#YKmqn

Często mówi się, że kobieta nie może odejść od faceta, jak ten ją bije. A co ma powiedzieć facet, który od paru lat jest mieszany z błotem, traktowany jak śmieć i człowiek gorszego sortu?

Mój dzień wygląda następująco. Praca-dom-zakupy-słuchanie wyzwisk i jaki to ja jestem zły. Kolegów nie widziałem już parę miesięcy, ponieważ jest z każdym pokłócona, a jako dobry facet bez niej nie pójdę, bo nie wypada.

Wczoraj (sobota) już całkiem przesadziła, zrobiła awanturę, że o 7 poszedłem do toalety, przez co ją obudziłem, a ona taka zmęczona (siedzi i zajmuje się domem), poszedłem do drugiego pokoju i zająłem się sobą (nie, nic z tych rzeczy, odprężam się grając w gry, tudzież oglądając YT, TV to ściema i nic tam ciekawego nie ma poza Discovery). Po dwóch godzinach przyszła, zaczęła rzucać we mnie rzeczami, czemu gram zamiast się położyć obok niej i ją przepraszać (spędzam z nią 24/7, nawet w pracy muszę ciągle z nią pisać). Nie wytrzymałem, puściły mi nerwy, wywaliłem laptopa w ścianę, po czym sam przywaliłem w drzwi obok jej głowy. Scenę można wyobrazić sobie jak z jakiegoś filmu, biedna niewiasta stoi przestraszona, obok niej facet schylony, wkurwiony z zakrwawiona ręką w drzwiach mówi "wynoś się, bo zaraz coś ci zrobię". Kazałem osobie, którą kocham odejść, by nie zrobić czegoś głupiego, już nie mogłem wytrzymać.
Będę cierpiał z tego powodu, ale chyba trzeba by już to zakończyć.

#LDirw

Niedawno było tu dodane wyznanie, pod którym rozpętała się wojna światowa o wypuszczanie i niewypuszczanie kotów z domu. Wiem, że to wyznanie spotka się z niemałym hejtem, jednak chciałabym napisać swoje zdanie na ten temat.

Moje całe dzieciństwo spędziłam na wsi, koty latały po całym podwórku, kiedy jakaś kocica się okociła bądź suka oszczeniła, to babka brała małe kotki czy pieski, szła za obórkę i wracała już bez zwierząt.

Byłam za mała, by jakkolwiek zareagować, gdyż miałam 3-4 lata i te rzeczy znam głównie z opowieści mamy, która oczywiście nie popierała zachowania babki, wręcz je piętnowała. Babka twierdziła, że "Takie małe kotki i tak nic nie czują, to po co ich męczyć?". Tak, bo kurna lepiej utopić w misce...

Druga sprawa: nie dało się tych kotków w jakikolwiek sposób wyłapać i wysterylizować, gdyż były dzikie; pamiętajcie, że nie wszystkie koty są oswojone, szczególnie te, które od urodzenia nie mają styczności z człowiekiem. Więc zdarzało się, że kota walnął  samochód, jednak kto by się przejmował jakimś głupim kotem, kiedy do oporządzenia jest 40 krów?

Babka po jakimś czasie zmarła na zawał serca i moja mama dopiero wtedy zaczęła się dowiadywać, że można dla kocic dawać antykoncepcję w tabletkach, którą przepisuje weterynarz. Wcześniej nie miała czasu ani skąd się dowiedzieć, gdyż dopiero rok po śmierci babki podłączono nam internet.

Dzikie, wolno chodzące koty też są potrzebne, gdyż u nas w ekosystemie brak jest naturalnych wrogów myszy oprócz człowieka. Jedna mysz może zjeść nawet kilogram zboża przez miesiąc, a co jak tych myszy jest całe stado?

Moje koty wpieprzały całe życie suchą karmę, najtańszą, i jakoś nic im nie było, nigdy nie chorowały, bo oprócz suchej karmy łapały także myszki, a myszy mają białko, potas i sód, tak więc bardziej zróżnicowana dieta im nie była potrzebna. Do domu nie były wpuszczane nawet zimą, nawet jeżeli były mrozy po -20 stopni, spały w stodole na sianie, przytulone do siebie. A zresztą, to były takie dzikusy, że nawet nie chciały wchodzić do domu.

