#ZjKnq

Było to parę lat temu.

Miałem około 9 lat i rozpłakałem się w kościele. Mama się mnie zapytała z lekkim uśmiechem, czy się wzruszyłem mszą, a mnie po prostu nogi bolały i nie mogłem usiąść bo, ksiądz mówił i mówił i nie można było siadać.


Do dzisiaj wspomina, że taki wrażliwy jestem, że za dzieciaka na mszy płakałem, a ja nie wyprowadzam jej z błędu.

#CjRD0

Zabrałam mojego chłopaka na imprezę do moich znajomych. Jako że rzadko zdarza się okazja z nimi spotkać, postanowił dobrze to uczcić. Facet jak to facet, nie ma umiaru. Tak było też w tym przypadku.

Po imprezie mieliśmy spać u mojej koleżanki. Droga nie była długa, jednak mój ukochany zmarzł niesamowicie. Kiedy weszliśmy do domu koleżanki, było mu tak zimno w stopy, że prawie płakał. Alkohol robił swoje, więc biedaczek usypiał na siedząco z nogami pod moją koszulką, żeby było mu ciepłej. Wiadomo, że jak to z noclegami bywa, było nas kilkoro w pokoju. W dodatku były to same dziewczyny. Gadaliśmy jeszcze chwilę, ale widziałam, że on już nie daje rady, więc położyłam go na łóżku i zaczęłam rozpinać mu koszulę, żeby nie spał w opakowaniu. A on zaczął krzyczeć do mnie:
- Zostaw mnie, kobieto, ja mam dziewczynę, daj mi spokój!!!
Ja nadal próbuję rozpinać tę koszulę, na co on:
- Daj mi spokój, gdzie jest moja dziewczyna, ja nie mogę się rozbierać, tu jest tyle obcych dziewczyn!!! Bez niej nie zasnę, chcecie mnie wykorzystać! Gdzie ona jest?!

Rano wstał i miał do mnie pretensje, dlaczego pozwoliłam spać mu w ubraniu, przecież wiem jak on tego nie lubi!

#QHgzY

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że w naszym małżeństwie role całkiem się odwróciły. Zaprosiłam mojego męża na rocznicową randkę. Poszliśmy na do restauracji, gdzie to ja zapłaciłam za posiłek. Następnie wróciliśmy do domu. Mój ukochany umył podłogę, zrobił pranie, a następnie położył się do łóżka. Na sugestie cielesnych uciech zareagował jęczeniem, że boli go głowa. A potem zjadł aspirynę i naburmuszony poszedł spać.

#2x5fX

Parę lat temu miałam taką sytuację, że dużo jeździłam komunikacją miejską, w związku z czym posiadałam bilet miesięczny. Akurat tego dnia nie wzięłam go ze sobą, pieniędzy też nie miałam, a na to spotkanie nie mogłam się spóźnić. Stwierdziłam, że dzisiaj niedziela, to na pewno nie będzie kontroli.

Przejechałam kilka przystanków i oczywiście moje szczęście zadziałało: widzę kanarów. No super, pomyślałam, i zaczęłam się zastanawiać czy mogę jakoś z tego wybrnąć. Patrzę na kontrolera i nagle widzę moją szansę: wytatuowany fragment wiersza z "Władcy Pierścieni", brzmiący tak: 'Nie każde złoto jasno błyszczy'.

Mężczyzna podchodzi do mnie, a ja uśmiecham się i dopowiadam:
'Nie każdy błądzi, kto wędruje,
Nie każdą siłę starość niszczy,
Korzeni w głębi lód nie skuje.'

On ma na twarzy wyraz bezbrzeżnego zdumienia, odwraca się, sprawdza bilet innej pani. Ja już się cieszę, że mi się upiekło, ale kanar znowu podchodzi do mnie, i... daje mi bilet ze swojego pliku (w moim mieście kanary też kasują bilety, z tym, że dostają je darmo).

Podziękowałam mu, skasowałam, kontrolerzy wysiadają. Oglądam sobie ten bilet, i na drugiej jego stronie widzę dziewięć cyfr...

Po powrocie do domu, zadzwoniłam pod wskazany numer, umówiliśmy się. Okazało się, że znalazłam swój ideał - pomijając cudowny charakter i wygląd anioła, mamy prawie całkowicie zbieżne zainteresowania: ornitologia, twórczość Tolkiena i Star Wars'y.

