#q4hJG

Jestem położną. Po jednym z porodów jeden z dowcipnych lekarzy przyszedł, aby zszyć tzw "uszkodzone podwozie". Zajęłam się przygotowywaniem zestawu, uzupełnianiem dokumentacji. Doktor rozmawiał sobie z ojcem dziecka, ale szczerze mówiąc nie skupiałam się na ich dialogu. W pewnym momencie usłyszałam swoje imię, więc uznałam, że to czas, aby zabrać z sali męża pacjentki, coby nie miał traumy do końca swoich dni. Odwracam się więc i z najszczerszym uśmiechem, jaki zdołałam wywołać u siebie po 11 godzinach pracy, mówię:
- Zapraszam pana, pójdziemy sobie teraz na chwilkę, obejrzymy go razem dokładnie (miałam na myśli rzecz jasna noworodka). Jestem pewna, że jest śliczny! :)

Facet zbladł, doktor o mało nie przewrócił stolika z narzędziami. Jedynie ja w całej tej sytuacji nie wiem, o co chodzi. Okazuje się, że dowcipny doktorek, chcąc rozładować napięcie, pozwolił sobie zażartować i całkiem poważnym głosem oznajmić panu, że w ramach specjalnego programu, w którym nasz szpital bierze udział, dbając o satysfakcję pacjentki i jej partnera dostosowujemy "rozmiar do możliwości", z tym że najpierw musimy sprawdzić, jak dużo zszywać :D Biedny facet we wszystko uwierzył, a na dodatek na pytanie skierowane do mnie: "Prawda, pani X? Zajmie się tym pani?", wypaliłam ze swoim, wyżej zacytowanym, mistrzowskim tekstem :)

Śmiechu było co niemiara, szycie przebiegło błyskawicznie, a od ojca dzieciaczka dostałam bukiet kwiatów z bilecikiem: "Dziękuję, że jednak nie musiałem się rozbierać. Ale niech mi pani uwierzy na słowo - jest śliczny! ;)".

#18HQb

Poznałem moją żonę ponad 3 lata temu, zawróciła mi w głowie, po roku się oświadczyłem, po dwóch latach byliśmy już małżeństwem. Zaraz po ślubie coś zaczęło się zmieniać i przestała być tą kobietą z którą się ożeniłem. Przed ślubem kochaliśmy się codziennie, po ślubie raz, dwa w tygodniu, a ostatnimi czasy raz, czasem dwa w miesiącu, mało tego, stała się tak leniwa w łóżku, że to ja odwalałem całą robotę. Ona leżała i czekała aż skończę i dodatkowo miała pretensje, że ja pierwszy dochodziłem.
Robiłem tak, ponieważ nauczony doświadczeniem, poszedłem po rozum do głowy. Kiedy ją doprowadzałem pierwszą, mówiła, że już nie ma ochoty i szła spać, pozostawiając mnie rozgoryczonego. Żadne proszenie, tłumaczenie, rozmowy, nie pomagały. Chciałem iść z nią nawet na terapię małżeńską. Nie chciała. Nie mówiąc już o tym, że przytyła 10 kg. Nie wygląda jeszcze źle, ma trochę pełniejsze kształty, ale już jest na granicy. Kolejne 5 kg będzie już źle wyglądało.

Nie miałem zamiaru dłużej marnować sobie życia i zdrowia psychicznego. Dałem jej ultimatum, albo wszystko wróci do normy i będzie jak przed ślubem, albo ja sobie znajduję kochankę, bo nie będę tolerował braku seksu w małżeństwie. Jeżeli się nie zdecyduje na żadną z opcji, to chcę rozwodu. Były łzy, krzyki, wyzwiska. Ale swoim wyborem pokazała mi, że ożeniła się ze mną z rozsądku, a to co było przed ślubem było znakomitą grą aktorską.

