#ak3lm

Dokładnie 2 lata temu poznałam miłość swojego życia. Przynajmniej tak wtedy myślałam. Codziennie mówił mi, że nie wyobraża sobie życia beze mnie i jeśli kiedyś go zostawię, to chyba rzuci się pod pociąg. 

Ostatnio dowiedziałam się, że jest u mnie podejrzenie raka piersi. Załamałam się, ale byłam pewna, że mój chłopak, z którym planowaliśmy zamieszkać razem, zawsze będzie mnie wspierał. Gdy się dowiedział stwierdził, że jednak nie możemy być razem, bo jego uczucia już nie są takie same :) Po rozstaniu bardzo szybko znalazł sobie nową. Ja płakałam dniami i nocami, to co przeżyłam wiem tylko ja. Pisałam do niego, jak idiotka błagałam o szansę. On stwierdził, że nie kocha mnie od miesięcy. 

Dowiedziałam się, że na szczęście to nie jest rak, a torbiel. Jakoś poukładałam sobie życie i wtedy zadzwonił on mówiąc, że rozmawiał z moją przyjaciółką i ta powiedziała mu, że wszystko u mnie dobrze, stwierdził więc.. że możemy być razem, bo jego była kopnęła go w tyłek.

#yT16Y

Zarysuję sytuację - w chwili zdarzenia byłam w związku z ówczesnym chłopakiem ok. 2-3 lata. Oboje mieszkamy w tym samym mieście, w którym mieści się szpital. On z zawodu był ratownikiem medycznym i pracował w tymże szpitalu.

Po 2 latach związku postanowiliśmy iść o krok dalej i z racji tego, iż zawsze zabezpieczaliśmy się podwójnie (ja tabletki, on prezerwatywa), to postanowiliśmy zaszaleć. Zrezygnowaliśmy z gumki, oboje chcieliśmy poczuć jak to jest, gdy on skończy we mnie, ot tak, nasza ciekawość. Wiedzieliśmy, że jest cień szansy na ciążę, bo antykoncepcja hormonalna nie jest skuteczna w 100%. Byliśmy tego świadomi, ale wolelibyśmy nie mieć dziecka.
Seks był cudowny, wymieniliśmy się odczuciami jak nam było i w sumie to wszystko.

Akcja zaczęła się następnego dnia, gdy zadzwonił budzik w telefonie, by przypomnieć mi o tabletce. No i okazało się, iż zapomniałam poprzedniego dnia wziąć tabletkę...
W głowie milion myśli, szybka narada z chłopakiem i decyzja, jedziemy na pomoc doraźną po tabletkę dzień po. Zestresowałam się dość mocno, bo przecież nie chciałabym dziecka, ale wiedziałam, że to nie pora na dzidziusia, więc trzeba działać.

A propos wcześniejszej deklaracji, iż byliśmy świadomi tego co robimy - braliśmy pod uwagę, iż mogę zajść w ciążę, ale było to małe ryzyko. A w sytuacji, gdy nie byliśmy zabezpieczeni prezerwatywą i dodatkowo była zbyt duża szansa na to, że tabletki nie zadziałają, to szanse na ciążę drastycznie się zwiększają, a aż tak śpieszno do ciąży nam nie było.

Po przyjeździe pod szpital luby oznajmia, iż pójdę tam sama, bo jego wszyscy znają. OK. Przyjmuję to do wiadomości i wtedy nawet rozumiem jego decyzję.
No to idę, przyjmuje mnie pielęgniarka, mówię o co chodzi, a ona krzywo na mnie patrzy i mówi, że mam iść do lekarki. Wchodzę do gabinetu, opowiadam kolejny raz ze skrępowaniem o co chodzi, a młoda lekarka odpowiada mi, iż nie wyda mi tej tabletki, bo nie może. Nie jest uprawniona do wypisania takiej recepty, tylko ginekolog może ją wypisać. Przyjęłam to do wiadomości i wychodzę.

W aucie opowiadam całą historię chłopakowi, przy czym się rozpłakałam. Byłam bezradna, nie wiedziałam co mam robić. Był sobotni wieczór i nie było szans na wizytę u ginekologa. Byłam przerażona myślą o wczesnym macierzyństwie i o tym, że nawet nie mam stałej pracy i pewnego źródła dochodów. Chłopak mnie pocieszał, że damy radę, że jakiś sposób na pewno się znajdzie, oraz był zły na lekarkę, że nie wypisała mi recepty, którą wypisać może każdy lekarz.

