#N94bp

Sytuacja działa się już jakiś czas temu. Siedziałem sobie spokojnie na stacji PKP czekając na swoją dziewczynę, gdy poczułem doskwierający głód. Jako że moja kobieta przyjeżdżała do mnie po obiedzie, a ja tego dnia nie zdążyłem zjeść, postanowiłem sobie kupić w budce obok frytki, które umilą mi długie oczekiwanie. 

Jak pomyślałem tak zrobiłem, kupiłem największą porcję jaka była dostępna z wszelkiego rodzaju sosami. Po odebraniu zamówienia wróciłem na miejsce, w którym czekałem, szczęśliwy jak nigdy że zaraz zacznę pochłaniać ogromną ilość kalorii. W momencie gdy nadziałem pierwszą frytkę na widelec, kątem oka zauważyłem postać stojącą obok mnie. Odwróciłem się w stronę tej tajemniczej osoby i to był mój błąd. Obok mnie stał tzw. "osiedlowy menel", a moje spojrzenie było dla niego zaproszeniem do interakcji. Uśmiechnął się więc wyżej wymieniony osobnik swoim niepełnym uzębieniem i zaczął...
- Ale duża ta porcja frytek, wyglądają smakowicie...
- Z tej budki są najlepsze frytki w mieście - powiedziałem.
- Czy gdybyś nie mógł zjeść, to mógłbym dokończyć po tobie?

Spojrzałem na niego i zrobiło mi się strasznie głupio, że tak szybko go zaszufladkowałem jako pijaka, który zaraz zacznie żebrać o pieniądze na alkohol, a on najzupełniej w świecie był głodny jak ja, lecz jemu się nie poukładało w życiu. Jako osoba o wielkim sercu oddałem mu całą porcję (a nie mogłem kupić drugiej, bo już nie miałem więcej gotówki). On odwdzięczył mi się po raz kolejny wielkim bezzębnym uśmiechem i dodał...
- Dzięki stary, bo wiesz... bardzo nie lubię pić na pusty żołądek...

Nie wiem do dziś, czy byłem bardziej pełen podziwu dla jego szczerości, czy dla mojej naiwności...

#deLs9

Kilkoro z moich znajomych ma wirusa, który jest teraz bardzo na czasie. Dwoje z nich jest w stanie ciężkim, ale mi ich nie żal. Dlaczego? Dlatego, że od marca grzecznie siedzę na tyłku w domu, podczas gdy cała reszta chodziła po klubach, jeździła na wakacje i się ze mnie nabijała, że siedzę w domu. Teraz piszą i się żalą, że im ciężko, że są chorzy. A ja staram się ucinać rozmowy, żeby nie poprosili o pomoc, bo uważam, że sami sobie są winni.

#b794h

Za szkolnych lat lubiłam pisać opowiadania i wiersze. Sprawiało mi to frajdę i byłam w tym na tyle dobra, że pisałam czasem zapominalskim lub mniej zdolnym uczniom niektóre prace w kilkanaście minut od ręki, przyjmując w zamian gorące podziękowania i colę ze szkolnego bufetu.

Pewnego dnia, tuż po rozpoczęciu długiej przerwy pod moją klasę podbiegł rok starszy Paweł, miotając się jakby ktoś mu przytrzasnął jajka. Szukał kogoś, kto mógłby mu napisać rozprawkę. Miał dwugodzinną lekcję polskiego i przez całą pierwszą godzinę nic nie wymyślił. Koleżanki odesłały go do mnie, a że było mi go szkoda zaczęłam skrobać mu na szybko rozprawkę na temat "Dlaczego warto mieć przyjaciela". 

Pisałam szybko i zwięźle. Paweł w tym czasie strasznie podniecał się, że ktoś go wyręczy. Śmiał się w głos dumny ze swojej przebiegłości, przekonany że przepisze wszystko na następnej lekcji na czysto. Znałam go i nie przeszkadzało mi to szczególnie do momentu, kiedy w swojej zuchwałości poklepał mnie po głowie i powiedział "Dobry piesek, pisz, pisz....". Wtedy przekroczył wszelkie granice, ale nie przestałam pisać. Postanowiłam za to dodać jeszcze jeden powód dla którego warto mieć przyjaciela. 
 
