#HpbYi

Czy znacie "Kamizelkę" Bolesława Prusa? Historia w niej przedstawiona kojarzy mi się z historią mojej babci i mojego dziadka.

Mimo trudów codzienności bardzo się kochali i szanowali. Babcia była piękną, zgrabną i elegancką kobietą. Któregoś dnia ubzdurała sobie, że musi schudnąć. Całymi dniami ciężko pracowała, czasy były jakie były, kobiety miały następujący pomysł na dietę cud - picie octu. Nie, nie octu jabłkowego, zwykłego octu z wodą. Dziadek prosił, żeby przestała go pić, tłumaczył, zapewniał, że jest piękna.
Nic nie pomagało do czasu kiedy mój dziadek, który był krawcem, wpadł na genialny pomysł. W nocy, kiedy babcia spała poszerzał jej spódnice i sukienki. Babcia "schudła" tak szybko, że roztwór wody i octu nie zdążył jej zaszkodzić. Zadowolona z efektu przestała go pić.

Sprawa się wydała, ale babcia nie odchudzała się już nigdy w tak głupi sposób. Żyli długo i szczęśliwie, mimo czasami kiepskiej sytuacji finansowej i chorób. Otoczeni troską i miłością, jaką dali swoim dzieciom i wnukom, taką też otrzymali z nawiązką.

Każdemu życzę takiej miłości, na swoją cierpliwie czekam.

#xjOFI

To jest tak wstydliwa historia, że nawet nie wiem jak ją "ubrać" w słowa...

Oczywiste jest, że małe dzieci są ogromnie zainteresowane światem, poznawaniem nowych rzeczy, własnego ciała... Więc o tym ostatnim będzie.

Gdy byłam mała, oglądałam w lustrze swoje ciało. I tak pewnego razu wypinając tyłek do lustra zobaczyłam tam... dziurę. I jako może 5-letnie dziecko nie byłam uświadomiona, że dziewczynki mają dwie takie dziury. Przez kilka dni obserwowałam, czy ta druga dziura się zrasta, znika, no ale nie. Byłam bardzo przerażona i nie wiedziałam, do czego to służy (myślałam, że dwójeczkę załatwia się przez tę pierwszą dziurkę, nie wiem dlaczego).

Pewnego wieczoru po kąpieli poszłam do rodziców z płaczem, że pewnie umrę niedługo, bo mam w dupie dziurę. Oni jako opiekuńczy rodzice wzięli mnie do pokoju, żebym im pokazała, o jaką śmiertelną pustą przestrzeń chodzi. Pamiętam, że tata wybuchł śmiechem i wyszedł, a mama wytłumaczyła mi do czego to służy.

Wstydzę się tego do tej pory.
Rodzice na szczęście nigdy nie wracają do żadnego kompromitującego wydarzenia z dzieciństwa swoich pociech.
Głupim dzieckiem byłam, ot tyle.

#rL92q

Parę lat temu skończyłam studia i jak to u nas w kraju bywa, zaczęłam szukać pracy, lecz bez skutku. W trakcie studiowania miałam kilka dorywczych prac, lecz tylko na umowę zlecenie i po ostatniej takiej umowie powiedziałam, że nigdy więcej, ponieważ zostałam bezczelnie oszukana, ale nie o tym tu mowa. 

Któregoś cudownego wieczoru przyszła do mnie na pogaduchy koleżanka i powiedziała mi, że u nich jedna dziewczyna odchodzi i szukają kogoś na jej miejsce. Dla mnie była to rewelacyjna wiadomość, gdyż praca była w systemie zmianowym w jednym ze sklepów odzieżowych w galerii i na dodatek na umowę o pracę, o co w tych czasach ciężko. Następnego dnia zaniosłam CV i już następnego dnia zostałam umówiona na rozmowę. Spośród jedenastu dziewczyn wybrano mnie i jeszcze jedną dziewczynę. Byłam bardzo szczęśliwa. Po paru dniach od rozmowy, po przejściu badań, miałam rozpocząć pracę. Poprzedniego dnia położyłam się wcześniej, żeby nie zaspać, bo przecież nie wypada się spóźnić pierwszego dnia. 

Uff, udało się, dotarłam do pracy 15 minut przed czasem, kierownik zaprowadził mnie na zaplecze, pokazał, gdzie jest moja szafka itd. Następnie wyszedł, żebym się spokojnie przebrała i wyszła na salon. Pech chciał, że tego dnia założyłam płaszczyk przed kolano ze skórzanym obcisłymi rękawami i rozpinając zamek na wysokości klatki piersiowej w zamek wplątała się podszewka, im bardziej ciągnęłam, tym było gorzej, zamek w ogóle się nie ruszał. Mija dziesięć minut nic się nie zmienia, ja zdenerwowana szarpię zamek, wiem, że muszę zacząć pracę, a tu nie mam jak wyjść, bo w kurtce nie wyjdę. Wybija godzina, w której mam rozpocząć pracę, a ja w kurtce. Wpadam więc na pomysł - zdejmę przez głowę. Cholera, moje włosy, mój warkocz francuski, będę rozczochrana. No trudno, próbuję, szarpię, prawie łeb utknął na nosie, stoję z rękami w górze z twarzą zakręconą w kurtce, łapię oddech, szarpię się i nagle wchodzi kierownik. 

