, gdyż sam też nie jestem zameldowany u siebie...
Jechałyśmy z koleżanką pociągiem. Po pewnym czasie założyłam słuchawki, aby posłuchać muzyki. Na stacji do przedziału wsiadł starszy pan, usiadł naprzeciwko nas. Moja koleżanka zaczęła z nim rozmawiać, a ja nadal słuchałam muzyki. Pan co jakiś czas na mnie patrzył, więc kilka razy miło uśmiechnęłam się do niego.
W pewnej chwili moja koleżanka dostała ataku śmiechu. Patrzyła przy tym na mnie, więc zaraz ściągnęłam słuchawki, aby dowiedzieć się o co chodzi. Okazało się, że starszy pan po kilku ogólnych pytaniach typu gdzie jedziemy, co studiujemy, widząc, że niezbyt kontaktuję, a nie widząc moich słuchawek, zapytał ją cicho "A koleżanka to lekko upośledzona?".
Sytuacja z dzisiaj.
Nie mam bladego pojęcia jakim cudem zapomniałam założyć bieliznę. Zorientowałam się dopiero na parkingu sklepu, gdy poczułam przewiew. Dobrze, że moje dresy były odpowiednio luźne w kroczu i ciasne w pasie.
Moi rodzice nigdy nie byli zbyt religijni. Do spowiedzi raz w roku, do kościoła tylko ze święconką albo na ślub. Nie modlili się, jedli mięso w piątek. Myślałam, że mój ateistyczny coming-out przyjmą spokojnie - jak bardzo się myliłam.
Miałam wtedy 15 lat. Przyznałam się do niewiary przy okazji jakiejś rozmowy nt. kościoła. I się zaczęło... Matka zaczęła wydzierać się na cały dom "Słyszałeś? Ona nie wierzy w Boga!", później krzyczała na mnie. Od razu stwierdziła, że jestem w jakiejś sekcie.
Zabrano mi komputer, telefon - bo na pewno naczytałam się głupot w internecie i jacyś sataniści mówią mi, co mam robić. Odtwarzacz mp4 i gitarę - bo na pewno każą mi słuchać "szatańskiej muzyki" i ją grać. Drukarkę i pozostałą elektronikę - nie wiem kurcze czemu, chyba dla zasady. Generalnie to wszystko mi każą źli sataniści, a ja ich bezmyślnie słucham.
Poza tym wymontowano mi drzwi do pokoju, aby cały czas móc widzieć co robię. Wspomnę tutaj, że siostra miała przechodni pokój, w którym były drzwi do mojego. Gdy zamknęła swoje drzwi, dostała ochrzan, że mi "pomaga" i zaraz też jej wszystko zabiorą. Siostra była wtedy mała i nie rozumiała do końca sytuacji, bała się spać przez wieczne krzyki.
Zakaz wychodzenia też był. Byłam umówiona wtedy z koleżanką, która nie mogąc się dodzwonić (widzieli, że dzwoni, zabronili mi odebrać i powiedzieć jej, że nie mogę wyjść) zmartwiła się i przyszła. Dumnie oświadczyli jej, że nigdzie nie wyjdę, ponieważ nie wierzę w Boga, z takim tonem, jakby liczyli na jej aprobatę.
Aby udowodnić, że nie należę do sekty, mieliśmy wszyscy pójść do kościoła - wtedy dostanę rzeczy z powrotem. Poszliśmy, ale nie dostałam. Bo nie śpiewałam pieśni kościelnych razem z moherami, nie liczy się. To dnia kolejnego poszliśmy drugi raz, śpiewałam. Nadal musiałam ich błagać, ale rzeczy po dłuższym czasie oddali. Jednak regularnie mnie sprawdzali, podejrzewali o sekciarstwo, cały czas rozpętywali religijne dyskusje, w których próbowali mnie przekonać, że katolicyzm mówi prawdę, a ja "naczytałam się głupot". Byli przekonani, że po prostu coś przeczytałam i stąd moje poglądy, jakbym nie miała własnego mózgu.
Dalej było zmuszanie mnie do bierzmowania szantażem, że znów mi wszystko zabiorą i nie oddadzą, póki tego bierzmowania mieć nie będę. Dla świętego spokoju poszłam, bo dla mnie ten rytuał nic nie znaczy, a zabranie wszystkiego byłoby dla mnie sporym utrudnieniem i przesunęłoby moje plany na przyszłość.
Przed resztą rodziny ukrywali całą sytuację i tematu nie było. Nadal nie wiem, co im wtedy odbiło. Nigdy nie byli fanatykami.
Niedawno zostałam samotną matką. Mój były partner to alkoholik, najpierw popijał, potem pił (na tym etapie się wyprowadziłam), a teraz chleje. I o ile na początku widziałam jeszcze dla nas szansę, jeśli zacznie się leczyć i zmieni podejście do życia, tak teraz szykuję wniosek do sądu, a minął ledwo miesiąc.
I nie mogę się nadziwić, jaka to krótka droga do całkowitego upodlenia.
25 lat temu jego matka porzuciła rodzinę, bo ojciec M nie pozwalał jej się upijać. Niestety, zamiast zniknąć, ona w chwilach trzeźwości pytała co u niego, czy ją odwiedzi, czy kupi coś do jedzenia. A potem szła na melinę i znikała na kilka tygodni. Nieraz płakał mi w rękaw, że nie ma i nigdy nie miał matki, że to tylko kobieta, która go urodziła, ale musi jej pomóc, żeby głodna nie chodziła.
