Są takie chwile, które pamięta się do końca życia.
Chodziłam sobie do technikum, drugi rok nauki, niemiecki.
Pani od niemieckiego bardzo w porządku babka, ona sprawdzała obecność, a ja kłóciłam się przez SMS z ówczesnym chłopakiem.
W końcu padło moje nazwisko, a ja zamiast odpowiedzieć „jestem”, „obecna” czy cokolwiek innego, wypaliłam dumne i donośne „jebie!” i wróciłam do kłótni z chłopakiem.
Dopiero chwilę później dotarło do mnie co powiedziałam, a chciałam mu tylko napisać, że jebie mnie jego zdanie...
Pierwszy raz spotkałem rodziców mojej dziewczyny. Jej ojciec z poważną miną zapytał mnie, co jest dla mnie ważne w byciu w związku z jego córką.
Zestresowałem się, bo wiedziałem, że oczekuje poważnej odpowiedzi i nie mogłem się zdecydować, czy powiedzieć, że "Bycie z pańską córką sprawia mi olbrzymią radość" czy "Wszystko w pana córce sprawia mi olbrzymią radość". W efekcie wypaliłem "Bycie w pana córce sprawia mi olbrzymią radość".
Jechaliśmy z moją dziewczyną (teraz żoną) na groby na Wszystkich Świętych do innego miasta. Mieliśmy jeszcze podjechać po jej ciotkę i zabrać ją z nami. Moja dziewczyna prowadziła, a ja siedziałem na miejscu pasażera z przodu i regenerowałem się po poprzedniej ciężkiej nocy. Ciotka ta nigdy mnie nie lubiła i uczucie to było przeze mnie w pełni odwzajemnione.
W trakcie jazdy zdrzemnęło mi się na chwilę. Po kilkunastu minutach się ocknąłem, podrapałem się po swojej pustej głowie i zagadałem do mojej dziewczyny "Ciekawe, czy stara wiedźma jest już gotowa". Nic nie odpowiedziała, ale po jej minie zorientowałem się, że coś nie gra. Wtedy usłyszałem z tylnego siedzenia "Tak, stara wiedźma jest gotowa". Obejrzałem się momentalnie czerwoniutki i oczywiście zobaczyłem siedzącą za mną z tyłu ciotkę.
Okazało się, że nie spałem kilkanaście minut, a prawie godzinę i w międzyczasie moja dziewczyna odebrała ciotkę. Co najlepsze, jak się wtedy obejrzałem i zobaczyła mnie czerwonego, to... się uśmiechnęła - a takie zjawisko widziałem chyba po raz pierwszy. Przeprosiłem, ale potem sam zacząłem się śmiać z tej sytuacji. O dziwo od tamtego dnia moje relacje z ciotką się znacznie poprawiły i teraz całkiem dobrze się z nią dogaduję.
Mam dwie twarze. Otóż na co dzień jestem poukładanym facetem, 28-letnim kawalerem. Zadaję się z każdą płcią, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Ot, zwykły chłopak, na dodatek wierzący i praktykujący.
Drugą moją twarzą jest mój biseksualizm. Wieczorami, nocami przebywam w klubach nocnych, w tym gejowskich, znam wszystkie w mieście. I tam się zabawiam - albo z dziewczynami, albo z facetami. Parę razy już prawie wpadłem (nie chodzi o ciążę, a o rozpoznanie), ale udało się wybrnąć. Boję się, że kiedyś ktoś mnie faktycznie rozpozna i cały obrazek pierwszej twarzy runie w gruzach. Ale to silniejsze ode mnie - czasami po prostu muszę tam pójść i odreagować.
Dodam tylko, że po takich "akcjach" nocnych mam często kaca moralnego i wyrzuty sumienia.
Kilka lat temu poszłam do fryzjerki, aby zrobiła mi nową fryzurę. Siedziałam u niej prawie 3 godziny, podczas których zrobiła z moimi włosami chyba wszystko, co było w ofercie tego salonu. Po wszystkim wyglądałam jak milion dolców (niestety fryzura tyleż samo kosztowała...) i postanowiłam się umówić z moim chłopakiem, aby mógł się mną zachwycić.
Spotkaliśmy się na mieście. Kiedy mnie zobaczył stanął jak wryty, po czym mnie przytulił, pocałował w czubek głowy i powiedział "Nie martw się, i tak będę cię kochać".