Mam kochankę. Ona pewnie też kogoś ma. Na chwilę obecną już coraz mniej łączy mnie z własną żoną. Coraz mniej czasu spędzam w domu. Ona doskonale zdaję sobie sprawę, że ja się oddalam i że to kwestia czasu, aż wniosę o rozwód i nagle zechciała naprawiać nasze małżeństwo. Nagle znów stała się miła, uczynna, chce się ze mną kochać. Boi się zostać z niczym. Jej problem, że ja już nie chcę, boję się, że złapie mnie na dziecko. Nie mam zamiaru niczego naprawiać. Podjąłem decyzję i po nowym roku będę chciał rozwodu. Mam dług wdzięczności wobec rodziców, tylko dzięki ich naciskom podpisaliśmy z żoną rozdzielność majątkową. Ja byłem zaślepiony miłością, a oni trzeźwo patrzyli na to co robię z boku.

#bAMFc

Musiałam przeorganizować swoje życie. Spostrzegłam, że od dłuższego czasu nie miałam na nic siły ani energii, moje życie stało się zbyt schematyczne, nieciekawe i opierało się głównie na pracy i domu. Niemalże codziennie byłam nerwowa i wszystko dookoła mnie irytowało.

Przyczyną był mój były facet. Wczoraj go zostawiłam, jego wygląd stał się nie do zaakceptowania. Stał się gruby, ciągle się pocił, co mnie bardzo obrzydzało. Nie miałam nawet ochoty się kochać i wolałam zrobić sobie sama dobrze. Siłą rzeczy w końcu pokłóciliśmy się o to, że ciągle boli mnie głowa, lub że ciągle mam zły dzień itp. W złości wszystko mu wygarnęłam, jednakże postanowiłam dać mu szansę, w końcu to 4 lata razem.

Terapia szokowa nie pomogła. Wczoraj stanął na wadze i zamiast mniej, po dwóch miesiącach diety ważył jeszcze więcej. Nie wymażę 4 lat związku i naprawdę szkoda, bo przeżyliśmy naprawdę cudowne chwile, ale co z tego, kiedy teraz przestał o siebie dbać i nie miał nawet wystarczająco silnej woli, żeby coś ze sobą zrobić. Nawet ja nie byłam dla niego dostateczną motywacją, więc po co mi taki facet. Mało tego, że przestał mi się podobać, ja zaczęłam się go wstydzić. Dodam do tego, że seks w związku jest niesamowicie ważny, zbliża i spaja kobietę do mężczyzny. Natomiast ja od dłuższego czasu miałam wyłącznie frustracje spowodowaną jego brakiem, ponieważ mój własny facet stał się aseksualny.

Mam teraz bardzo straszną mieszankę uczuć, boli mnie, czuję smutek, żal, a z drugiej strony czuję ogromną ulgę, że to już koniec i taki spokój. Podziwiam kobiety, które tkwią w związkach z takimi zapuszczonymi śmierdzącymi potem i piwskiem facetami. Dla mnie to coś nie do zaakceptowania.

#XjbNx

Mam 38 lat i dokładnie 167 dni temu dowiedziałem się, że mam raka trzustki. Zaawansowanego. Dziwne, ale nie przestraszyłem się. Przyjąłem to ze spokojem. Miałem duże oszczędności, wiecie te z typu: "Na wszelki wypadek". Jak pewnie się domyślacie bardzo się przydały. Nie, nie na leki, badania i tego typu rzeczy zupełnie niepotrzebne tylko dodające parę dni życia. Postanowiłem się "spełnić". W ciągu tych 167 dni zwiedziłem Japonię, Chiny, USA, Meksyk, Szkocję, Irlandię, Kanadę i wiele innych państw. Skoczyłem na bungee, zjadłem bycze jądra w surowym jajku. Pierwszy raz w życiu zapaliłem trawkę! Wkrótce nadchodzi "mój czas". Może wcześniej, może później, nie wiem. Piszę to nie dlatego, żeby wam się wyżalić tylko uświadomić wam jedno: Życie jest za krótkie, żeby siedzieć bezczynnie w domu. Cieszcie się życiem i je wykorzystujcie w pełni, bo nigdy nie wiecie, kiedy nadejdzie koniec.

