#33Dow

Jak byłam mała, pojechałam na *zielone przedszkole*. Opowiadałam tam koleżankom, że tak naprawdę nie jestem tym za kogo się podaję, lecz księżniczką Pocahontas, dlatego ich obowiązkiem jest ubierać i sprzątać moje lalki.

Wszystkie uwierzyły, a reprymendę dostałam od przedszkolanki dopiero po tygodniu, gdy któraś z dziewczynek miała dość usługiwania mi. Moja mama nadal o niczym nie wie.

Mistrzyni zła :D

#Uhwhv

O żebrzących ludziach i pomaganiu im trzy historie.

Pewna starsza kobieta przychodziła co tydzień do mojej babci, że jej brakuje na jedzenie, więc babcia jej dawała dwie dychy. Dowiedziała się o tym moja mama, bo akurat była w domu, a dziwnym trafem starsza pani przychodziła tylko w godzinach jej pracy. By udowodnić babci, że starsza pani kłamie, mama dała jej szynkę, chleb, jajka i kiełbasę i ani grosza. Pani nie odeszła od domu nawet 20 metrów, jak to pieprznęła w krzaki i poszła. Pieniędzy więcej nie ujrzała, to i przychodzić, i chyba głodować przestała.

Ciekawszy jest przypadek faceta, który siedząc na wózku przez kilkanaście lat, codziennie, zbierał pieniądze na głównym deptaku dużego miasta. Nie wiem, czy jeszcze żyje, ale jak ostatni raz o nim słyszałem solidne lata temu, to dobił ówcześnie 16 lat żebrania. I może i nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że zdarzyło mu się być pacjentem u mojej mamy. Otóż chłop był górnikiem, chodzi normalnie i ma całkiem sporą emeryturę, a to jego sposób na nudę i dorabianie sobie.

Ostatnia historia:  w galerii jakiś facet prosi o zakup posiłku na teraz, bo głodny, w restauracji, gdzie się samemu nakłada jedzenie. Ja odmawiam, zgadza się inny chłop, ja obserwuję. Biedny głodny szybko, by płacący się nie połapał, zasłania widok plecami i upycha do pojemnika jakieś 10+ schabowych i nic więcej. Facet się orientuje, ale i tak płaci za trzy schabowe, co wywołuje mój podziw, nawet za okruszek bym nie zapłacił w takiej sytuacji. A biedny głodny, gdyby mu uszło na sucho, miałby kotletów do obiadu w domu na ponad tydzień.


Było wiele innych przypadków, przez które nauczyłem się nie dawać ani jedzenia, ani pieniędzy. I żal mi tylko ludzi, którzy naprawdę będą w potrzebie, a nic nie dostaną.

Jedyny przypadek gdy daję drobne to ludzie, którzy chcą odwieźć wózek pod marketem i zgarnąć resztę. Złotówka czy dwie mnie nie zbawią, a tym przynajmniej chce się tyłek ruszyć, by zarobić.

#L6bn0

Byłem "chłopcem z dobrego domu", ale w okresie dorastania wpadłem w dość nieciekawe towarzystwo - imprezy, alkohol i przeróżne używki. Bardzo mi to imponowało, czułem się wyjątkowy i taki super, w końcu ktoś mnie akceptował, miałem swoje towarzystwo. Sęk w tym, że oni lubili ostro się zabawić, a ja mimo wszystko miałem opory, nie lubiłem się upijać, a i kreski mnie nie pociągały, zwyczajnie się tego bałem, ale bałem się do tego przyznać, żeby mnie nie odrzucili.