Okazuje się, że kanar też człowiek ;)

#x5DRE

Jestem beneficjentką pandemii :)

Od połowy marca 2020 pracuję z domu, w biurze byłam łącznie pięć razy. Robię dokładnie to samo, bez konieczności dojazdów, siedzenia w głośnym biurze i bardzo mi się to podoba. Zarabiam tyle samo, a przez lockdown dużo mniej wydaję, więc uzbierało mi się naprawdę dużo oszczędności.
Na szczepionkę czekam tylko po to, by móc pojechać na super wakacje bez problemów. Nie tęsknię za dawnym życiem, jeśli będzie trzeba wrócić do stacjonarnej pracy, to będę szukać nowej firmy, która pozwoli mi pracować zdalnie.

Szkoda mi tych wszystkich, którzy zachorowali lub zmarli, ale cieszę się, że to wszystko się wydarzyło - dla mnie mogłoby trwać wiecznie.

#9MFMm

Mój mąż jest wychował się na wsi. Jest najmłodszym, ale zdecydowanie najmądrzejszym w rodzinie. Podczas gdy jego bracia chodzili do szkół najbliżej domu, gdzie poziom był bardzo niski, on dojeżdżał codziennie ponad godzinę w jedną stronę do najlepszego liceum w najbliższym większym mieście. Podczas gdy bracia pili piwko w garażu z kolegami, on uczył się do ogólnopolskich konkursów ze swojego ulubionego przedmiotu (oczywiście jemu też często zdarzało się wypić czy zapalić z kolegami, po prostu nie robił tego codziennie). Udało mu wygrać olimpiadę, dzięki czemu zyskał indeks na wszystkie uczelnie w kraju.

Studia skończył z łatwością, a po studiach dostał się na płatny staż w USA, który mu później przedłużyli o kolejny rok. Odłożył dzięki temu sporo pieniędzy, a po powrocie do Polski mimo młodego wieku dostał bardzo dobrą pracę z dobrą pensją. Wtedy też poznał mnie. Ja również skończyłam dobre studia, też mam dobrą pracę i fajną pensję i też miałam sporo oszczędności. Jeszcze przed ślubem postanowiliśmy kupić razem mieszkanie i wtedy zaczęły się problemy.

Po pierwsze mąż poprosił mnie, żeby skłamać, że bierzemy kredyt na mieszkanie. Zgodziłam się, bo co mi szkodziło. Później podobnie z samochodem, żeby powiedzieć, że okazyjnie kupiliśmy używany, chociaż kupiliśmy nowy samochód z salonu. Jak bracia pytali się, ile nas kosztowały wszystkie nowe rzeczy, które mamy, to mąż zawsze zaniżał cenę o połowę.

Niby nic szkodliwego, ale strasznie denerwuje mnie to, że on sam ciężko pracował na wszystko co ma, a wstydzi się do tego przyznać. Mamie przelewa co miesiąc pieniądze i też prosi, żeby nic nie mówiła braciom. Mówi, że staż w USA nie był płatny, że dostał tylko zakwaterowanie i wyżywienie (chociaż wiedząc, jakie dostał stypendium, można z łatwością wyszukać jego warunki w internecie). Jak wyjeżdżamy na fajniejsze wakacje, to absolutnie żadnych zdjęć na social media, bo jeszcze bracia zobaczą.

Zaczyna mnie to strasznie wkurzać, bo tak jak pisałam, te pieniądze nie spadają nam z nieba, tylko ciężko na nie pracujemy i takie udawanie, że żyjemy na skromnym poziomie wydaje mi się głupie i mało pouczające (myślę, że dzieci braci też by na tym skorzystały, gdyby zobaczyły, ile wujek osiągnął dzięki nauce i ciężkiej pracy). A bracia i ich żony oczywiście sami przepieprzają kasę na głupoty i przez to żyją od wypłaty do wypłaty.

Próbowałam o tym rozmawiać z mężem, ale on nie widzi w tym wszystkim problemu. Przecież nie chodzi mi o wstawianie sobie złotych zębów i obwieszanie się diamentami, tylko żebym nie musiała się wstydzić tego, ile osiągnęłam dzięki swojej pracy...

#HCUh6

Jestem potworem, który ukradł starszej siostrze syna. Za taką mnie uważa spora część rodziny. Tylko nikt nie przyjmuje do wiadomości prawdy.


Ela, moja siostra pod koniec studiów poznała Arka i straciła dla niego głowę. Była na każde skinienie. Fakt, że całkiem przystojny, ale cwaniaczek, imprezowicz i awanturnik. Ostrzegałam Elę ja, mama, przyjaciele. Uparła się, że go zmieni. Szybko zaszła w ciążę i urodził się Damian. Arek wtedy wprawdzie pracował, ale nie krył się z tym, że zdradza Elkę na prawo i lewo, imprezował cały weekend. 