#yoyOa

Moja babcia i dziadek od zawsze mieszkają na wsi. Mają duże gospodarstwo. Długo mieli trzy krowy. Postanowili sprzedać dwie, jedną sobie zostawić. Niedługo po tym krowa, którą zostawili "zachorowała". Nie chciała nic jeść, pić, ciągle ryczała, była niespokojna. Nie pomogły zastrzyki, leki, badania. Uspokajała się tylko, gdy ktoś był blisko niej.

Po dwóch tygodniach leczenia, babcia stwierdziła, że jeżeli uspokaja się, gdy ktoś jest w stajni, to znaczy, że brakuje jej towarzystwa. Postanowiła wypchać ubrania słomą, tworząc ludzika, który stał blisko krowy, na głowie miał kapelusz. Włączyła również radio, które grało w stajni całymi dniami i nocami. Nagle wszystkie choroby przeszły. Krowa zaczęła jeść, pić i szczęśliwie wyzdrowiała :)

Morał z tego taki, że każdy do szczęścia potrzebuje mieć kogoś bliskiego ;)

#yVFuw

Potrąciłem starszą panią na pasach.

Było to około 10 lat temu. Początek pamiętam jak przez mgłę. Mimo szoku, w którym byłem, włączyłem awaryjne. Miałem koc w bagażniku, więc poszkodowaną z pomocą innych przechodniów posadziliśmy na nim. Starsza pani płacze i pokazuje prawą rękę, że mocno boli. Szczęście w nieszczęściu, że jechałem powoli, bo mogłoby się to gorzej skończyć.

Ktoś postawił trójkąt, ktoś zadzwonił po karetkę. Ludzie będący tam zachowali się naprawdę dobrze, pomogli tyle, ile mogli i umieli. Ale nie wszyscy.


Trzy młode dziewczyny jakieś 18-20 lat stały obok i dosyć długo się na mnie darły, puszczały mnóstwo niemiłych komentarzy w moim kierunku. Nie reagowałem na to, bo po pierwsze miały trochę racji, a po drugie byłem skupiony na pomocy poszkodowanej. Starszą panią podnosiliśmy z mokrej ulicy na koc na suchym chodniku, dziewczyny protestowały, krzyczały, że nie mam prawa zacierać śladów. Dobrze, że ich protest był tylko słowny, zignorowaliśmy je i robiliśmy swoje. Docinki dziewczyn nie ustawały, z perspektywy czasu wyobrażam je sobie jako trzy małe wrzaskliwe pieski szczekające na mnie.

Pierwsze przyjechało pogotowie, gdy pakowali panią do karetki, podszedł do mnie syn poszkodowanej. Facet w średnim wieku, po wyglądzie łatwo było zgadnąć, iż trzeźwość to termin znany mu z dzieciństwa. No ale potrąciłem mu matkę, więc trzymając bezpieczny dystans do ucieczki, przystępuję grzecznie do rozmowy. Facet mnie zdziwił, zaczął mnie uspokajać. Mówił: "każdemu może się zdarzyć", "dobrze, że to tylko tak się skończyło". Nie zasłużyłem sobie na takie słowa, ale poczułem mocno, że tego potrzebowałem. Następnie facet spytał mnie o 5 zł. Dałem mu kilkanaście złotych, wysypując drobne z portfela do jego rąk. Dopiero jak poszedł zrozumiałem, że albo nie jest jej synem i wykorzystał sytuację, albo sprzedałby za alkohol najwyższe ludzkie wartości.


Odjazd karetki i słowa faceta trochę mnie uspokoiły. Dziewczyny szczekały trochę mniej i czekały na policję, którą zawiadomiły. Syn poszedł pić. Jedna ze szczekających sama podsunęła mi pomysł, powiedziała, że zezna, iż źle udzielałem pomocy i że za to też jest parę latek. Podszedłem do nich wolnym krokiem, ucichły, jakby się wystraszyły, co teraz zrobię. Powiedziałem: "nie udzieliłyście pierwszej pomocy, za to grozi odpowiedzialność karna". Odwróciłem się i poszedłem do samochodu poczekać na policję. Gdy wsiadłem, dziewczyn już nie było, nawet nie zdążyłem się zorientować kiedy i w którą stronę uciekły. Zadzwoniłem do żony, znając moje przesadne poczucie humoru nie uwierzyła mi i się rozłączyła. Telefon się rozładował. Syn potrąconej wrócił. Mówię, że potrzebuję telefonu. Poszedł po kolegę, który miał telefon. Kolega też okazał się być spragnionym. Po drugim telefonie żona mi uwierzyła.