Na jednej z imprez kolega zawołał mnie do toalety, gdzie z dumą zaprezentował mi usypaną na klapie ścieżkę i powiedział, że to dla mnie. Dał mi banknot i stanął na czatach. Już miałem to wciągać, gdy w głowie zapaliła mi się czerwona lampka... Świeciła i świeciła, a ja przed oczami miałem wizję swojego zmarnowanego, zaćpanego życia.
Niewiele myśląc strzepnąłem biały proszek wprost w czeluść kibelka i spłukałem wodę. Po chwili wyszedłem pociągając nosem z miną jaki to nie jestem "cool" i popędziłem na parkiet.

Zrobiłem tak jeszcze parę razy. Nigdy nie wciągnąłem żadnej kreski. Nikt nigdy również się nie zorientował, że tak naprawdę na haju to ja nie jestem, chyba by mnie zabili za taką ilość zmarnowanego towaru.

#bjy1l

Wczoraj obudziłam się wcześnie rano i za nic nie mogłam dalej zasnąć. Zrobiłam sobie kawę i pomyślałam, że wypiję ją przy oknie w kuchni.
Cisza, spokój, bo firmy, które niedawno zaczęły tu swoją działalność otwierają dopiero o 9.
W jednej chwili zobaczyłam idącego drogą przystojnego bruneta ubranego w niebieski garnitur, ze skórzaną aktówką w ręku. To pracownik jednej z pobliskich firm, nawiasem mówiąc pan bardzo mi się podoba, a że czasem mamy zawodowy kontakt, to lekko ze sobą flirtujemy. Patrzyłam na niego z zachwytem, on szedł sobie powoli, ale nagle skręcił w wolną przestrzeń pomiędzy dwoma budynkami. Tam zaczął odpinać spodnie.
"Fuj, będzie sikał w takim miejscu" pomyślałam... W tej samej chwili mój przystojniak zdjął spodnie, przykucnął, zrobił kupę, podtarł się czymś, podciągnął spodnie do góry i jak gdyby nigdy nic poszedł dalej.

Wciąż nie wierzę w to co zobaczyłam. Flirtowania z nim raczej już nie będzie.

#DZ2lR

Wydawałoby się, że jak się mieszka koło rodziców, to oni będą kontrolować młodych. W mojej rodzinie jest dokładnie odwrotnie.

Z siostrą miałam kiedyś naprawdę dobre kontakty. Ona jest ode mnie ponad 10 lat starsza. Zbudowała się na działce obok rodziców. Rodzice dużo pomogli jej w tym finansowo. Ja niedawno się wyprowadziłam z domu.

Zaczęło się niewinnie - od zerkania, czy ktoś do rodziców przyjechał. Odwiedzałam rodziców raz, dwa razy w tygodniu - wpadałam pogadać, czasem mama częstowała mnie obiadem, czasem dała coś na wynos. Zawsze wtedy przybiegała siostra, sprawdzała, czy coś jem u rodziców.
Zaczęło się dogadywanie.

Ona mieszka obok, co parę dni coś dostaje, rodzice jej dzieciom nieustannie kupują prezenty, ubrania czy rzeczy do szkoły. Ja nigdy nie zwracałam na to szczególnej uwagi i nie zazdrościłam.
W pewnym momencie siostra dostała paranoi na punkcie tego, czy rodzice coś mi kupują i dają.
Patrzy przez okno, kiedy rodzice gdzieś wyjeżdżają i wracają. Dzwoniła pytać się mnie gdzie byłam z rodzicami, jak nawet nie widziałam się z nimi przez dłuższy czas.

Ostatnio faktycznie pojechałam z nimi, pierwszy raz od chyba pół roku czy roku, oglądać rzeczy z Ikei, nie chciałam ich naciągać, po prostu potrzebowałam porady. Ona zadzwoniła do rodziców w tym czasie, bo zauważyła, że pojechali gdzieś razem, wypytywała co to za echo i gdzie są. Następnie siostrzenica zadzwoniła do mnie (nigdy nie dzwoni), a ja w słuchawce usłyszałam oddech siostry...