Jestem z rodziny alkoholików, ale nie takiej patologii. Jeden drink, czasem więcej, ale codziennie. Ze strony taty połowa to typowi alkoholicy.
Codziennie boję się, że popadnę w nałóg. Nie potrafię się kontrolować jak zaczynam pić. Jeden drink i wsiąkam. Kończy się tym, że zasypiam nieprzytomna, zazwyczaj nie pamiętając wieczoru. Dużo mi nie trzeba, trzy, może cztery szklanki whisky, ginu, whatever.
Okazja? Niepotrzebna. Dziś piję, bo byłam na zakupach i kupiłam gin. Tak na zapas.
W życiu żadnego wyznania bym nie napisała - to moje drugie i znowu po alkoholu.
Także wesoło...
Poznaliśmy się na pewnej piaszczystej plaży południowej Francji. Zapach morza, gwar mew, mój wielki, biały kapelusz i jego jasne, błękitne oczy, które zauważyły "odlot" owego kapelusza. Przyniósł mi go, uśmiechając się szarmancko, a ja - wtedy świeża absolwentka studiów filologicznych - podziękowałam za to moim średnim francuskim, który przyjechałam podszlifować, pracując jako opieka dwójki chłopców w francuskiej rodzinie.
J. szybko zawrócił mi w głowie swoim wdzięcznym stylem bycia. Dorabiał jako instruktor surfingu, a sam tworzył obrazy i malowidła, które sprzedawał na cele charytatywne. Był ode mnie starszy o niecałą dekadę, imponował mi swoim obyciem, a jednocześnie luzem i odwagą robienia czegoś co kochał. Początkowo miałam zostać tylko na parę miesięcy, ale szybko nabrałam wiatru w żagle i po pół roku pracowałam nie już tylko jako opiekunka, ale także jako tłumacz-asystent w gminie. Zamieszkaliśmy razem w jego małym domku nad klifem, i ta bajka mogłaby jeszcze długo trwać, gdyby nie pewien incydent pewnego zimowego wieczora.
Szukałam grubszych zasłon na okna, ponieważ w sypialni panował przeciąg, który ciągnął od nieszczelnych okien. J. nie było w domu, ale wcześniej powiedział mi, że powinny być gdzieś na strychu. Z jakiegoś powodu postanowiłam jednak zajrzeć do jego warsztatu na zewnątrz - rzadko tam bywałam ze względu na moje uczulenie na farbę, więc nie wiedziałam co tam mogę zastać. Cóż, na pewno nie spodziewałam się pudełka z pięcioma dowodami osobistymi młodych kobiet.
Na początku pomyślałam, że to jakaś dodatkowa robota - dorabianie fałszywych legitymacji, ale coś mnie znowu podkusiło i wbiłam imiona i nazwiska tych kobiet w wyszukiwarkę. Rezultaty mnie przeraziły, choć jednocześnie nie docierało do mnie to co właśnie odkryłam; J. z jakiegoś powodu posiadał legitymacje pięciu zaginionych osób. Nie wiedziałam co o tym myśleć i nie chcąc wpadać w panikę, ani wyciągać pochopnych wniosków, po prostu odłożyłam to pudełko i wróciłam do domu.
Tamtego wieczoru, jak gdyby nigdy nic, zrobiłam lazanie, zjedliśmy kolacje, wypiliśmy wino i nawet kochaliśmy się w naszej chłodnej sypialni. Następnego dnia powiedziałam, że będę musiała dłużej zostać w pracy, po czym wyszłam, zabierając ze sobą tylko paszport i portfel, i udałam się do gminy. Tam złożyłam wypowiedzenie pracy, zadzwoniłam po taksówkę i udałam się do pobliskiej wioski, gdzie udało mi się zamówić busa do Polski. Dopiero na granicy odetchnęłam i wykonałam anonimowy telefon na policje, gdzie wspomniałam o warsztacie i tym pudełku. Potem zniszczyłam swoją kartę sim i wróciłam do kraju.
Przez pewien czas śledziłam wiadomości, ale niczego się nie dowiedziałam. Nikomu jeszcze nie mówiłam dlaczego tak naprawdę tak nagle wróciłam z Francji. Rodzina myśli, że po prostu pokłóciłam się wtedy z J. Wolałabym to.
Mam 4 przyjaciółki, spotykamy się regularnie na babskie wyjście do pubu czy restauracji. Znamy się 7 lat, przez ten czas część dziewczyn wyszła za mąż i 3 z nich mają dzieci.