25 lat później syn poszedł w ślady matki. Tak po prostu, odpowiedzialność po narodzinach dziecka go przerosła i wpadł w taki ciąg, że musiałam się wyprowadzić. Miał gdzie mieszkać, pracę oraz regularnie widział syna. Zaczął pić do upadłego. W tej chwili stracił pracę, dziecka nie zobaczy jeszcze długo przy takim ciągu, a ciotka wyrzuciła go z domu, bo się awanturował po pijaku. Mieszka teraz w garażu, ale już niedługo, bo nie upilnował opłat i mu go zabiorą.
Od szczęśliwego ojca do menela w kilka miesięcy. Jestem załamana. Ja sobie poradzę, ale nigdy mu nie wybaczę tego, że z pełną świadomością skazał swoje dziecko na ten sam ból, który on czuł od małego.
Przez jakiś czas pracowałam w kiosku ruchu gdzie był duży ruch. Każdemu komu wydawałam resztę mówiłam "Dziękuję, do widzenia".
Pewnego dnia zaraz po pracy poszłam do bankomatu wybrać pieniądze, stanęłam w kolejce, a za mną było jeszcze sporo osób. Wybrałam pieniądze po czym powiedziałam swoje "Dziękuję, do widzenia" do bankomatu. Zrobiłam się czerwona jak burak, a ludzie patrzyli na mnie jak na idiotkę.
Jestem nauczycielką w przedszkolu. Siedziałam z dziećmi i czytałam im bajkę. Dzieci były tego dnia mocno pobudzone - hałas, rozgardiasz, nikt mnie nie słuchał.
Aby sprawdzić, czy ktokolwiek mnie słucha zaczęłam zmieniać czytany tekst. Najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania. Nikt nie zwrócił uwagi. Wtedy zamiast bajki zaczęłam wymieniać co potrzebuję kupić w sklepie po pracy. Zero reakcji. Wtedy powiedziałam kilka zdań o swoich problemach uczuciowych z moim chłopakiem. Wciąż żadne dziecko nie zwróciło na mnie uwagi. Uznałam, że w takiej sytuacji trzeba wyjść z dziećmi do ogródka, bo nic z tego nie będzie.
Jak byliśmy w ogródku po kilkunastu minutach podeszła do mnie jedna z dziewczynek i powiedziała "Proszę pani, lepiej z nim zerwać".
Zaręczyłam się w wieku 22 lat. Rok później wzięłam ślub. Można uznać to za pochopną decyzję w tak młodym wieku, jednak nie żałuję wyjścia za mąż. Oprócz jednej rzeczy.
Nie należę do rozwiązłych osób, dodatkowo dla mnie seks musi iść w parze z miłością. Swój pierwszy raz miałam więc z moim obecnym mężem, każdy kolejny również z nim. Zdrada nie leży kompletnie w mojej naturze, a że z mężem dogadujemy się dobrze i poza byciem małżeństwem jesteśmy również przyjaciółmi, raczej nie zapowiada się na rozstanie - przynajmniej nie z mojej strony.
Lata mijają, a ja robiłam i robię to tylko z jedną osobą. Czasem zastanawiam się, czy seks może wyglądać inaczej, czy ma różne oblicza. Kiedy dotarło do mnie, że najprawdopodobniej nie spróbuję tego już z nikim innym, żałuję, że zwlekałam z tym tematem, że nie spróbowałam niczego przed spotkaniem męża. Gdybym mogła cofnąć czas, nie chciałabym tego żałować po raz kolejny.
Ot, taka moja mała rozterka. Teraz pozostają mi jedynie wyobrażenia, jak to jest...
Poznałam świetnego faceta, super się dogadujemy, świetnie spędzamy razem czas. Ale ma tak krzywe zęby, że nie mogę tego przeżyć. Gdy z nim rozmawiam, ciągle mnie to rozprasza. Z jednej strony widzę, że jest super człowiekiem, ale nie wyobrażam sobie zbliżyć się do niego właśnie przez uśmiech.
Czy jestem złym człowiekiem?
Bardzo mało pamiętam z czasów zerówki i z całych lat 90., jednak ten dzień zapamiętam do końca życia. Jak każdego ranka moja mama przyszła mnie obudzić do szkoły. Już przy śniadaniu czułem, że nie czuję się zbyt dobrze, jednak moja rodzicielka uznała, że symuluję i zaprowadziła mnie do szkoły. Cały czas hamowałem się przed puszczeniem pawia, jednak w pewnym momencie nie wytrzymałem. Pierwszy chlust wymiocin wylądował na podłodze. A szykowało się tego jeszcze sporo. Jako że ja i moi koledzy i koleżanki mieliśmy wówczas po 6 lat, nie było zalotów damsko-męskich, a ciągła wojna płci. Jeden z moich bardziej pomysłowych kolegów widząc co się dzieje krzyknął - "Na lalki! Rzygaj na lalki!". Pomimo skrętu w brzuchu podłapałem ideę mocnego uderzenia we wroga i bez dłuższego namysłu ruszyłem w stronę dziewczyńskich zabawek.
W drodze przybyła kolejna dostawa "broni", którą przytrzymałem w ustach i gdy już stanąłem nad pięknymi, uśmiechniętymi lalkami wypuściłem wszystko, dodając ostatnie wypróżnienia z żołądka. Dziewczynki zaczęły krzyczeć i płakać, a chłopcy świętowali zwycięstwo.
Nauczycielka, która odwoziła mnie do dom, obłożyła swoje nowiutkie Seicento ('98 rok) szmatami i papierem toaletowym w przeczuciu, że też nie jest kompanem dla naszej "męskiej" bandy. Całe szczęście do domu dojechałem bez ekscesów. W domu czekał tato z pasem, ale było warto.
Dodaj anonimowe wyznanie