Zwykle dachowce wolą siedzieć na podwórku i to mają zapisane w genach, tak samo jak to, że psy wolą siedzieć w domach i przytulać się do kapci właściciela. Współczuję wszystkim kotom, których właściciele napisali, że oni by nie wypuścili kotka z domu, ponieważ kotki męczą ptaszki. Koty ich nie męczą, tylko mają taki instynkt, tak samo jak lwy czy gepardy tak samo nie zawsze zjadają swoje ofiary, czasami chcą się tylko pobawić i poganiać.

#DgKN0

Od niedawna mój sąsiad ma gołębie. Mieszkamy na przedmieściu i właściwie nie wiem po co komuś, kto ma małą działeczkę, są potrzebne te ptaki. Jakby w samym mieście ich było za mało!
Problem w tym, że on je musi wypuszczać, czy też jak sam mówi "wylatać". Robią kółka wokół domów sąsiadów i wracają do klatek, a sąsiad pęka z dumy.

Szkoda tylko, że wraz z gołębiami zaczął się problem z ich odchodami. Trochę się na drobnoustrojach znam i wiem, że gołębie mogą przenosić poważne choroby. Nawet jeśli sąsiad ma rasowe szczepione gołębie, nie chciałabym ryzykować. Poza tym większość osób z sąsiedztwa nie ma garażu i parkuje auta przed domem. Moje jest ciągle brudne od odchodów.

Próbowałam rozmawiać z sąsiadem o tym problemie, wyśmiał mnie. Dosłownie powiedziałam, że brudzą moje podwórko kupami i załatwiają się na samochód, a sąsiad odpowiedział tylko "One nie brudzą" i sobie poszedł, zaśmiewając się głupio.
Rozmawiałam z innymi sąsiadami. Albo nie widzieli problemu, bo mieszkali z dala od sąsiada i do nich kupy nie docierały, albo nie chcieli się wtrącać i mieć święty spokój.

Anonimowe w tej całej historii jest to, że ja zaczęłam te gołębie podtruwać. Sąsiad nigdy nie miał problemu z tym, że jego gołębie przesiadują na podwórku jego sąsiadów, więc wyłożyłam trutkę w swoim. Zajadały ją chętnie. Po pewnym czasie zaczęły ptaki zaczęły mu padać. Później słyszałam jak krzyczał do żony, że ma jakąś zarazę w gołębniku.

Obecnie cieszę się spokojem, bo sąsiad nie dokupował już więcej tych gołębi. Później dowiedziałam się, że planował je rozmnażać i sprzedawać dalej, ot, taki przydomowy biznes prowadzić.

Mogłam pójść z tym do sądu, ale prawda jest taka, że sprawa ciągnęłaby się dłużej i zmarnowałabym więcej czasu. To co zrobiłam nie zasługuje na pochwałę, ale nie na nią liczyłam. Mam to, co chciałam, czyli święty spokój.

#XsIZc

W wieku 22 lat zaszłam w niechcianą ciążę. Na początku byłam w szoku, ale mój partner nawet się z tego powodu ucieszył, więc i ja byłam trochę spokojniejsza. Problemy zaczęły się, gdy mała się urodziła. Okazało się, że mój chłopak wprawdzie chciał mieć dziecko, ale zajmował się nim może 15 minut dziennie. W nocy nie było mowy o wstawaniu, bo on się musi do pracy wyspać, ale wrócenie od kolegów w tygodniu o 4 nad ranem nie było problemem. Weekendowe wieczory spędzał poza domem, bo on się musiał po pracy odstresować.To ja musiałam się o wszystko martwić. Kupowałam ubranka, pampersy i inne pierdoły, które dziecku są niezbędne. Do tego gotowanie, pranie, sprzątanie też było tylko na mojej głowie, bo dla niego to strata czasu i on się nie rozwija, wykonując te czynności.

Co w tym anonimowego? To, że wiem o tym tylko ja. Wśród bliskich gra wspaniałego tatuśka i przykładnego partnera. Mija już trzeci miesiąc, a ja czuję się jak w klatce.

#zLLNf

Lata temu, kiedy byłem jeszcze niedoświadczonym gówniarzem, starsza siostra zaprosiła mnie do siebie do Krakowa. Mama odprowadziła wielce podnieconego mnie do pociągu. Była to moja pierwsza samodzielna podróż pociągiem. Podniecenie stopniowo zamieniało się w strach w miarę zbliżania się do miasta. Żebym nie przegapił wysiadki na dworcu głównym, dla bezpieczeństwa warowałem przy drzwiach już od Płaszowa.