Dla mnie to paranoja, ona dostaje od rodziców trzy razy tyle co ja. Uważa, że jej się należy - bo ma dzieci. Mi natomiast wypomina zwykły obiad niedzielny u rodziców od czasu do czasu. Ciągle siedzi w oknie, bo nie pracuje. Jest śmiertelnie zmęczona odwożeniem dzieci do szkoły dwa razy dziennie.
Wykorzystuje mnie na każdym kroku i uważa to za normalne.

Rodzice zauważyli ten problem, po ostatniej akcji obiecali, że z nią porozmawiają.
Ja na razie postanowiłam ograniczyć kontakty.

#9CP1l

Będąc w pierwszej klasie szkoły podstawowej uczęszczałam na obowiązkowe zajęcia dodatkowe dla dzieci dojeżdżających z innych okolic, aby zapełnić im lukę oczekiwania na autobus. Na takich zajęciach mogliśmy grać, odrabiać lekcje, rozwijać się artystycznie. Ja oczywiście czułam powołanie do robótek plastycznych.

Pewnego dnia pani pełniąca dyżur poprosiła mnie i moje koleżanki o to abyśmy pomogły jej przy wycinaniu dekoracji z kolorowego papieru. Poczułam zaszczyt, że mogę się wykazać moim ogromnym talentem plastycznym (wtedy, myśląc jeszcze) dającym upoważnienie bycia następcą Jana Matejki. Przy takich zajęciach używaliśmy szkolnego asortymentu. Gdy skończyliśmy okazało się, że brakuje jednej pary nożyczek. Przeszukaliśmy stertę kolorowych papierów i nic. Diagnoza była jednoznaczna: w naszej grupce grasuje złodziej. Od nożyczek się zaczyna, a co będzie następne? Plastelina?! Wszystkie spoglądałyśmy na siebie z nieufnością, bo któraś z nas mogła dokonać tak haniebnego czynu zawłaszczenia świętych nożyczek szkolnych. Całą drogę powrotną o tym dyskutowałyśmy.

Po powrocie do domu rozpakowałam się. Zimny pot zalał moją szyję, strach i wizja pójścia do więzienia dobiły mnie. Na dnie mojego markowego tornistra Barbie spoczywała para czerwonych nożyczek. Spanikowałam. Rozejrzałam się dookoła. Szybko się ubrałam zgarnęłam łyżkę stołową z szuflady i wybiegłam z domu w stronę ogródka, gdzie rosły świerki. Kopałam dobre kilkanaście minut zanim dół był wystarczająco głęboki. Wrzuciłam nożyczki i przykryłam ziemią rozglądając się, czy nie ma żadnych świadków. Roztrzęsiona a zarazem szczęśliwa pozbyciem się dowodów zbrodni powróciłam do domu.

Było to jakieś 12 lat temu. Rok temu rodzice postanowili zmienić ogrodzenie co wymagało rozkopania tamtego terenu. Pewnego dnia, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu tata przyszedł z nienaruszoną rdzą parą nożyczek. Były jak nowe. Musiałam tłumaczyć się ze zbrodni popełnionej 12 lat temu. Do dziś nie wiem dlaczego ich po prostu nie zwróciłam.

#9lMmY

Nigdy o tym nikomu nie mówiłam, bo wstyd, choć wiem, że byłam dzieckiem i, jak to dzieci, miałam głupie pomysły.

Mój tata był alkoholikiem, takim, co po alkoholu robi awantury i znęca się na rodziną i naszym psem, nieraz uciekaliśmy w nocy z domu, czasem przez okno prosto bosymi stopami w śnieg. Miałabym całkowicie z...ne dzieciństwo, gdyby nie moja mama. Nie piła alkoholu i zajmowała się nami najlepiej jak mogła, broniła nas i stworzyła nam dom. Zanim ją skrytykujecie, że z nim żyła - było to 42 lata temu i inne nieco realia, więc nie podjęła decyzji o rozwodzie.