Chłopak oczywiście nie pomyślał o tym, żeby przeczytać, to co mu tam naskrobałam, tylko od razu zabrał się do przepisywania. Nauczycielka nie była aż tak naiwna, jak się spodziewał i zabrała mu kartkę. Zaczęła czytać pracę na głos. Po całkiem porządnych, literackich przykładach przyjaźni doszła do fragmentu sporządzonego po bezczelnym zachowaniu Pawła, a leciał on mniej więcej tak: "Jednym z kluczowych argumentów przemawiających za tym, że warto mieć przyjaciela jest to, że jeżeli jest to przyjaciel płci przeciwnej można z nim uprawiać ostry seks w stodole". 

Cała klasa łącznie z nauczycielką wybuchła śmiechem na dobrych kilka minut. Paweł ze złości spłonął rumieńcem aż po końcówki uszu. Dostał oczywiście jedynkę, a ja do tej pory nie mogę powstrzymać się od śmiechu, gdy przypominam sobie jak zwiewałam przed nim, kiedy z pianą na ustach gonił mnie później po szkolnym dziedzińcu krzycząc, że mi nogi z tyłka powyrywa.

#UTJOi

Kilkanaście lat temu wybraliśmy się z rodzicami do kościoła, jak co niedzielę. Ja jako jedynaczka zawsze domagałam się spełniania swoich zachcianek. Jak zwykle dostałam jakiś tam pieniążek, który miał trafić na ofiarę do koszyka, pomimo że mama nie popierała dawaniu księżom ''haraczu'', jak to mawiała.

Przechodziliśmy obok kolorowych straganów, gdzie lizaki aż krzyczały, żeby je przylepić do języka. Poprosiłam grzecznie rodziców o kilka ''na później''. Mama tłumacząc się brakiem pieniędzy, odmówiła mi. Przypominając sobie o pieniążku w kieszeni, wpadłam na chytry plan, że wykorzystam go później na słodkości.

Mija msza, ksiądz z tacą tańczy sambę między wiernymi. Zaraz ja - aniołek w białej sukience - mam wrzucić ofiarę. Jednak gdy podszedł do nas ja... chwyciłam w te pędy cały kosz, logicznie kalkulując - było tam więcej hajsu, czyli więcej lizaków - i wyleciałam z kościoła prosto do straganów. Mama za mną, tata za mną, ksiądz za nami...

#1gqM6

Nie pochodzę z bogatej rodziny. W dzieciństwie (jak i teraz) bardzo interesowałem się motoryzacją. Chciałem, żeby rodzice kupowali mi Hot Wheelsy albo inne resoraki, niestety budżet był często bardzo ograniczony. Aż pewnego razu wyciąłem zdjęcie samochodu z gazety. I eureka! Po co mam kupować samochody, skoro mogę wycinać zdjęcia aut z gazet i się nimi bawić.

Tak się w to wkręciłem, że z różnych katalogów i miesięczników motoryzacyjnych, które np. dawali mojemu tacie jego znajomi, potrafiłem wyciąć 3/4 obrazków, a dodatkowo uczyłem się modeli aut i ich specyfikacji. Moja "kolekcja" przekraczała na pewno z 1000 zdjęć. Dla mnie zabawa tym była przednia - sam rysowałem na kartkach ulicę, pasy ruchu, skrzyżowania, sklejałem je taśmą i przyklejałem do podłogi, i bawiłem się np. w wyprzedzanie. Pamiętam jak bardzo przeżywałem to kiedy jakiś ulubiony samochód się podarł. Byłem w tym swoim świecie często po 3 godziny dziennie i trwało to około 2-3 lat. Niestety, żaden z kolegów nie rozumiał jak można bawić się jakimiś wycinkami, przez co zawsze bawiłem się sam. Dziwili się nawet moi rodzice, a w szczególności tata, bo trudno mu się czytało gazety z powycinanymi zdjęciami.

"Kolekcję" posiadam do dzisiaj, czasem z sentymentem zajrzę do pudełka z tymi zdjęciami. Przedstawiam też dowód, że dziecko nie potrzebuje nowoczesnych zabawek, gier i różnych innowacji, żeby się dobrze bawić. Szkoda, że człowiek nie ma już takiej wyobraźni...