Reasumując: 8 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata i 1000 zł kary.
Poszkodowana 18 tys. z OC.

#lEbxH

Gdy miałem 18 lat poznałem dziewczynę. Tego dnia farbowała włosy i właśnie ten zapach stał się dla mnie najbardziej charakterystyczny i zawsze mi się z nią kojarzy. Byliśmy razem przez 5 lat, była moją pierwszą i największą miłością, a później zostawiła mnie dla innego.

Od naszego rozstania minęło ponad 10 lat, mam obecnie żonę i dzieci, kocham moją rodzinę. Ale za każdym razem, gdy czuję tę pieprzoną farbę do włosów, to przypomina mi się ona. Tęsknię za nią i za naszymi wspólnymi latami. Była idealna i nie potrafię o niej zapomnieć. Choć nauczyłem się z tym żyć i na co dzień nie myślę o niej, tak gdy tylko poczuję ten charakterystyczny zapach farby, od razu staje mi przed oczami jej twarz, wpatrzone we mnie oczy i piękne, długie włosy świeżo po farbowaniu. Niestety moja żona również farbuje włosy i co kilka miesięcy nie jestem w stanie spojrzeć na nią bez wyrzutów sumienia. Nie umiem jej wtedy pocałować ani przytulić. Wymiguję się tym, że bardzo przeszkadza mi ten zapach farby.

Jeśli chodzi o moją byłą, to po prostu do siebie nie pasowaliśmy, dziwię się, że nie odeszła wcześniej. Ją zawsze ciągnęło do ludzi, do świata, poznawania nowych miejsc i podróżowania. Ja byłem domatorem, lubiłem spędzić wieczór na kanapie przy filmie. Ona nie chciała zakładać rodziny, chciała jeździć po świecie. Ja chciałem mieć dom i dzieci. 

Obiecywałem jej i sobie, że spełnimy wszystkie jej marzenia, że pojadę z nią gdzie tylko zechce. I naprawdę tego chciałem, bardzo ją kochałem i byłem gotów zrezygnować dla niej z komfortu mojego życia, tylko że zawsze było coś... brak czasu, brak pieniędzy, zmęczenie, praca. W końcu zostawiła mnie dla jakiegoś faceta, którego poznała na forum podróżniczym, a którego nigdy nawet nie widziała w realu. 

Wyjechali razem w podróż po Europie po tygodniu znajomości. Wiem, że jest z nim do dziś i wciąż razem podróżują. Śledzę ją na Instagramie, widzę jaka jest szczęśliwa, jak spełnia swoje marzenia i jak patrzy na swojego partnera.

Wychodzi na to, że każde z nas ma takie życie, jakiego pragnął. Tylko czasem sobie wyobrażam, że to ja jestem z nią w tych wszystkich pięknych miejscach, wtulam twarz w jej włosy i wdycham zapach świeżej farby, jak tego pierwszego dnia, gdy się poznaliśmy.

#CBim1

Mieszkałam z chłopakiem od ponad roku. On wracał z pracy codziennie o tej samej godzinie, więc wiedziałam, o której ma być gotowy obiad. Czekam, bo już godzinę się spóźnia, delikatnie mówiąc jestem zaniepokojona jego spóźnieniem szczególnie, że nie zadzwonił i nie uprzedził o spóźnieniu. W końcu mój ukochany wraca, więc w dość nieprzyjemny sposób zapytałam, gdzie był i dlaczego mnie nie uprzedził itd. Kiedy już skończyłam wywód, on spokojnie uklęknął przede mną i wyjął pierścionek. Podobno miałam ciekawą minę.

#ZDTAQ

Problem nie należy do największych, ale niektórym niszczy życie.