Ela uznała, że ma prawo, skoro ona nie może uprawiać seksu no i biedny musi się wyluzować po pracy. Nie chciała nikogo słuchać. W dodatku facet urządzał awantury, zaczął ją bić, mały mu przeszkadzał. Nasza mama wystarała się, żeby chociaż dostali nadzór. W efekcie siostra prawie zerwała kontakt. Kiedy Damian miał trzy lata, Arek w końcu się doigrał i poszedł siedzieć za ciężkie pobicie. 


Ela nareszcie zgodziła się terapię, zaczęła wychodzić na prostą. Nawet zaczęła się umawiać z nowym facetem, bardzo fajnym, który naprawdę się starał, złapał świetny kontakt z Damianem.

A potem wszystko się posypało. Najpierw nasza mama zachorowała na raka, choroba postępowała bardzo szybko. Wkrótce po po tym jak zmarła, Arek wyszedł z więzienia. Od razu zgłosił się do Elki. Przyjęła go do siebie, zerwała z Tomkiem i starała się wynagrodzić Arkowi brak paczek i widzeń, przerwała terapię. Zaczęło się piekło. Arek pije. Nieraz policja brała go na dołek, ale skoro Ela odmawia składania zeznań, nie mogli nic więcej zrobić, chociaż dzielnicowy próbował ją namówić. 


Nieraz uciekali do mnie i do mojego męża. Prosiłam i przekonywałam na terapię, znaleźliśmy psycholog, która pomogła wielu współuzależnionym, ale Ela zawsze w ostatniej chwili się wycofywała. Nowy kurator niewiele się udzielał. Nikt nie był w stanie do Eli dotrzeć. W końcu po ponad 1,5 roku tej walki już nie miałam sił, wszystko zaczęło się kręcić wokół Eli i jej problemów. Po poważnej rozmowie z mężem zdecydowaliśmy już tylko ratować Damiana. Ma 7 lat i wiele rozumie. 


W dodatku ojciec zaczął go bić, za cichym przyzwoleniem Elki. Zostaliśmy rodziną zastępczą dla małego. Może go odwiedzać u nas w domu. Poprosiłam też żeby zgłosiła się do nas, kiedy będzie gotowa na pomoc, bo my już dłużej nie możemy żyć jej problemami. Niestety nie rozumie, że zostając przy Arku, nie odzyska Damiana. Odmawia terapii i innych opcji pomocy.

Dalsza rodzina twierdzi, że mam obowiązek pomóc siostrze, ale ponieważ nikt nie próbuje mnie zrozumieć, ucinam wszelkie rozmowy. Nawet Damian przez jakiś czas kilka razy dziennie upewniał się, że nie będzie musiał mieszkać z ojcem i go nie oddamy. To też ciotek nie przekonuje. Teraz już ma się lepiej.

#ZnHRF

Piszę to wyznanie, aby po raz kolejny złamać troszkę stereotypów.
Nigdy nie miałem opinii grzecznego chłopaka. Bijatyki, morze alkoholu, wygodny dres, a czasami nawet dragi to był mój żywioł. Typowy dres? Nie do końca. Nigdy nie ciągnęło mnie do łatwych dziewczyn. Wręcz przeciwnie. Nienawidziłem ich. Nienawidziłem i dalej nienawidzę, kiedy ktoś się nie szanuje. Zawsze miałem wbite do głowy zasady. Do każdego, kto mnie szanował, odnosiłem się z szacunkiem. Nieważne, czy był starszy, czy młodszy. Kiedy ktoś nie miał do mnie szacunku, zaczynałem go traktować jak ścierwo. Nie miałem oporów powiedzieć nauczycielowi w technikum, że jest zwykłym chamem i prostakiem, kiedy próbował mnie obrazić, ale nie miałem też oporów pomóc bezinteresownie obcej osobie.

Dodam, że miałem za sobą tyle awantur, że potrafię się naprawdę dobrze bić. W dodatku jestem dobrze zbudowany i wysportowany.