Historia kończy się tym, iż wzięłam kilka tabletek naraz i miałam nadzieję, że to pomoże.
W ciążę nie zaszłam, ale po kilku latach mam okropny żal do tego chłopaka, że chciało mu się eksperymentować, ale już nie chciało mu się iść ze mną do gabinetu, bo  bał się co powiedzą w pracy, jak się dowiedzą.

#EzEkZ

Całe zajście miało miejsce, jak jeszcze chodziłem do gimnazjum. Byłem wtedy zbuntowanym nastolatkiem - długie włosy, metal itd. Jestem bardzo podobny do mamy, a wtedy byłem wyższy od niej tylko o kilka centymetrów. Po dziś dzień jak pokazuję dowód w długich włosach to myślą, że jest to dowód mojej mamy. Ale mniejsza z tym.

Jak zazwyczaj siedziałem na kompie do późna w nocy. Po północy zostałem napadnięty przez mały głód. Więc poszedłem sobie po jogurt truskawkowy. Po skończeniu wstałem odnieść wszystko, pokój mam obok kuchni, więc nie trzeba było włączać światła. Łyżeczka i kubełek do zlewu, wieczko do kosza. Niestety nie wpadło do kosza i upadło na płytki, więc schyliłem się, aby je podnieść. W momencie podnoszenia go poczułem ręce na klatce piersiowej. Odwróciłem się i pytam "Tato, co ty robisz?!". Ojciec zaklął i wziął ręce i uciekł z powrotem do pokoju. Pomylił mnie z mamą.

Nigdy więcej nie wspominaliśmy o tym incydencie.

#wT5R0

Wczoraj mój szef wpadł do mojego gabinetu i zlecił mi telefoniczną rozmowę z pewnym klientem naszej firmy. „Tylko uważaj. Ten gość jest strasznym kut#sem!” - ostrzegł mnie. Chciałam zrobić wrażenie osoby, która nie boi się trudnych wyzwań, ma duże doświadczenie w rozmowach z trudnymi interesantami i jest pewna siebie, więc od razu rzekłam: „Spokojnie. Dam radę. Z kut#sami radzę sobie znakomicie! Codziennie mam z nimi do czynienia!”. Szef spojrzał na mnie z grobową miną, westchnąwszy ciężko pokręcił głową i wyszedł.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak zabrzmiało to, co powiedziałam...

#mi04G

Od czasu do czasu pomagam na stoisku mojemu bratu. Stoję w galerii na tzw. wysepce, oznacza to, że z każdej strony każdy widzi twój ruch. Trochę uciążliwe, no ale... 


Tak oto siedzę sobie z laptopem, a mężczyzna z dzieckiem, który zatrzymał się obok, zaczął malcowi tłumaczyć: "Widzisz? Pani uczy się na architekta, a w weekendy dorabia sobie tutaj".

Taaak. Problem w tym, że właśnie grałam w Simsy... ;)

#YwjeE

Irytują mnie własne zwieracze.
Branie prysznica powoduje u mnie natychmiastową potrzebę zrobienia kupy. Czasem wystarczy, że wejdę pod wodę, namydlę się i już czuję, że zaraz się zesram, więc szybko kończę prysznic i często jeszcze mokra siadam na tron.
Próbowałam pić kawę, maślankę, kombuchę, zrobić co swoje i się umyć i nic. Dopiero prysznic wypuszcza potwora z otchłani.

#7LEoD

Od ponad roku jestem w "szczęśliwym" związku z Tomkiem. Szybko zamieszkaliśmy razem, on dopiero co wyfrunął z gniazda, bo ja zostałam wyrzucona z mieszkania przez moją rodzicielkę tuż przed 18 urodzinami. Skończyłam studia, jedne, drugie, pracuję w spółce z o.o. Nie mamy własnego mieszkania, wynajmujemy kawalerkę, ciasną, czasem mam wrażenie, że się duszę w tym mieszkaniu. Niestety nie stać mnie na własne mieszkanie.
Tomasz marzy o ślubie, budowie domu, gromadce dzieci, jego rodzice też chcieliby mieć już wnuki. A ja?
Przy naszych dochodach nie wiem, czy kiedykolwiek będzie nas na to stać. Choć właściwie to ciężko mi jest określić, jakie nasze dochody są. Bo wiem, jakie są moje. Oboje mamy jakieś zobowiązania. Tomasz pracuje po 12 godzin dziennie, ale ile zarabia nie wiem. Zaczęłam przyzwyczajać się do tego, że nie ma go w domu. Większość zakupów robi nam jego mama i szykuje paczuszki. Czynsz i media płacimy po połowie.

