Z moim chłopakiem, a teraz narzeczonym, jestem od prawie 6 lat razem. Od dłuższego czasu wiedziałam, że moment oświadczyn zbliża się wielkimi krokami. On pytał niby bezinteresownie jaki mam rozmiar palca, a ja mu pokazywałam jakie modele mi się podobają.
Przyjechał po mnie po pracy i powiedział, że pojedziemy jeszcze po naszego wspólnego kolegę, który mieszka poza miastem, bo chce dostać się do centrum. Ja nic nieświadoma, przytaknęłam. A w radiu jedna moja ulubiona piosenka, druga trzecia. Ja zdziwiona pytam co to za radio, on na to, że jedyne, jakie dziś odbiera. No to ja zadowolona jadę dalej. Daję radio głośniej i śpiewam. Zjeżdżamy na parking, on mówi, że musi dolać jakiegoś płynu i idzie w stronę bagażnika. Ja słucham, a w radiu głos gościa z Radia Zet opowiada historię pary, jakby naszą historię! Ale ja nadal nie kapnęłam się, że to o nas. Dopiero jak usłyszałam stwierdzenie mojego chłopaka w ustach Wojciechowskiego, zaczęłam coś podejrzewać. Tamten buszuje w bagażniku, ten z radia do mnie po imieniu. Co jest?! Za chwilę drzwi się otwierają, chłopak klęka z pięknym bukietem ukochanych przeze mnie tulipanów i pierścionkiem, o jakim marzyłam. Niedowierzanie, ale i wielka radość. Od uśmiechu bolały nas policzki :D
Jak się później okazało, planował to już od dłuższego czasu. Wszystkie piosenki były tak dobrane, żebym w żadnym razie nie przełączyła stacji. Wyliczył wszystko co do sekundy.
Najpiękniejsze i jedyne w swoim rodzaju oświadczyny.
Każdy chyba kojarzy wyznania typu "poznaliśmy się przez internet, jesteśmy razem 5 tysięcy lat i mamy 20 dzieci założyliśmy przedszkole i się kochamy".
Myślałam, że i mnie to spotka, gdy od miesiąca popisywałam sobie z pewnym Ant887 na jednej z gier przeglądarkowych. Było to jakiś tydzień temu. Osobiście mam 16 lat, Ant miał 17. Okazało się, że mój Ant, to po prostu Antek i mieszka w tej samej miejscowości, co ja! Postanowiliśmy się spotkać, bo co może pójść nie tak? Przecież on był taki miły, nie zrobiłby mi krzywdy. Antek nalegał na spotkanie o 22.15 na jakimś zadupiu (już dokładnie nie pamiętam gdzie, ale sprawdzałam miejsce na google maps), ale nie zgodziłam się, bo mama by mi nie pozwoliła.
Zaproponowałam wiec spotkanie w parku o 14.00. Niechętnie się zgodził. Wiedział, że ubiorę jeansy i różowa kurtkę. Przyszedł czas spotkania. Wyszłam z domu pod pretekstem wyjścia ze znajomymi. W parku nie musiałam czekać długo. Mój Antoni okazał się być wielkim, przerażającym i obrzydliwym kolesiem w wieku ok. 30 lat. Podbiegł do mnie, spytał czy to ja i zaczął szarpać. Nikt nie zwrócił uwagi na to. Nie miałam jak się bronić, bo trzymał moje ręce i obezwładnił nogi.
Zaprowadził mnie do, jak mu się wydawało pustego zaułku, gdzie chciał mnie po prostu zgwałcić, co mu się nie udało dzięki akurat przebywającym tam dresom. Pobili tego faceta i pomogli mi się ogarnąć. Kuba, Hubert i Karol, jeśli jakimś cudem to czytacie, to niesamowicie wam dziękuje. Uratowaliście mnie, a ja z zaskoczenia i przerażenia nie mogłam nic powiedzieć.
A was, drodzy czytelnicy uczulam: nie ufajcie nikomu w internecie. Jeśli chcecie się z kimś spotkać najpierw porozmawiajcie przez kamerkę internetową, bo może was spotkać to, co mnie...
Wczoraj, wracając wieczorem z pracy, nie wytrzymałam już i zesrałam się w majtki ok. 400 metrów od domu.
Mój dziadek był alkoholikiem. Niszczył życie mojej mamy, jej rodzeństwu i babci. Ale nie mi. Dla mnie był najlepszym dziadkiem. Spędzaliśmy ze sobą wakacje na działce - dziadek wśród roślinek, a ja w dmuchanym basenie. Nosił mnie na barana, kupował słodycze, robił zabawki ze starych gratów i chrapał najgłośniej na świecie. Pozwalał mi nawet przełączać obrady Sejmu, bo akurat leciała bajka na niemieckim Cartoon Network. Gdy już podrosłam i miałam 12 lat, rozumiałam już więcej. Widziałam i słyszałam kłótnie mamy z dziadkiem. Wiedziałam, jak to z dziadkiem jest. Dla mnie zawsze był trzeźwy, a gdy był pijany, to starał się mnie unikać.
