Poszedłem do lekarza na rutynowe badania. Wyszło, że mam za wysoki cholesterol i zbyt duży poziom cukru we krwi. Kazano mi odstawić mięso i łakocie.
No i wszystko fajnie, ale zastanawiam się jak to zrobić, skoro od prawie 20 lat jestem wegetarianinem, a słodyczy nie jem w ogóle.
Jestem wolontariuszką i pracuję z osobami niepełnosprawnymi, przede wszystkim osobami z Zespołem Downa. Musicie wiedzieć, że są to osoby z wyjątkowym darem.
Pewnego dnia wracałam do domu autobusem. Za oknem skwar, wewnątrz jeszcze gorzej. W połowie drogi byłam już tak zgrzana, że pot odznaczał się na moim czole. Strasznie krępują mnie takie sytuacje więc skrzętnie to ukrywałam. Wtedy do autobusu wszedł chłopak z Zespołem Downa. Zaznaczę, że widziałam go pierwszy raz, mimo że działam w fundacji dla takich właśnie osób.
Usiadł na drugim końcu autobusu i chciał przywitać się z młodzieżą, która siedziała obok niego. Niestety nikt nie podał mu ręki, wręcz odwracali się do niego plecami. Wtedy nasze spojrzenia się zbiegły, uśmiechnęłam się i w zamian dostałam coś, czego nie oczekiwałam. Chłopak wstał i przeszedł cały autobus, po to by... dać mi chusteczkę do otarcia czoła. Potem przywitał mnie jak prawdziwy dżentelmen - pocałował w dłoń. Resztę drogi spędziliśmy już razem - na miłych pogawędkach i jego śmiesznych opowieściach.
Powiem wam co to za dar. Oni widzą w człowieku to co najpiękniejsze - nie patrzą na wygląd czy ubranie. Widzą po prostu serce im dane.
Pamiętajcie, że to wspaniałe osoby, które czują, myślą i chcą być kochani jak my. Towarzyszą im ograniczenia, których sami nie pokonają, ale możecie im pomóc.
Jeśli nie wiecie co zrobić ze swoim życiem i czegoś wam brakuje (jak mnie ponad dwa lata temu) to spróbujcie, a nie pożałujecie.
Dodam tylko, że paczkę chusteczek, którą mi ofiarował do dziś trzymam w torebce.
Dawno temu w liceum od pewnej nauczycielki usłyszałem, że lepiej abym uważał na lekcji, bo za gapienie się przez okno nikt mi w przyszłości płacił nie będzie.
Od trzech lat pracuję jako pilot liniowy, więc można powiedzieć, że ta przepowiednia się nie sprawdziła.
Mam chłopaka, który mieszka prawie 350 kilometrów ode mnie. Póki oboje jesteśmy na studiach, nie ma jeszcze mowy o wiciu wspólnego gniazdka, więc pozostają nam cotygodniowe wizyty na weekend. Czasem robimy sobie niespodzianki i wpadamy do siebie bez zapowiedzi. No i tak właśnie było przedwczoraj.
Miałam chwilę wolnego, więc wsiadłam w samochód i w niecałe 4 godziny dotarłam pod dom mojego ukochanego. No i to był błąd. Pewnie spodziewacie się, że zastałam go w niedwuznacznej sytuacji z lokalną kurtyzaną, osłem i dwójką wyuzdanych karłów? Otóż nie. Nie zastałam go w ogóle! A to temu, że postanowił zrobić mi niespodziankę i parę godzin wcześniej pojechał do mnie...
W naszej klasie w liceum, była taka "typowa para" - najładniejsza dziewczyna w klasie i przystojny prymus (przewodniczący szkoły), za którym wzdychała połowa dziewczyn w klasie (tak, ja też...). Generalnie chodzili ze sobą przez całe liceum, ot, najsłynniejsza szkolna parka, świata poza sobą nie widzieli, zawsze razem, ogólnie rzadko można było ich spotkać osobno, takie papużki-nierozłączki.
Dlatego ogromnym zaskoczeniem było dla nas, gdy rozstali pod koniec klasy maturalnej. Widać było po nich, że obydwoje bardzo to przeżywali, ale nikomu z nas nie udało się wyciągnąć o co poszło, a po maturze ślad po nich zaginął. Żadne z nich nie miało konta na jakimkolwiek portalu społecznościowym, co było nieco dziwne, zważywszy na to, że w szkole byli dość popularni. Czas mijał, plotki ucichły...
Dopiero kilka miesięcy temu znów ich zobaczyłam na 10-leciu naszej matury i zagadka się rozwiązała. Przyjechali razem jako para bardzo dobrych przyjaciół, ona jest teraz zakonnicą, a on... gejem. Wiecie, co jest w tym najlepsze... że mimo tej ogromnej przepaści między nimi świetnie się rozumieją, co było widać.
Udaję przed nowymi znajomymi, że nigdy nie byłem w związku. Czemu? Bo każdy zawsze pyta o to samo i już mam tego naprawdę dość. 5 lat byliśmy razem, 3 lata mieszkaliśmy ze sobą. Gdyby nie umarła, to może bylibyśmy małżeństwem.
Co dokładnie wkurza? Pytania o seks, a potem nagłe zdziwienie, że jak to seksu nie było, jak to temat seksu w ogóle się nie pojawił, jak to nie było potrzeby itd.