Kiedy wysiadłem, nigdzie nie było widać mojej siostry, toteż wyciągnąłem moją cegłę i zadzwoniłem. Ta, ku mojemu przerażeniu, powiedziała żebym wsiadł w autobus jadący na Kurdwanów i wysiadł na końcu. Nie miałem wyboru. Kiedy wsiadłem, postanowiłem postarać się o bilet, jednak miałem tylko całe 20 zł. Automat nie przyjmie, kierowca nie sprzeda. Odważnie przystąpiłem do pytania pasażerów, czy czasem nie mają rozmienić. Niestety nikt w całym autobusie nie miał, albo wszyscy bali się mojej rudej czupryny. Z rezygnacją usiadłem na wolnym miejscu i jechałem dalej osrany, bo bez biletu.

Po 2 przystankach podeszła do mnie jakaś starsza pani, wręczyła mi swój bilet ze słowami "Ja już wysiadam, lecz mój bilet jest nadal ważny, trzymaj, może ci się przydać". Podziękowałem, i zrobiłem pełną wdzięczności minę, jakby mi życie uratowała. I uratowała, bo na następnym przystanku wsiadł miły pan "proszę bileciki do kontroli".

Nadal jestem wdzięczny za ten akt dobroci dla bezbronnego rudego chłopczyka.

#djHQk

Kiedy miałam ok. 7 lat mój starszy brat powiedział mi, że pokazanie środkowego palca to znak pokoju między ludźmi. Przez pierwsze dni pokazywałam "znak pokoju między ludźmi" przypadkowym ludziom na ulicy, ale z czasem mi to przeszło.

Niedziela. Cała rodzinka w kościele na Mszy Świętej. Ja znudzona bawiłam się jakąś zabawką przyniesioną z domu. Nagle słyszę głos księdza: "Przekażcie sobie znak pokoju!". Niewiele myśląc pokazywać wszystkim "znak pokoju między ludźmi", którego nauczył mnie starszy brat. 

Z jakiegoś powodu od tego dnia chodziliśmy już do innego kościoła.

#C0wNk

Jako dziecko byłam bardzo dociekliwa i często pytałam rodziców o różne rzeczy. Kto miał kiedykolwiek do czynienia z dziećmi, ten doskonale wie, ile pytań potrafią zadawać.
Problem w tym, że po pewnym czasie zbyt często słyszałam jako odpowiedź "nie wiem", żebym tylko się odczepiła. Nie zniechęciło mnie to.

Chodziłam już do szkoły, była to pierwsza lub druga klasa podstawowa. Zaczęłam wtedy weryfikować, czy osoby z mojego otoczenia są mądre czy głupie.
Pamiętam, że kiedyś wdałam się w dyskusję z wujkiem na temat tego, że Hania, moja kuzynka, dostaje od rodziców wszystko co tylko chce. Wyliczył mi wszystkie atrakcyjne na tamte czasy rzeczy, które jej kupił. Swoją drogą to było trochę okrutne ze strony jej ojca, że mówił mi to, bo wiedział, że moich rodziców nie było na nic stać. Zapytałam go więc, czy Hania ma już trzecią część Harry'ego Pottera na kasecie. Jej ojciec odpowiedział, że nie tylko na kasecie, ale też na płycie. To było łgarstwo, bo tej części jeszcze nie było nawet w kinie. Powiedziałam mu to i sobie poszłam, od tej pory traktowałam go jak kłamcę, któremu nie można ufać.

Innym razem zapytałam rodziców o coś ze Starego Testamentu, nie pamiętam co to było dokładnie, ale pytanie nie było istotne. Znałam odpowiedź na nie, chciałam tylko sprawdzić, czy to co mi mówią jest zgodne z prawdą (swoją drogą rozumiałam już kłamstwo, ale nadal myślałam, że jeśli ja coś wiem, to moi rodzice również). Odpowiedzieli, że nie wiedzą i zajęli się swoimi sprawami, natomiast ja uznałam, że moi rodzice są głupi.

Od tamtej pory informacji szukałam w książkach, w bibliotece, a później też w internecie. Nie ufałam im, nawet nie wiedząc w sumie dlaczego.