#jKrkO

Moja matka zostawiła mnie, jak miałam 4 latka, przez co trafiłam do rodziny zastępczej. Ojciec nie mógł się mną zajmować z powodu poważnej choroby, ale od zawsze utrzymujemy kontakt.

Trafiłam do rodziny zastępczej, w której często pojawiał się alkohol.
Po libacjach jakie urządzała sobie ciotka zastępcza zawsze było obrażanie, poniżanie, a czasami nawet bicie po twarzy.
Myślicie pewnie, dlaczego tego nie zgłosiłam? Otóż zgłosiłam do PCPR co się dzieje w domu, w którym mnie umieścili i miałam nadzieję, że mnie gdzieś przeniosą albo po prostu coś z tym zrobią. Ale ku mojemu zdziwieniu nie zrobili nic... kompletnie! Powiedzieli, żebym wytrzymała jeszcze dwa lata do 18 roku życia, bo jak nie, to pójdę do domu dziecka.

Przetrwałam to piekło, ale do dziś czuję się jak śmieć.
Minęło już parę lat od opuszczenia tego domu, a ja wciąż mam żal do różnych instytucji, które powinny mi pomóc. No i nienawidzę mojej "matki", przez którą to wszystko mnie spotkało.

#3GGx6

Miałem kiedyś marzenie - zamieszkać na Islandii. Tamtejsze tereny uważałem za swoje miejsce na Ziemi. Urzekały mnie swoją pięknością, były takie naturalne, czyste.

Na studiach spotkałem wspaniałą kobietę z cudownym charakterem i czarującą figurą. Dogadywaliśmy się świetnie, a gdy powiedziałem jej o moim marzeniu, podzieliła moje zdanie. Powiedziała, że to tam chce ze mną żyć, aż do śmierci. Po tym wydarzeniu zostaliśmy parą - sama mi powiedziała, że chce być ze mną. Niestety nie byliśmy jakoś szczególnie bogaci, nasze rodziny też, więc nie mogliśmy ot tak wyemigrować na Islandię. Nie poddaliśmy się jednak, małymi krokami oszczędzaliśmy, przez co zbierała nam się coraz większa sumka, a w międzyczasie się pobraliśmy.
Pewnego dnia moja żona źle się poczuła, badania - zdiagnozowano u niej raka. Wykryto go bardzo późno, przez co nie było dużej szansy, a jednak ona walczyła. Poddano ją chemioterapii, a ja trwałem przy niej, patrząc, jak marnieje. Odeszła po roku walki.

Nie udało się nam spełnić naszego marzenia. Tak wtedy myślałem.
Byłem w głębokiej żałobie przez około rok. Wtedy coś do mnie dotarło. Postanowiłem zrobić wszystko co w mojej mocy, aby zrobić to, na co tak ciężko pracowaliśmy. Przenosząc się na Islandię, chciałem uczcić jej pamięć. Zasługiwała na to. Była najwspanialszą osobą jaką spotkałem. Kochałem ją ponad wszystko i dlatego nie porzuciłem naszego celu.

Dzisiaj mija rocznica naszego ślubu. Udało mi się. Kupiłem dom i zamieszkałem na Islandii. Zrobiłem to dla niej. Dalej mi jej brak, ale czuję, że spełniłem swego rodzaju obietnicę.

#gmpoC

Gdy miałam ok. 3 lat mieszkałam z mamą w Krakowie. Pewnego dnia wybrałyśmy się na rynek po prostu się przejść. Jak to Kraków, wszędzie pełno gołębi i turystów, nie wiadomo czego więcej. Biegałam sobie radośnie w*urwiając wszystkich dookoła, gdy nagle zobaczyłam jak Japończycy karmią gołębie. Nic nadzwyczajnego, ale mała ja stwierdziłam, że też chcę jedzenie za darmo. Ustawiłam się sprytnie i gdy jeden z Japończyków rzucił chlebem, ja złapałam go buzią w locie, mało tego, zaczęłam się przepychać z gołębiami o więcej :)
Turyści najpierw byli zdziwieni, ale potem, uwaga, zaczęli robić mi zdjęcia. Moja mama widząc tą sytuację nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Szybko wzięła mnie za ręce i w pośpiechu oddaliłyśmy się.
Historia o dziewczynce wyrywającej chleb gołębiom jest mi przypominana przy rodzinnych obiadach, a być może również jest czasem opowiadana w odległej Japonii.