I już o nic nie pyta, widzi, czemu jeszcze nie pracuję. No cóż, zdana na kierownika stoję jak czubek, a kierownik próbuje uwolnić mnie z kurtki. Ściąga ją przez głowę, czuję, jak sweter odsłonił brzuch. A tu nagle wchodzi na zaplecze któraś z dziewczyn, która tam pracuje. Ja jeszcze nic nie widzę, ale słyszę "OK, nie przeszkadzam" i wychodzi. Wtedy kierownik mnie uwalnia, ja stoję czerwona jak burak z podartym nosem od zamka i rozczochranymi włosami, czuję, że zapadam się pod ziemię. Kierownik daje mi chwilę na ogarnięcie się i podjęcie pracy. 

Wychodzę, a tam każdy na mnie patrzy jak na dziewczynę, która pierwszego dnia "miziała się" z kierownikiem... Sprawa później została wyjaśniona, pracuję tam już ponad dwa lata i teraz się śmiejemy z tej historii, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu...

#D11vg

Moja rodzina nigdy nie była przesądna. Jednak ten dzień zapamiętałam na zawsze. Chodziłam wtedy do gimnazjum. Zaplanowany był wyjazd na Słowację lub Węgry (nie pamiętam dokładnie), a termin akurat przypadał na mój turniej. Grałam w siatkówkę, a byłam kapitanem, więc musiałam się na nim pojawić. Chcąc nie chcąc miałam zostać w domu, podczas gdy moja familia wypoczywałaby na urlopie. Mieli wyjechać w feralny piątek trzynastego.
 
Jednak już od rana nie było tak wesoło. Mój wujek zachorował i musiał chodzić cały dzień po lekarzach. Na budowie mojego szwagra zawalił się dach (jemu nic się nie stało), wujek zgubił kluczyki od auta, siostra zachorowała, a druga siostra pojechała ze swoim trzyletnim dzieckiem do szpitala, bo dostało choroby żołądkowej. Nieprawdopodobne, co? Okropny pech, nie? Też tak myśleliśmy. 

Na wycieczkę nie pojechali, a dzień później spłonął pensjonat, w którym mieli się zatrzymać.

#mXEji

Nienawidzę hałasu.
Z tego powodu kupując mieszkanie zdecydowałem się zamieszkać na osiedlu, gdzie dominującą grupą są emeryci.
Wydawać się może - sielanka, żadnych głośnych imprez, cisza i spokój.

Niestety bańka pękła już pierwszego wieczoru, kiedy to ze snu wybudziły mnie odgłosy rodem z najgorszego filmu dla dorosłych. Dosłownie myślałem, że ktoś morduje jakiegoś biednego psa. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy ten same jęki obudziły mnie niczym świt, a mało tego - towarzyszyły jeszcze kilkukrotnie w ciągu dnia. Ich głośność była naprawdę bardzo duża, gdyż pochodziły z mieszkania nade mną.
Pomyślałem - róbcie sobie ludzie co chcecie, ale takie jęki o 5 nad ranem to coś bardzo irytującego, więc postanowiłem wyjaśnić tę sytuację.
Okryłem tajemnicę - sąsiadka z góry zajmuje się swoją mamą. Kobieta jest w stanie wegetatywnym, nie ma z nią żadnego kontaktu, nie mówi, nie je i praktycznie cały czas krzyczy albo jęczy przeraźliwie głośno.

Możecie mnie w tym momencie zlinczować.
Naprawdę współczuję zarówno tej chorej kobiecie, jak i (i to zdecydowanie bardziej) jej córce, która musi się nią zajmować.
Ale jestem na skraju swojej wytrzymałości.

Mieszkam tu od roku. Przed koronawirusem większą część dnia spędzałem poza domem i udało się mi się unikać tych dźwięków (z wyjątkiem tych rannych i nocnych). Przez kwarantannę i pracę zdalną jestem na skraju szaleństwa.
Te krzyki i jęki nie ustają, są w każdej godzinie mojego życia. Nie mogę się na niczym skupić, nie mogę pracować, w spokoju odpocząć, zrobić czegokolwiek. Zatyczki do uszu pomagają na chwilę, spróbujcie je nosić 24/7 - tak się po prostu nie da. Żebyście mogli zrozumieć skalę tego hałasu - podczas spotkań wideo w pracy, jeśli mam włączony mikrofon, to te jęki słyszą również moi klienci. A naprawdę brzmią one jak dość jednoznacznie, więc zażenowanie jest wypisane na ich twarzach.