NIE BYŁO, KURNA! DOBRZE NAM BYŁO RAZEM! PRZESTAŃCIE SUGEROWAĆ, ŻE MOJA EKS BYŁA DZIWKĄ!!
Już wolę udawać, że nigdy nie miałem nikogo, niż pozwalać innym szargać jej pamięć. Nawet jej nie znali. To była wspaniała osoba.
Na wstępie muszę zaznaczyć, iż mieszkam w domu wraz z babcią - rodzice wyjechali z kraju w poszukiwaniu bilonu, dziadek zmarł, gdy miałem 10 lat.
Mając 16 lat poszedłem sobie na imprezę, odrobinę wypiłem, no i musiałem jakoś dojść do domu. Szedłem sobie na piechotę, a obok mojego domu rośnie lasek, który o drugiej w nocy wygląda wyjątkowo ponuro. Wszelkie podmuch wiatru sprawiały, że na chwilę zamierało mi serce. Szedłem sobie tak z duszą na ramieniu, patrzę - a przede mną jakby postać w białej szacie. No duch po prostu. Podchodzę trochę bliżej, w każdej chwili gotowy do ucieczki, a tu słyszę "Krzyyyyysieeeek?". Niewiele myśląc, ze strachu przed duchem pobiegłem w ten las. I w tym lasku spędziłem noc.
Po powrocie usłyszałem od babci, że obudziła się w nocy i tak bardzo się wystraszyła, że mnie nie ma, że w samej koszuli nocnej poszła mnie szukać przed domem...
Moją dziewczynę poznałem kilka lat temu, ale dopiero po jakichś dwóch latach zaczęliśmy być razem. Czułem się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Układało nam się cudownie, z każdym dniem było coraz piękniej. Były wyjazdy, snucie planów na przyszłość, raz jakoś przypadkiem podczas rozmowy wymyśliłem imię żeńskie, które chciałbym dać naszej córce. Kiedy się poznaliśmy, moja wtedy jeszcze znajoma miała chłopaka i była szczupła. Kiedy my zaczęliśmy być razem, zaczęły się jej problemy z wagą, ale dzielnie z nimi walczyła.
Ogólnie to, na co można było zwrócić uwagę, to jej ogromną wrażliwość. Prawie zawsze płakała na filmach, a czasem mała nawet sprzeczka potrafiła ją doprowadzić do płaczu. W pewnym momencie zauważyłem, że bardzo zależy jej na ślubie. Nie chodziło o to, że jak najszybciej, ale być może w niedalekiej przyszłości. Ja nie byłem co do tego przekonany, powiedziałem, że źle bym się czuł, gdybym miał się oświadczyć po roku związku. Temat ucichł. Niestety ona miała przykre doświadczenia ze swoim byłym narzeczonym, ale przecież nie mogłem ponosić za to odpowiedzialności.
Nagle moja luba zaczęła drastycznie chudnąć, nie miała na nic ochoty, bardzo niechętnie wychodziła na spacery, a w jej oczach było widać smutek. Przyznała mi się, że chyba ma stany depresyjne, że co noc płacze i nie wie dlaczego, ale zwaliła to na jesienną chandrę. Miałem wrażenie, jakby coś przeczuwała. Zaczęła chodzić do różnych lekarzy, w końcu przyznała mi się, że od pewnego czasu ma dziwne objawy i musi rozwiać wątpliwości. Potem wszystko działo się szybko. Diagnozą był nieuleczalny nowotwór w zaawansowanym stadium.
Nie jestem w stanie opisać, co przeszliśmy przez tygodnie, kiedy z dnia na dzień było coraz gorzej.
Moja dziewczyna zmarła prawie rok temu. Zawsze miałem bardzo racjonalne podejście do życia, ale z tym nie potrafiłem się pogodzić. Codziennie odwiedzam ją na cmentarzu, tęsknię jak cholera. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie włożyła tej białej sukni, że nawet nie zobaczyła pierścionka zaręczynowego, a przecież mogłem to zrobić wiedząc, jak mało czasu jej pozostało. Czuję się okropnie, jak w jakimś koszmarze. Życie bez niej totalnie straciło dla mnie sens.
Sytuacja miała miejsce tydzień temu.
Z synem mamy taką umowę, że co tydzień w niedzielę dostaje ode mnie 10 euro (mieszkamy w Niemczech).
Tego dnia strasznie bolał mnie brzuch. Syn przyszedł do mnie na balkon. Pomyślałem sobie, że pewnie chce pieniądze, jednak tego dnia niestety nie miałem kasy przy sobie. Powiedziałem więc synowi, że kieszonkowe mogę mu dać dopiero następnego dnia. Syn na to mi powiedział: "Daj spokój, tato, są rzeczy ważne i ważniejsze. Ty mi lepiej powiedz, jak się czujesz, nie potrzebujesz czegoś?".
Od tej pory myślę, że mam najlepszego syna na świecie.
Moimi sąsiadami jest młoda rodzina, dotychczas mieli tylko 11-letniego syna, a niedawno urodziły im się jeszcze bliźniaki (dwóch chłopaków).
Ten 11-latek, Maciek, był ostatnio u nas pograć na konsoli z moim młodszym bratem. Akurat przyszła do mnie koleżanka i gdy dowiedziała się o tych bliźniakach zapytała, czy to są bliźniaki jednojajowe. Maciek bez zastanowienia odpowiedział: "Nie, mają normalnie po dwa jajka!".
Dodaj anonimowe wyznanie