Pewnego dnia na spacerze w przedszkolu zgadałam się z koleżanką, która mieszkała w sąsiedztwie. Jej rodzina pochodziła z gór i co roku w czasie wakacji jeździła tam, co na mnie - mieszkańcu Wielkopolski - robiło ogromne wrażenie. Ponadto opisywała mi, jak tam pięknie, tęcza, jednorożce i ogólnie cud. No i wymyśliłyśmy sobie, żeby razem zamieszkać tam. Był tylko jeden "problem" - na pewno nie zgodzą się na to nasze mamy, bo jeśli chodzi o ojców, to byłyśmy pewne, że się dogadają (choć nie wiem, na jakiej podstawie tak uznałyśmy, bo nawet się nie przyjaźnili jakoś specjalnie) i wyjedziemy stąd razem do raju w górach. Trzeba było zatem pozbyć się mam. Cóż może zrobić dziecko? Zaczęłyśmy się modlić, żeby nasze mamy umarły. Modlitwy zajęły nam cały czas na spacerniaku: Ojcze nasz i Zdrowaś Mario w intencji śmierci naszych mam 🤦

Na całe szczęście Bóg nas nie wysłuchał.
Mama jeszcze długo żyła, była przy mnie zawsze: pomagała przy dzieciach, wspierała, gdy mąż pijak mnie bił, była ze mną przy moim rozwodzie. Tydzień temu zmarła, w wieku 81 lat, a ja tęsknię za nią, nie mogę spać, płaczę cały czas, żałuję, że nie powiedziałam jej, że ją kocham i dziękuję jej za wszystko. I tylko ze wstydem i zażenowaniem przypominam sobie swoją głupotę. Teraz modliłabym się, żeby wróciła choć na chwilkę.

#GlsYv

Od zawsze kolegowałam się z moją sąsiadką. Koleżanka ta z czasem stała się moją przyjaciółką, chociaż nikt jej nie lubił, nie akceptował, gdyż była chora na łuszczycę. Wiadomo jak wygląda człowiek chory na łuszczycę. Nie oszukujmy się, widok nieciekawy.

Jednak była niezwykle ciepłą, dobrą i pomocną osobą. Nie pochodziła z bogatego domu, ale jeśli dostała od rodziców chociaż dwa złote, zawsze za złotówkę kupowała loda mi i za drugą złotówkę sobie. Jednak wszystkie dzieci się z niej śmiały. Wyzywały ją od ryby z łuskami, od brzyduli, a nawet padały gorsze słowa. Ona mimo wszystko miała dystans do siebie, akceptowała chorobę i każde ubliżanie komentowała słowami: "Jeszcze i tak Bóg im da za to nauczkę". Zapomniałam wspomnieć - była niezwykle wierzącą osobą.

Tak kolegowałyśmy się przez lata. Byłyśmy w jednym wieku. Był 22 maja 2011 roku. Miałyśmy po 17 lat. Siedziałam jak zwykle w domu, przy komputerze. Z balkonu mojego pokoju widać było jej podwórko. Nagle zauważyłam, że rodzice mojej przyjaciółki w pośpiechu wsiadają do samochodu. Jej mama płakała.
Dzień później dowiedziałam się, że Ulcia, bo tak miała na imię moja przyjaciółka, została potrącona przez samochód i zmarła. Pogrzeb odbył się szybko. Nie byłam zdziwiona, że żaden z okolicznych znajomych nie przyszedł.

Mijały dni, miesiące i dziwnym trafem, co jakiś czas jednemu z naszych "znajomych" przytrafiało się coś złego. Jeden z nich nie zdał matury, drugi miał ciężki wypadek samochodowy, po którym jeździ na wózku, trzeci dowiedział się, że ma cukrzycę.

Od tej pory zaczęłam wierzyć w karmę. Zło powraca, ale ze zdwojoną siłą.
Dodaj anonimowe wyznanie