Możecie mi powiedzieć, że nie mam w sobie zrozumienia dla choroby innych i robię problem z niczego.
Proszę, możecie mnie zlinczować, ale zanim to zrobicie, odpalcie na jakimś głośniku - dość głośno, zapętlone na 16 godzin odgłosy filmu dla dorosłych, zamknijcie to w szafie i starajcie się normalnie funkcjonować, pracować i spać przez choćby jedną dobę.

Ja naprawdę nie wiem już, co mam zrobić. Przeprowadzka nie wchodzi w grę, wielkie remonty wyciszające moje mieszkanie też nie. Naprawdę jestem na skraju swojego wytrzymania i zmęczenia.

Anonimowe w tym wyznaniu jest to, że od roku nie marzę o niczym innym niż o widoku karawanu przyjeżdżającego po tę kobietę.

#VRhZA

W weekend poszłam na imprezę, z powrotem nigdy nie mam problemu, tyle że tym razem kumpela, która zwinęła się do domu wcześniej, miała w torebce mój portfel z całą zawartością. Godzina 2-3, jadę windą. Zaczepiłam dwóch chłopaków w wieku 20-25 lat, czy mogą mi sprawdzić tramwaj, bo w nocy ciężko o jakikolwiek dojazd (mój telefon się rozładował, jak mieć pecha, to mieć pecha). Jedziemy windą, chłopak dał mi telefon, sprawdzam. Wychodzimy, już prawie się załadował rozkład, już się cieszę, że będę wiedziała, czy mam jak wracać. Jeden z chłopaków pyta, gdzie jadę, odpowiedziałam mu. Nagle wziął mi ten telefon, ja stoję jak głupia, nie wiem, o co chodzi, po czym powiedział, że zapłaci mi za taksówkę. Ja zaskoczona pytam dlaczego, a on mówi, że chce żebym bezpiecznie dotarła. Zapłacił taksówkarzowi, życzył bezpiecznej drogi i odszedł.

Pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się taka bezinteresowna pomoc od obcej osoby.

#ZqVxE

Byłam dziś rano na zakupach w sklepie pewnej znanej sieci supermarketów, której nazwy tu wymieniać nie będę. Nadmienię tylko, że mają tam dodatkową promocję na godziny seniorów. Godzina 8, plan był taki, aby kupić jakieś mąki, mleko, to wszystko co już zaczęło się kończyć i aby nie latać potem co chwilę po takie cięższe rzeczy. Wchodzę i już przy wejściu widzę starowinkę, no nic, idę dalej. Ludzi ogólnie mało, spokój. Idę do nabiału i nagle zaczynam czuć się jak na wizycie w domu starców. Jedna babcia, druga babcia, obracam się - dziadek z balkonikiem. Film z Leslie Nielsenem tu kręcą?! Ale nie, przecież nie żyje, więc to rzeczywistość, dość ponura.

W zasięgu wzroku 70% osób to ludzie z siwymi włosami. Wchodzę do innej alejki - babcie. Wiedząc, że sklepy zamykane są na dwie godziny dla seniorów, uprzykrzając życie większości ludzi, już lekko wkurzona skręcam do kasy, a tam dziadek. Cały na brązowo, bez maski, charka i trzęsie się przy kasie, a przed nim nie kto inny, lecz dwie kobiety, które również spokojnie łapałyby się na godziny seniorów. Ktoś rzuca pod nosem nawiązanie do godziny seniorów, no kurde, wcale się nie dziwię.

I żeby nie było, nie mam pretensji do tych dziadków, jak jeden z drugim od 1975 roku codziennie chodzi o tej samej godzinie do sklepu, to trudno to niektórym wybić z głowy. Pokazuje to jednak, że godzina seniora w ogóle się nie sprawdza, co zgłaszają rządzącym właściciele sklepów oraz sami klienci. Sklep jest otwarty raptem dla naprawdę pojedynczych osób, które również spokojnie zrobiłyby zakupy rano. Później koło 12 robi się armagedon i jeden na drugim się ładuje do sklepu, miejsc parkingowych brak, więc gdzie tu przeciwdziałanie epidemii?

#8nsQ0

Byłam z moim bratem i rodzicami w restauracji, z okazji moich urodzin. Braciszek ma dopiero 3 latka, więc jak to dziecko, nie może usiedzieć przy stole. Jako że w lokalu była mała sadzawka, to postanowiliśmy pooglądać rybki. Widząc złotą rybkę powiedziałam mu, że jak teraz pomyśli życzenie, to ono się z pewnością spełni. Karolek po chwili powiedział mi najpiękniejsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałam: "Chcę żeby się spełniło twoje życzenie zamiast mojego".

Prawie się popłakałam. Podobno wiele można się nauczyć od maluchów. W 100% to potwierdzam :)
Dodaj anonimowe wyznanie