#77MJz

W pierwszą i jedyną ciążę, zaszłam mając 30 lat. Poród z komplikacjami, słowa ginekologa, że następnych dzieci już nie urodzę. 

Parę lat później, wracając z pracy natknęłam się w sklepie na małego chłopca. Uważnie mi się przyglądał. Zapytałam, czy rodzice wiedzą, gdzie jest. Odpowiedział prostym zdaniem: "Mama śpi". Spotykałam go potem w tym sklepie co jakiś czas i rozmowa wyglądała zawsze tak samo. Zupełnie, jakby ktoś kazał mu mówić jedno i to samo. Dowiedziałam się, że chłopiec ma 7 lat, na imię ma Sebastian, ojca nie ma, a mama cały czas śpi. Strasznie mnie ciekawiło, co kryło się pod słowem "spać". 

Pewnego dnia zaproponowałam Sebastianowi, że odprowadzę go do domu. Kiedy przeszłam próg mieszkania, do moich nozdrzy wdarł się odór wódki i tytoniu. Mama rzeczywiście spała, zalana w trupa. Powiedziałam wtedy chłopakowi, że nie będziemy przeszkadzać mamie. Wzięłam go do siebie na obiad, uprzednio informując męża o całej sytuacji. Takie prawie rodzinne obiady, odbywały się przez trzy miesiące. Sebę zawsze odbierałam ze sklepu i wiozłam do mnie. 

Pewnego razu, Seba nie zjawił się w spożywczym, więc czym prędzej zapytałam sprzedawczynię, gdzie podział się chłopiec. Ze smutkiem na ustach powiedziała: "To pani nic nie wie? Zabrali do Izby Dziecka. Policja znalazła jego matkę nieżywą w mieszkaniu.. Szkoda chłopaka...". W pierwszym momencie pomyślałam że może to dobrze, bo chłopiec nie będzie musiał patrzeć na matkę, dla której liczył się tylko alkohol. Następnie wdarło się niedowierzanie! Jak to? Mojego Sebastiana zamknęli w Izbie Dziecka? Udaliśmy się tam z mężem i powiedzieliśmy małemu, że znajdziemy dla niego rodzinę. 

Ta historia wydarzyła się prawie dziesięć lat temu. Dzisiaj Sebastian nie jest już zlęknionym maluchem, którego prześladuje widok matki z wódką w ręku. Jest przykładnym uczniem i synem. Moim synem. Moim drugim dzieckiem, które kocham jak swoje.

#qyoWO

Wiem, że temat wyczerpany i wszystko już wkurwia, ale będzie o koronawirusie.

Generalnie jestem młodą osobą, niby w grupie ryzyka, ale od początku twierdziłam, że nawet lepiej, jak się zarażę - przejdę chorobę, uodpornię się i będzie spokój, jak po każdej chorobie.
Oczywiście świat oszalał. Wszyscy wiedzą, jak to wygląda. Ale dzisiaj uświadomiłam sobie ludzki debilizm tak dosadnie, że rzygać mi się chce.

Dwa dni temu pradziadek mojej przyrodniej siostry poczuł się cholernie źle. Dziadek miał już lat 80. Jego żona wezwała lekarza rodzinnego, który stwierdził, że nie przyjedzie, ponieważ "koronawirus" (nikt w tamtym domu nie miał nawet objawów).
Dziadek dostał zawału.
Wczorajszy dzień spędził w szpitalu.
Dzisiaj rano jego córka zadzwoniła do mojej mamy z płaczem, w rozsypce przekazując złe wieści. Dziadek zmarł. Zawał był zbyt rozległy.

Nie znałam go dobrze. Widziałam tylko raz, za to moja siostra, jej ojciec, babcia, prababcia i mnóstwo innych osób z rodziny byli z nim związani.

Może nie pożyłby już długo. Był stary. Ale nie musiał umierać dzisiaj. Gdyby tylko ten złamas-lekarz przyjechał i dał mu leki przeciwzakrzepowe... Mógł jeszcze żyć.

Więc oto mój apel do lekarzy, jeżeli tu są, lub jeżeli ich znacie, to przekażcie im:
Jebnijcie się w te puste łby, zaślepieni debile. Koronawirus to wirus jak każdy inny. Lekarze powinni to wiedzieć najlepiej ze wszystkich i panować nad strachem. W dupach Wam się przewraca od dobrobytu. Po cholerę idziecie na studia, jeżeli nie leczycie ludzi? Jeżeli przeraża Was wirus, który zmutował, tak jak grypa? Jeżeli powołujecie się na klauzulę sumienia i swoje "bezpieczeństwo"? Dla dobra wszystkich wypierdalajcie na misje i tam spróbujcie odmówić leczenia.