Niestety od kiedy 2 dziewczyny urodziły, nasze spotkania przestały mieć wymiar odskoczni od pracy i domowych obowiązków.
Martyna i Beata bez przerwy mówią o kupkach, zupkach, ząbkach swoich dzieci. Pokazują zdjęcia i filmy swoich maluchów. Na początku z dystansem podchodziłyśmy do tego, dziewczyny urodziły w podobnym terminie, cieszą się z macierzyństwa, chwalą swoimi pociechami, ale wszystko ma swoje granice.
Nie jest to tylko moje zdanie i drugiej bezdzietnej koleżanki Sylwii, podobne stanowisko ma Kaśka- mama 1.5 rocznego chłopca. Kiedyś przyjemnie było się spotkać wyluzować, teraz musimy słuchać o nieprzespanych nocach, karmieniu czy pieluchach. Sugerowałyśmy delikatnie dziewczynom że to ich wolny czas, że mogą odpocząć, pogadać o ciuchach, poplotkować tak zwyczajnie po babsku, niestety bezskutecznie.
Od 3 miesięcy oprócz naszych spotkań w 5 spotykamy się we 3 z Kasią i Sylwią. Martyna i Beata nic o tym nie wiedzą. Trochę jest nam głupio jednak to jedyna opcja by znów można było zrelaksować się w babskie gronie.
Był to dzień moich szóstych urodzin. Dostałam od taty rower, który trzeba było złożyć samemu. Po kilku godzinnej walce mój dumny ojciec mógł pochwalić się swoim dziełem. Wtedy też zabrał mnie, abym mogła pojeździć.
Był to maj. W moim mieście w przydrożnych kapliczkach odbywały się nabożeństwa majowe. Akurat przejeżdżaliśmy obok odbywającego się eventu, kiedy z rowerka odpadł mi pedał i przewróciłam się haratając całe nogi. Wzięłam go do ręki i zapłakanym głosem krzyknęłam 'Ty głupi pedale'. Kiedy zapłakane i zakrwawione dziecko krzyczy coś takiego obok mężczyzny w średnim wieku, nie wygląda to dobrze. Ksiądz przestał śpiewać, a wzrok kilkudziesięciu babć był miażdżący.
Mam dość siostry mojego męża. Cały dzień siedzi w domu, wychowuje dwójkę dzieci rocznego syna i 3 letnią córkę. Mieszka blisko nas i potrafi nawet kilka razy w tygodniu przyjść z dzieciakami kiedy tylko wrócę z pracy. Oczywiście nie uprzedza o wizycie bo w końcu jesteśmy najbliższą rodziną.
Problem w tym, że kiedy wracam po 17 z pracy mam też inne obowiązki w domu. Czasami zwyczajnie chce odpocząć. Zdarza się, że jeszcze nie zdążę rozpakować zakupów jakie robię po pracy już słyszę płacz i krzyki jej dzieci na klatce.
Nudzi jej się cały dzień i zadowolona przychodzi na ploteczki.
Kiedyś sugerowałam, żeby uprzedzała kiedy chce przyjść, mówiłam że mam jeszcze to czy tamto do zrobienia, co z tego ona potrafi siedzieć do 20.
Mąż pracuje na popołudniowe zmiany wraca po 20 więc obowiązek dotrzymania jej towarzystwa spada na mnie.
Żaliłam się mu, że te wizyty są za częste i zbyt absorbujące kiedy np. chce coś ugotować przy 3 letnim dziecku biegającym po kuchni. Rozmawiał z nią niestety bezskutecznie.
Ostatnio kiedy słyszę że nadchodzą nieproszeni goście nie otwieram, udaje że nie ma mnie w mieszkaniu. Ostatecznie jak dzwoni i pyta gdzie jestem bo nikt jej nie otworzył, mówię że mam inne sprawy do załatwienia po pracy, i najlepiej kiedy wcześniej będzie dzwonić i pytać czy mam wolny wieczór na "ploteczki".
Wczoraj znów przyszła. Tradycyjnie bez uprzedzenia. Znów jej nie otworzyłam.
Nie chce sprawiać jej przykrości to na prawdę sympatyczna dziewczyna. Niestety nic do niej nie dociera ani subtelne sugestie, ani prośby i jasne komunikaty że nie mam czasu i ochoty na jej wizyty.
Dodaj anonimowe wyznanie