Po latach przypomniałam sobie ten okres z dzieciństwa. Przypomniałam go również rodzicom, kiedy pytali mnie, czemu nie mogę być taka jak oni i chodzić normalnie do kościoła jak wszyscy. No cóż, szukając informacji o świecie sama budowałam swój światopogląd. Nikt tak jak książki historyczne i internet nie opowiedziałby mi o krwi przelanej w imię wiary, o krucjatach i o pedofilii w kościele i wielu innych rzeczach. Poza tym odkryłam inne religie na długo przed tym, jak była o nich mowa w szkole. I zrozumiałam, że są inne wyjścia, że nie trzeba żyć jak wszyscy w okolicy.

Bierzmowanie przyjęłam bez sprzeciwu w wieku 15 lat, ponieważ w domu panowało przekonanie, że póki jestem pod ich dachem, muszę robić co mi każą. I byłam grzeczna, bo nie chciałam się kłócić (rodzice wtedy potrafili być nieznośni i na przykład psuć mi rzeczy). W wieku 18 lat dokonałam apostazji. Taki wstyd dla rodziny... Dowiedzieli się o tym ode mnie, kiedy okazało się, że nie mogę podawać do chrztu dziecka mojej kuzynki. Na początku nawet nie zrozumieli co to jest ta cała apostazja.

Cieszę się, że jestem sobą, ale mam żal do nich o swoje dzieciństwo.

#X1GO6

Mieszkam na osiedlu domków jednorodzinnych, pobudowanych jeszcze za komuny, około 40 lat temu. Towarzystwo różne, zarówno pod względem majątkowym, jak i intelektualnym. Większych zgrzytów nigdy nie było, nawet jak ktoś zrobił imprezę w ogródku do 4 rano czy ciął drewno na pile tarczowej przez cały dzień, czy słuchał głośno muzyki. Sprawy załatwiano we własnym zakresie nawet jak ktoś się pobił o podział ogródka, większość domów to były bliźniaki i ludzie czasami wchodzili sobie na teren.

Za płotem mieliśmy tak zwane pole, do czasu aż odrolniono ziemię i zaczęli się tam budować nowobogaccy. Towarzystwo z wyższej grzędy, byznesmeny i wyżsi urzędnicy miejscy. Większość sąsiadów była oddzielona rowem melioracyjnym i szpalerami tuj lub świerków. Ja miałem pecha, bo trafiłem na wyjątkową mendę z widokiem na jego hacjendę, A wiadomo, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zaczęły się uwagi o słuchanie muzyki na grillu czy robienie samego grilla, głośne zabawy dzieci i tym podobne pierdoły, które wszyscy sąsiedzi nawzajem tolerowali.

Wczesną wiosną, kiedy ludzie robili porządki, nikt nikomu nie robił problemu, że spaliło się parę gałązek w ogrodzie. Tym razem życzliwy sąsiad zadzwonił po straż miejską i dostałem mandat. Ognisko dawno się wypaliło, trwało dosłownie 5 minut, ale sąsiad zrobił sobie nagranie, a niestety ma widok na mój ogród.

Jest to lokalny wyższy urzędnik, wiec nie miałem co do niego startować, a do tej pory zdążył mi jeszcze uprzykrzyć życie inspekcją odnośnie odprowadzania deszczówki do kanalizacji, więc stawanie okoniem skutkowałoby kolejnymi inspekcjami.

Rozpuściłem plotkę, że sąsiad to czepliwy kabel, nieżyczliwy i resztę ludzi ma za śmieci. By uwiarygodnić przekaz, sam kablowałem na sąsiadów i zwalałem winę na mojego milusińskiego. Obecnie nikt mu nie mówi dzień dobry, nie ma co liczyć na pomoc sąsiadów i każdy go obgaduje i obwinia za wszelkie nieszczęścia, jak np. kontrole pieców.

Ciekawe, czy zmieni podejście kolejnym razem.

#1GHTV

Kiedy byłam mała, miałam problem z wymową "w". Zamiast "w" mówiłam "h", a zatem zamiast Hawaje - Hahaje, wafelki - hafelki. Jednak najlepszym okresem dla mojej rodziny był czas, kiedy przyjeżdżał do nas wujek. Wujek. Oczywiście również zamiast "w" mówiłam "h" i biegałam po całym domu, krzycząc zamienione słowo (nakręcali mnie rodzice, którzy zwijali się ze śmiechu).

Biedny wujek przez długi okres, za każdym razem, kiedy nas odwiedzał, od progu pytał, czy już ta wada mi minęła :)
Dodaj anonimowe wyznanie