Nigdy nie lubiłem czapek. Wolałem kaptur. Więc pewnego chłodnego dnia jechałem w środku nocy (tak, stereotypowo BMW, ale mam gdzieś, że to "auto dla buraków". Inne marki mają zazwyczaj gorsze właściwości jezdne) przez miasto. Nie mogłem usnąć i pojechałem się po prostu przejechać. Włączony amerykański hip-hop, auto jeszcze nierozgrzane, więc miałem kaptur na głowie. W przemysłowej części miasta ostatni autobus jechał o 2:30, ja po 3-ciej zobaczyłem na przystanku drobną dziewczynę. Na oko 20 lat. Podjechałem i zapytałem się na co czeka, bo o tej godzinie już tutaj nie ma autobusów. Powiedziała, że była na przystanku już o 2:15, więc autobus się najpewniej spóźni. Zaproponowałem, że ją podwiozę. Oczywiście widząc mój wygląd, kaptur na głowie i stereotypowe BMW odmówiła. Powiedziałem wtedy, że rozumiem, jeśli nie chce ze mną wsiadać do auta, ale mogę ją po prostu zaprowadzić na przystanek, gdzie spotka autobus do centrum. Nie wsiadła do auta, tylko szła koło mnie i rozmawialiśmy przez otwartą szybę. Kiedy odeszliśmy jakieś 150-200 metrów od przystanku, usłyszałem huk. Pijany kierowca wjechał w przystanek. Moje i jej wrażenie było niesamowite.

Po tej sytuacji jednak wsiadła do mojego auta. Podwiozłem ją pod przystanek, skąd miała autobus do centrum. Postanowiłem z nią poczekać. Okazało się, że tak naprawdę błąka się po mieście, bo usnęła w autobusie i miała wysiąść ponad 200 km wcześniej. Popłynęliśmy z rozmową tak, że postanowiła przenocować u mnie. I nie - nie skończyliśmy razem w łóżku. Po prostu przespała się, a następnego dnia wróciła do domu. W tym momencie mamy bardzo dobry kontakt, zaprzyjaźniliśmy się. Nie będzie zakończenia znanego z anonimowych, nie zostaliśmy małżeństwem. Co prawda był czas, kiedy coś zaczynało nas łączyć, ale doszedłem do wniosku, że jestem zbyt nieodpowiedzialny, żeby kogoś mieć.

Po prostu chcę pokazać, że tacy jak ja niekoniecznie są źli ;)

#wSmje

Mam zamiar oskubać mojego męża z czego tylko się da!
Czytając to, pewnie od razu macie o mnie złe zdanie, ale posłuchajcie całej historii.

Kiedy poznałam mojego obecnego męża, oboje pracowaliśmy w swoich zawodach w jednym z dużych miast w Polsce. Jednak tuż przed ślubem on zaczął przebąkiwać o wyjeździe za granicę. Ja byłam przeciwna - nasze zawody pozwalały nam dobrze żyć, miałam w PL rodzinę, przyjaciół, życie. na dodatek w jego zawodzie właściwie wystarczy przeciętna znajomość angielskiego, aby pracować gdziekolwiek za niezłe pieniądze. W moim fachu jest inaczej: aby dobrze go uprawiać, trzeba znać angielski prawie perfekcyjnie, a dodatkowo - również języku kraju, w którym się pracuje. Dlatego byłam przeciwna wyjazdom.

Jednak tuż po ślubie, mój miły przyjął propozycję pracy za granicą. Przez jakiś czas ciągnęliśmy związek na odległość, ale nie układało nam się za dobrze mieszkając osobno (mąż nie lubi rozmów przez telefon, a innej opcji długo nie było). W końcu rzuciłam pracę i przyjechałam do niego, bo zależało mi na małżeństwie.

Od razu zaczęłam intensywną naukę miejscowego języka i kurs angielskiego, jednak nadal nie jest to na takim poziomie, abym mogła pracować na stanowiskach jak w Polsce! Od lat pracuję więc poniżej kwalifikacji i cieszę się, kiedy złapię zdalną fuchę z PL. Strasznie mnie to męczy. Mój mąż z kolei od lat powtarza, że może nas utrzymać i mam sobie odpuścić i zająć się domem czy ogrodem. Strasznie mnie to frustruje, bo nie czuję się w pełni sobą, nie mogąc realizować ambicji. Rozmowy nic nie dają, bo od przyjazdu, czyli od blisko 4 lat, mój mąż inwestuje w swoją karierę, a moje prośby o powrót olewa.

W tym roku postanowiłam - wracam do Polski, szukam pracy w zawodzie, dodatkowy język i niezły angielski powinny pomóc. Jeśli mój mąż nie wróci ze mną, to czeka nas rozwód. Postawię go przed takim samym wyborem, jak on mnie przed przyjazdem tutaj.

Pytałam wstępnie prawniczki, nawet z połową naszego dotychczasowego majątku będę nieźle ustawiona. I nie, nie mam wyrzutów sumienia, że na wszystko zapracował mój mąż. Sam taką decyzję podjął!

Jestem wściekła i rozżalona, ale pora wreszcie zawalczyć o swoje marzenia i swoje ambicje!
Dodaj anonimowe wyznanie