Odkąd skończyłam 13 lat, zmagam się z trądzikiem, wypryskami czy naczynkami. Obecnie mam 19 lat, z biegiem czasu wyglądam faktycznie lepiej, jednak nie tak jakbym tego chciała. Byłam u dermatologa, jednak z uwagi na moje problemy z żołądkiem nie mogłam brać leków, stosowałam maści, które dawały chwilowy efekt gładkiej cery. Miałam zabiegi kwasowe i wiele wiele innych kosmetycznych. Wydałam na to bardzo dużo kasy. Codziennie nakładam na twarz ok. pięciu specyfików, dwa razy dziennie. Znam osoby o podobnych problemach i wiecie co? To nasz problem, owszem, ale większym problemem jest niezrozumienie.

Taka cera rodzi kompleksy, dlatego codziennie nakładam grubą warstwę makijażu (od kolorowych korektorów po parę warstw podkładu i pudru), który wielu osobom nie pasuje. Muszę wstawać godzinę wcześniej niż reszta, by sobie z tym poradzić, a jednak słyszę, że noszę zbyt dużo makijażu, jestem plastikiem, robię sobie krzywdę i jestem sztuczna. OK, ale gdy tylko pójdę do sklepu po bułkę bez grama makijażu, to słyszę "O fuj, co to? Jesteś chora? Idź do lekarza, kup maść, okropne". Zdarzało się nawet tak, że ktoś podszedł i powiedział, że to odrażające i że dzieci to widzą...

Marzę, żeby ludzie nie oceniali po wyglądzie, albo przynajmniej powstrzymali się od komentarzy typu "tapeciara". Są kobiety, które faktycznie nie potrzebują dużo makijażu by być piękne i są takie, które tylko dzięki niemu mogą się piękne poczuć. Dlatego powinno się pozwolić innym decydować o tym, co dla ich cery dobre, bo być może oni dobrze się z ową "tapetą" czują.

#2UVk4

Typowa niedziela - oczywiście w pracy. Korpobiznes musi się kręcić non stop. Tłumy klientów walą drzwiami i oknami, czasami się zastanawiam, czy mi by się chciało spędzać wolny czas chodząc po biurach (nie, nie pracuję w sklepie).

Przechodząc do rzeczy. Siedzę sobie w świecie wirtualnych pieniążków, gdy nagle wchodzi starsza pani z portierni na dole. Kobiecina zmęczona życiem, ale zawsze bardzo uśmiechnięta. Nie, nie zawsze odwzajemniam jej uśmiech. Czasami po prostu wkurza mnie, że zawraca mi głowę, żeby coś skserować, policzyć, napisać, gdy i tak robota pali mi się w rękach. Patrzę na nią i myślę: "O nie! Znowu będzie mi tyłek zawracała".

Pani uśmiechnęła się tylko, a ja najuprzejmiej jak mogłam spytałam się, czy czegoś jej nie potrzeba. Patrzę, a ona mi kładzie czekoladę na blat. Od razu zaczęłam mówić, że nie potrzebuję, że nic takiego nie zrobiłam, a ona tylko: "Bo pani zawsze taka miła dla mnie jest".

Kopara mi opadła. Wiem, ile ta kobiecina zarabia (na taką czekoladę musi pracować prawie godzinę), więc kazałam jej czekać przy biurku i poleciałam na zaplecze. Pamiętałam, że kiedyś opowiadała mi, że ma wnuka. Dziś mój bratanek miał urodziny i miałam dla niego dużego pluszowego misia - niewiele myśląc spakowałam go w firmową torbę i dałam tej pani (chrześniakowi jeszcze zdążyłam coś kupić po pracy). Od razu zaczęła na mnie krzyczeć, że to za drogie itp. Powiedziałam, żeby się nie denerwowała, bo przecież to dla wnuka, nie dla niej. I nagle pojawił się na jej twarzy najpiękniejszy uśmiech na świecie!

Ta czekolada to był chyba najlepszy prezent jaki dostałam - totalnie bezinteresowny i miły (zwłaszcza że wiem, że pani z portierni lekko nie ma).
Dodaj anonimowe wyznanie