Ten ww. lekarz ma na sumieniu człowieka. Bo nie chciało mu się zajrzeć DO ZDROWEGO starszego człowieka bez objawów tego "strasznego" wirusa. Mam nadzieję, że już do niego dotarła ta wiadomość, ponieważ miejscowość, w której żyje jest mała.
Mam nadzieję, że dzisiaj w nocy sumienie nie da mu spać. Bo doprowadził do śmierci osobę, która mogła żyć.

#ETvYh

Mój ojciec był nieprzytomny, umierał. Wszyscy do mnie dzwonili, żebym go pocieszał i wspierał, żeby choć trochę mu się poprawiło. Ale wiedziałem z moich wcześniejszych rozmów z nim, że już się poddał, to były jego ostatnie godziny. Byłem mocno sfrustrowany całą tą sytuacją, jakbym stał między życiem a śmiercią. W pewnej chwili, zmęczony, rozczarowany, powiedziałem na głos "Jeśli masz odejść, to po prostu idź teraz, kurwa".
Tata odszedł o 3 nad ranem następnego dnia.

Czasami mam wrażenie, że go przekląłem, że odszedł, bo się poddałem i "już go nie chciałem", czasami myślę, że dałem mu pozwolenie, aby wreszcie w jakiś sposób poszedł, nawet jeśli bezpośrednio tego nie słyszał.

#hG70U

Zbliżam się do 30 urodzin. W moim życiu wydarzyło się wiele złych, jak i dobrych rzeczy, ale najbardziej mnie boli... właśnie życie. Życie ze świadomością, że nic nigdy nie osiągnę. Przez rodziców, którzy na wszystkie moje talenty, które się ujawniały mówili "nie", a poniżej przykłady.

W podstawówce miałem predyspozycje do bycia muzykiem, nie umiałem jeszcze czytać ani pisać w stopniu wzorowym, ale odczytywanie nut i granie na pianinie szło mi najlepiej. Zauważyła to nauczycielka, która wzywając moich rodziców zaproponowała, żeby zakupić mi jakiś instrument, namawiała ich na jakieś lekcje dodatkowe itp. itd. Na co moi rodzice stwierdzili, że za drogie instrumenty, za drogie wszystko, nie przyda ci się to w życiu, kupisz sobie instrument za swoje kiedyś.

W gimnazjum lubiłem oglądać tenisa, więc wiadomo, chciałem zacząć trenować jak najszybciej, bo jeśli nie zacząłeś trenować mając 10 - 15 lat, to już dupa. Na co moi rodzice mówili, że za drogie rakiety, za drogie treningi, nie przyda ci się to w życiu, skończ szkołę,  jak będziesz miał pracę, to zaczniesz sobie chodzić.

Był jeszcze "talent" do majsterkowania, malowania, historii i robienia animacji. Każda z tych rzeczy została zrujnowana przez rodziców mówiących, że mi się to nie przyda w życiu. A nic nie jest gorsze od rodziców, którzy nie wspierają twojej pasji, a jeszcze je negują. Na wieść, że chcę iść do technikum informatycznego stwierdzili, że to strata czasu, bo mam iść na studia po 3 latach, a nie 4, bo moi kuzyni już chodzą i będą magistrami i kurde nie wiadomo kim jeszcze. Jako że nie miałem żadnego zainteresowania w ostatnich 2 latach liceum, zacząłem imprezować, zacząłem nałogowo palić fajki i powoli wpadałem w marazm przez brak jakiegokolwiek zajęcia sprawiającego mi jakąś radość, bo miałem w głowie, że wszystko jest bez sensu. Nie zaliczyłem 3 klasy, rodzice wściekli, że nie tak mnie wychowali i mam powtarzać 3 klasę jeszcze raz. Wstyd na całą rodzinę, wyzywanie od debili, straszenie kopaniem rowów itp.