Nie wyobrażam sobie naszego dalszego życia. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie naszego ślubu - masę obcych ludzi i ja sama, bo z nikim ze swojej rodziny nie utrzymuję kontaktu. Budowa domu to jakaś abstrakcja w ogóle. Kredyt do końca życia? Dziecko, kredyt - czy aby jedno drugiego nie wyklucza? Wspominam swoje dzieciństwo - czworo rodzeństwa, brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony rodziców, notoryczny brak funduszy... Nie chcę narażać nikogo na takie życie. Zawsze musiałam radzić sobie ze wszystkim sama. Sama musiałam dbać o to, żeby mieć co jeść.

Teraz mam 28 lat, jestem zagubiona, nie wiem czego w życiu chcę. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby mi samej. Przecież i tak większość czasu spędzam sama. Niby się kochamy, ale czasem mam wrażenie, że mój partner zupełnie buja w obłokach. Tak jakby nie miał pojęcia na czym życie polega. Może ja nie wiem? Naoglądał się szczęśliwych modeli rodzin wśród swoich znajomych, ale nie bierze pod uwagę tego, że my nie mamy aż takich możliwości.

Macierzyństwo mnie przeraża. Nie wydaje mi się, żebym mogła temu podołać. Często nawet nie chce mi się gotować obiadu.
Coraz częściej myślę o tym, jakby to było przychodzić do pustego mieszkania, rozpalić w kominku i z kubkiem gorącej czekolady, ulubioną książką wyłożyć się na kanapie.

#7nyFW

Kiedyś, lata temu, wkurzył mnie chłopak, pokłóciliśmy się i poszedł spać. Byłam na niego wściekła, bo nie miał racji, ale był przekonany, jak zawsze zresztą, że to on się nie myli i jest bez winy. Gdy zasnął, postanowiłam skoczyć do sklepu po lody, a że było ciemno, a ja się bałam łazić po nocy, to postanowiłam cichaczem pożyczyć jego auto. Wzięłam kluczyki i pojechałam.
Zakupiłam lody na pocieszenie i wróciłam pod blok. Niestety okazało się, że miejsce, gdzie wcześniej zaparkował chłopak było już zajęte, więc musiałam postawić auto kawałek dalej.

Rano wstaliśmy, a chłopak dalej był naburmuszony i wielce obrażony. Chciałam do niego zagadać i powiedzieć, że auto przestawiłam, ale miał takiego focha, że odpuściłam.

Wychodzimy z domu i idziemy do auta, bo on podrzuca mnie w drodze do pracy. Chłopak idzie przodem na miejsce, gdzie wieczorem zaparkował i nagle staje jak wryty - auta nie ma! Już widzę, że zaczyna panikować, że auto ukradli. Tak się przeraził, że aż zaczął się do mnie normalnie odzywać! Postanowiłam go lekko ukarać i sobie z niego zażartować, wiec zapytałam z troską, czy może gdzieś indziej auta nie postawił. Odpowiedział, że nie, na pewno mu jego skarb ukradli, bo dobrze zapamiętał gdzie stał samochód. Biegał spanikowany po parkingu, chciał nawet na policję dzwonić, gdy nagle dostrzegł swój samochód zaparkowany kilkanaście metrów dalej... Najpierw ucieszył się jak nigdy, sprawdził, że auto jest całe, nic nie zginęło, a po chwili zmarkotniał i powiedział, że jak nic musiał tam je postawić i o tym zapomniał. A zaraz potem z pokorą w głosie powiedział, że może jednak nie zawsze on ma rację i przeprosił za swoje wcześniejsze zachowanie.
I faktycznie ta sytuacja dała mu do myślenia, bo później znacznie łatwiej nam było się dogadać, uważniej wysłuchiwał moich argumentów i nie był tak pewny, że tylko on ma rację.

No cóż... Mówcie co chcecie, ale o nocnej wyprawie po lody nigdy mu nie powiedziałam ;)

#S9QRj

Razem z moim mężem nie mogliśmy mieć dzieci. Po naprawdę wielu nieudanych próbach, zdecydowaliśmy się na in vitro. Wiem - można adoptować, ale nam się marzyło nasze dziecko. Skorzystaliśmy więc z tej metody, ale w tajemnicy przed rodziną, ponieważ najnormalniej w świecie nie wiedzieliśmy z jaką spotkamy się reakcją. 