#QrgQU

Nigdy, ale to nigdy nie sypiajcie z dziewczynami, z którymi pracujecie. Ja popełniłem ten błąd.

Będąc już trochę wypitym, spotkałem w jednym z klubów Kasię - koleżankę z roboty, która zawsze wydawała mi się atrakcyjna. Jakoś tak wyszło, że zaczęło między nami iskrzyć i po paru godzinach wspólnych harców na parkiecie wylądowałem u niej w łóżku. Podczas miłosnych uniesień poczułem, że coś mi się do pleców przykleiło. Sięgnąłem ręką i znalazłem dowód osobisty mojego kolegi z pracy. „O! Znalazłeś dowód Krzyśka!” - krzyknęła Kasia. - „Dziś całe rano go szukał!”.

Wygląda na to, że przez tę pościel przewinęła się cała moja zmiana...

#srPLI

Na studiach miałem obowiązkowe zajęcia z języka obcego. Na drugim roku odbywały się one w dobudówce, przylegającej do głównego budynku jakiegoś wydziału. Dobudówka była parterowa, stara i bardzo zaniedbana, mieściła bodajże trzy sale i dość obleśne toalety. Dodam jeszcze, że nasza grupa była mieszana, ja jedyny facet i ok. 15 dziewczyn z różnych kierunków.

Tego listopadowego dnia przed zajęciami (odbywały się ok 18:00) zjadłem pewną gotową zupę z torebki, po czym szybko ruszyłem na uczelnię, miałem tam jakieś 10 minut piechotą. Gdy tylko usiadłem, poczułem rewolucje żołądkowe, ale stwierdziłem, że to z powodu pośpiechu. Jednak po kwadransie wręcz zwijałem się z bólu, co zauważyła pani doktor prowadząca zajęcia (strasznie poczciwa kobieta) i powiedziała, że jeśli źle się czuję, mogę wyjść się przewietrzyć.

Po jej słowach wręcz wybiegłem do toalety, przestawiającej obraz nędzy i rozpaczy. Przesiedziałem tam jakieś 10 minut i możecie nie wierzyć, ale udało mi się zapełnić całą muszlę! Przeczyściło mnie jak nigdy, bałem się spłukiwać wodę, żeby nie wybiło. Po skorzystaniu otwarłem jedynie okno, by się przewietrzyło, bo oczywiście śmierdziało strasznie.

Po wyjściu z toalety okazało się, że... załatwiłem się w damskiej, a nie męskiej! Trudno, wyszedłem na podwórze, by pooddychać świeżym powietrzem. Ledwo dwie minuty później przyszła koleżanka z grupy i mówi, że przysłała ją prowadząca z pytaniem, jak się mam. Odpowiedziałem, że lepiej, ale poprosiłem o wodę z plecaka, znajdującego się z sali. Dziewczyna odeszła i po kilku minutach wróciła już nie ona, ale pani doktor, dość mocno przejęta. Wręczyła mi plecak i kurtkę, powiedziała, że mam iść do domu odpocząć. Dodała także, że moje złe samopoczucie to pewnie wynik tego obleśnego budynku, bo "jest tu grzyb na ścianach, zawsze tu śmierdzi, nawet teraz z damskiej toalety strasznie cuchnie, nie do wytrzymania, jak ona ma pozwolić dziewczynom na korzystanie z niej"!

Po tygodniu pani doktor oznajmiła, że poinformowała o mojej przygodzie szefa instytutu i udało się zmienić miejsce zajęć, w trosce o nasze zdrowie i samopoczucie, żeby nikt więcej nie podtruł się w tym zagrzybionym budynku, tak jak ja kilka dni wcześniej.

Nie wyprowadziłem jej z błędu ;)
Dodaj anonimowe wyznanie