I wtedy poznałem moją obecną narzeczoną, z którą złapałem od razu świetny kontakt, szybki związek i jesteśmy ze sobą do dziś. Mimo że jest wspaniałą osobą i wspiera mnie w każdym moim pomyśle, to dla mojego spaczonego przez rodziców umysłu to za mało. Nie umiem się niczym zainteresować, jak już to mam słomiany zapał i porzucam to po bardzo szybkim czasie myśląc, że to nic mi nie da. Chodziłem na różne terapie, ale coś za bardzo nie pomagały. Objąłem za cel w swoim życiu, że moje dziecko będzie miało we mnie pełne wsparcie i mentalne, i finansowe na swoje zainteresowania, żeby nie skończyło jak ja... W poczuciu straconego potencjału, straconych marzeń, ze straconą nadzieją na jakikolwiek sukces życiowy i bez zainteresowań... A to wszystko przez własnych rodziców.

#OPq7r

Kilka dni temu zakończyłam długoletni związek bez perspektyw. Byliśmy parą przez 8 lat, nie mogłam dłużej tolerować jego braku ambicji. Bardzo pragnę mieć kiedyś swój domek z ogrodem, gdzie będą bawiły się moje dzieci. On niby podzielał moje marzenia, ale nie robił nic w kierunku ich realizacji.

Poznaliśmy się w wieku 19 lat, od tamtego czasu dużo zmieniło się tylko u mnie. Jestem po studiach, kilku zawodowych kursach. On ma dalej wykształcenie zawodowe i pracuje od zawsze na najniżej opłacanych stanowiskach. Zaczęły mnie irytować sytuacje, kiedy całe nasze towarzystwo tj. paczka znajomych rozwijała się w różnych dziedzinach zawodowego życia, a mój były trafił na myjnię samochodową, oczywiście za najniższą krajową. Brak pieniędzy u dorosłego faceta naprawdę męczy i irytuje. Nie mogliśmy sobie pozwolić na wakacje, nawet na wyjście jak cywilizowani ludzie do klubu czy pubu, bo mu drogo. No jasne, że będzie mu drogo, kiedy zarabia 1900 zł, gdzie jeden tysiąc odchodzi mu na dzień dobry na jego część opłat za mieszkanie. I nie chodziliśmy, bo nie zamierzałam być wieczną sponsorką nieporadnego życiowo faceta. Chodziłam z koleżankami.

Jak przy takim mężczyźnie planować życie? Co stałoby się, gdybym zaszła w ciążę i pozostała jakiś czas bez pracy? Włożę jego miłość do garnka i ugotuję? Kupię za jego miłość jedzenie i opłacę mieszkanie?

Najgorszy był czas, kiedy zrozumiałam, że zaczęłam się go wstydzić. Faceci moich koleżanek to zadbani, dobrze ubrani i coś sobą reprezentujący mężczyźni. Jak miałam im przedstawić swojego byłego, ubranego w tanie, schodzone ciuchy? Co on by im opowiedział? Że pracuje jako nikt w jakimś Januszexie? Od tego czasu już wszystko zaczęło mi w nim przeszkadzać.

Cholernie szkoda tych 8 lat, ale ten związek nie miał przed sobą przyszłości. On by mnie powoli ściągał na dno.

#ZExnI

Moja mama to wzór wszelkich cnót. Zawsze elegancko ubrana, zaznajomiona z zasadami savoir-vivre’u - w moich oczach była wręcz wzorem doskonale wychowanej kobiety z wyższych sfer. Ostatnio jednak przypomniała mi się pewna historia z dzieciństwa. Do rzeczy.

Gdy miałam jakieś 8 lat moja rodzicielka odbierała mnie ze szkoły. Kiedy już siedziałyśmy w aucie, ja patrząc przez okno na moje rówieśniczki wychodzące z budynku całkiem szczerze zapytałam:”Czemu inne mamy wyglądają tak młodo, a ty przypominasz babcię?”.
Matula mruknęła wówczas pod nosem: „Może to dlatego, że mając siedemnaście lat nie grzmociłam się po krzakach jak jakaś dziw#a...”.

Przypomniałam mamie tę historię, ale zrobiła poważną minę i rzekła, że w życiu tak by się nie zachowała. Ja jednak doskonale pamiętam…

#x4adE

Kiedy miałem mniej więcej 12 lat, mój ojczym wyrzucił mnie z razem mamą z domu i zmuszeni byliśmy do mieszkania po znajomych. Kazał nam wyjść, dał 5 minut na zebranie wszystkich rzeczy. Oczywiście niewiele dało się zabrać.