Gdy byłam już w piątym miesiącu ciąży, zostałam poproszona o bycie matką chrzestną córeczki brata. Zgodziłam się, więc chcąc nie chcąc musiałam pójść do spowiedzi. Kiedy wyznałam księdzu, że dziecko, które noszę jest z probówki usłyszałam od niego, żebym jak najszybciej usunęła je. Oburzona odparłam, że kościół chyba powinien wspierać rodziny, a aborcje potępiać, na co usłyszałam odpowiedź, że papież Franciszek kazał wybaczać aborcje i z niej by mnie rozgrzeszył, ale in vitro jest nie do wybaczenia.

Roztrzęsiona pobiegłam do domu i opowiedziałam wszystko mamie, która na mnie spojrzała z nienawiścią i powiedziała, że jak nie pozbędę się tego potwora, to mogę więcej nie się z nimi nie kontaktować.

Z rodziną nie mam żadnego kontaktu od 1,5 roku. Jesteśmy szczęśliwą rodzinką, która wystrzega się tak 'pobożnych ludzi'.

#OnSj6

Bardzo lubię chodzić po górach, ale nie jakieś jednodniowe wycieczki, tylko większe wyprawy górskie. Możne nie Everest, ale np. tydzień w górach na Słowacji. Zaraził mnie tym mój tata, z którym do tej pory wraz ze znajomymi chodzimy na takie wypady pod namioty.

Historia miała miejsce kilka lat temu, gdy miałem jakieś 13-14 lat. Byliśmy na tygodniowej wyprawie w Rumunii w Alpach Rodniańskich.

Zmordowani po całym dniu łażenia, spaleni na wiór, bo to było stale 1000 m n.p.m., a słońce grzało jakby się wściekło, a tam drzewko jedno raz na godzinę, doszliśmy do miejsca noclegowego. Rozłożyliśmy namioty, kolega poszedł po żonę, która się zgubiła, ale wszystko dobrze się skończyło, chwila jeszcze gadki i do spania.

Nagle budzę się w nocy. To sen? Nie... Wyraźnie słyszę... Dzwonek. Nie taki malutki, takie dum... dum...dum.. Do tego dochodzi jeszcze chrupanie i co jakiś czas tupnięcie. Dużo. Z różnych miejsc. Otwieram oczy, w blasku księżyca widzę na ścianie namiotu cień. Duży kłąb. Rany boskie, Maryjo najświętsza i wszyscy święci... Niedźwiedź. Najgorszy mój koszmar. Ale tak sobie myślę - kurde, co, stado niedźwiedzi przylazło nam do namiotów wpieprzać czipsy, potupać i podzwonić dzwonkiem?

Nagle słyszę rozpinanie zamka namiotu. I po chwili... Klaskanie, gwizdanie, ciamkanie, bekanie... Kuźwa, o co tu chodzi? Budzę tatę śpiącego obok i słyszę drugi zamek. I potężne bluzgi, no joby takie, że jakbym je przytoczył, to by tego "wyznania" szanowana administracja nie dopuściła. Nie powstydziłby się pijany szewc. Ojciec krzyczy z namiotu i pyta o co chodzi, kumpel odpowiada, żeby wyszedł i sam zobaczył. Wychodzimy, a tam... byki. Tak, stado cholernych byków, o północy, na wysokości 1100 w Rumunii. Jeden z nich miał dzwonek. Kumpel bluzgał, bo coś stratowały, jednemu zjadły suszące się skarpetki (ten to chyba szybko zdechł w męczarniach). Ojciec został berserkerem, bo ganiał je z kijem, kumpel grenadierem, bo rzucał w nie butlami z gazem do turystycznego palnika. Co prawda powodowało to tylko spojrzenie byczka z wyrazem "bawisz mnie" w oczach, ale warto próbować. Koleżanka stała cały czas nie wiedząc co jest grane, inny wyzywał je od kebabów. A ja... Ja kładłem się ze śmiechu. W końcu poszły... Do Węgrów obok.

To była najbardziej absurdalna i porąbana sytuacja, jaka mi się w życiu zdarzyła. Niektórzy w nią nie wierzą, ale zapewniam, że to zdarzyło się naprawdę.

Uwaga w tej Rumunii... Na wszystko, czego się nie spodziewacie ;)
Dodaj anonimowe wyznanie