Po około 3 tygodniach zdecydowałem, że chcę odzyskać resztę swoich rzeczy, więc włamałem się do garażu, wziąłem z niego drabinę, wdrapałem się na dach i zakradłem do okna górnej sypialni. Wziąłem trochę rzeczy z mojego pokoju, ale kiedy schodziłem z dachu, ojczym zrzucił mnie z drabiny na ziemię i popatrzył na mnie surowym wzrokiem pełnym tak wielkiej pogardy i morderczej nienawiści, że poczułem paraliżujący strach, jakiego nigdy w całym moim życiu nie poczułem. Nawet kiedy to piszę, wciąż to trochę czuję.
Nigdy wcześniej nikomu o tym nie powiedziałem. Nikomu nie życzę takiego wspomnienia.

#sEid9

Działo się to 7 wiosen wstecz, w gimnazjum na lekcji biologii. Wszyscy z niecierpliwością wypatrywali przez okno błogich wakacji. Brakowało jednak jeszcze paru tygodni, a czas dłużył się i dłużył. Jeden z moich kolegów, słynący z gadulstwa, chcąc nieco pobudzić towarzystwo, podzielił się z nami swoją mądrością. Zaczepił więc nauczycielkę:
- A wie pani, że jak się je deski, to się sra wiórami?
Na co nauczycielka, nie odrywając wzroku od okna, westchnęła:
- Taaak? To zacznij jeść książki - może zaczniesz srać wiedzą.

#bsood

Kilkanaście miesięcy temu miałam ogromny dylemat. Miałam zaproszenia na dwie różne imprezy jednego wieczora. Pierwsza to osiemnastka koleżanki, a druga urodziny mojego dziadka. Muszę dodać, że wypadało to w Walentynki i na osiemnastkę miałam się wybrać razem z chłopakiem. Rodzina pozwoliła mi wybrać, nie mieliby nic przeciwko, gdybym odpuściła rodzinną imprezę. Długo biłam się z myślami, ale w końcu wybrałam 70 urodziny dziadziusia. 

Niestety były to jego ostatnie urodziny. Tydzień później zmarł. Bardzo cieszę się z podjętej wtedy decyzji.

#HSWMl

Wiosną zeszłego roku, przed Dniami Otwartymi Szkoły, zostałam poproszona, wraz z koleżanką, o pomoc w przygotowaniu tego arcyważnego wydarzenia. Brakowało rąk do pracy, ponieważ akurat trwał sezon praktyk zawodowych. 

Oddano nas do dyspozycji nauczycielowi, którego średnio lubimy, no ale zwolniono nas ze wszystkich zajęć tego dnia, więc kto by nie poszedł? Pan umieścił nas w jednej z sal, w której tego dnia nie odbywały się żadne lekcje. Wewnątrz było dużo elektroniki (telewizor, rzutniki, laptopy, etc.), więc "dla bezpieczeństwa" zostałyśmy zamknięte od zewnątrz. Robimy swoje, gadu-gadu, muzyczka gra. Tak beztrosko mija jedna godzina, potem druga, trzecia... piąta. Zaczynamy się zastanawiać dlaczego jeszcze nikt do nas nie zajrzał, ale szybko dochodzimy do wniosku, że nauczyciele nas lubią, ufają nam i nie czują potrzeby kontrolowania nas. Upajamy się naszą "władzą" i jedziemy dalej z pracami. 

Godzina siódma, po dzwonku mamy wychodzić do domu, a my wciąż zamknięte. Przecież o nas nie zapomnieli, prawda? Możemy tego nauczyciela nie lubić, ale to jednak nauczyciel. Zaczyna się ósma godzina. A my w sali. Zaczynamy się zastanawiać, czy krzyczeć, walić w drzwi... no ale przecież to tak głupio, nauczycielowi widocznie coś na przerwie wpadło, a my zrobimy z siebie nienormalne idiotki.

Zaczyna się godzina dziewiąta (!). Do sali, razem z drzwiami, futryną oraz kawałkiem ściany, wpada Pan Nielubiany. Fryzura niczym piorun w pietruszkę, lico koloru dorodnego buraczka, łachy rozwiane wieczornym wiatrem... I rzecze do nas te oto (pamiętne) słowa:
- O ku*wa! Dziewczyny! Zapomniałem o was! W domu mi się przypomniało!

Kurtyna.
Dodaj anonimowe wyznanie