Był koniec wakacji, wyjeżdżaliśmy z rodzicami od dziadków do domu. Dziadka nie było, bo po wielkiej awanturze wyszedł. Poszłam jeszcze do sklepu coś kupić i po drodze spotkałam dziadka na rowerze. Przejechał obok mnie i powiedział "kocham cię" i odjechał. Ja ze złości o tę całą awanturę coś odburknęłam i udawałam, że mam to gdzieś.
Tego wieczora dziadek się powiesił.
Nie mogę wybaczyć sobie tego, że tak potraktowałam dziadka, gdy on zawsze był dla mnie najlepszą wersją siebie.
Mieszkam sobie w zabudowie siedliskowej na przysiółku pod lasem i z racji posiadania ćwierćwyżła sporo czasu spędzam włócząc się po okolicy.
Jest w tych spacerach coś, o czym wie tylko mój mąż, no i może jeszcze ktoś, jeśli mnie na mej działalności zdybał. Otóż zawsze mam ze sobą jakąś torbę lub plecak i zbieram wszystkie puszki, każde żelastwo i butelki po piwie, jakie po drodze odkryję. Jest tego niestety sporo, gdyż przez nasz las prowadzi szlak na pobliski szczyt z wieżą widokową, a ludzie gorsi jak świnie.
Po przyniesieniu zdobyczy do domu segreguję je pod względem materiału, z którego są zrobione i składuję w pojemnikach na podwórku. Kiedy już sporo się nazbiera, pakuję w worki i mąż zawozi je do skupu. Wszystkie uzyskane pieniądze odkładam, a kiedy suma jest już konkretniejsza, wydaję absolutnie każdy tak uzyskany grosz na zakup drzewek lub krzewów. Sadzę je na swoim terenie lub rozdaję znajomym z ogrodami. Dzięki temu i u mnie, i dookoła jest jakoś ładniej, przyjemniej i weselej. Zakupiłam już w ten sposób około 50 roślin, które cieszą nie tylko moje oko. Polecam!
PS Najdziwniejszą rzeczą jaką odkryłam w lesie była ogromniasta sofa wrzucona do głębokiego wąwozu, do którego jedynym dojściem było przedzieranie się przez mokradło, jeżyny, pokrzywy i inne cholerstwo, a najbliższe miejsce gdzie można było podjechać czymkolwiek znajdowało się jakieś dwa kilometry dalej. Ludzie, jak wam się chciało?
Zacznę od tego, że wraz z mym mężem mamy bardzo mało czasu dla siebie, a to za sprawą naszego 3,5- letniego synka. Nasz kochany urwisek uwielbia spać w naszym pokoju, a w swoim śpi jedynie wtedy gdy go się czymś przekupi - ot taki los młodych rodziców :)
Ostatnio mój mąż od rana miał ochotę na małe co nieco (dodam, że bardzo chcemy mieć drugie dziecko), wysyłał mi smsy o wiadomo jakiej treści itp. Gdy w końcu wrócił z pracy wieczorem, przekonał naszego małego rozrabiakę do spania w swoim pokoju. Gdy nasze dziecię zostało ululane do dalekiej krainy snów, sami zajęliśmy się sobą. Wszystko ładnie, pięknie, oboje już w miłosnym uniesieniu, gdy nagle słychać szloch naszego szkraba. No nic, trzeba przerwać zabawę (w najmniej oczekiwanym momencie) i iść zobaczyć co dzieje się z naszym synkiem.
Tak więc mój mąż wchodzi do pokoju naszego dziecka i widzi go zapłakanego na łóżku z naszym zdjęciem rodzinnym w ręku, mąż w szoku co się mogło mu stać i pyta:
- Adasiu co Ci się stało? Dlaczego płaczesz? Śniło Ci się coś?
Na to mój mały skarb odpowiedział coś co sprawiło, że autentycznie spadłam z łóżka ze śmiechu (nasze pokoje są bardzo blisko siebie, wiec wszystko słychać).
- Dobrze wiem, że chcecie mnie zostawić i zrobić sobie tą głupią córkę. Powiedziałeś do mamusi czy ma te dni, a ona na to, że i zaraz dojdzie i Ty powiedziałeś, że też zaraz będziesz dochodził i w końcu może uda się wam córka! A mnie się nawet nikt nie zapytał, czy może ja też bym sobie z wami doszedł, chcieliście mnie zostawić samego!
Długo zajęło mojemu mężowi wytłumaczenie małemu, że wcale nie chcieliśmy go opuścić, a najgorsze jest to, że na drugi dzień nasz syn od razu gdy zobaczył swojego ukochanego dziadka, opowiedział mu wszystko jak to mamusia i tatuś chcieli dojść bez niego. Mina mojego taty gdy tego słuchał, niezapomniana :) Ach te dzieci...
Przy okazji Walentynek, przypomniała mi się historia sprzed roku...
Ale po kolei...
Jestem 26-letnią właścicielką kwiaciarni w małym miasteczku, które zamieszkuje lekko ponad 10 tysięcy mieszkańców, a kwiaciarnię przejęłam po zmarłej cztery lata temu mamie, która przegrała walkę z rakiem. Ale wracając do ubiegłorocznego dnia zakochanych...
Przyszłam do pracy o 8:00 rano, wypiłyśmy z koleżanką po kawie, ludzi od samego rana multum. Zaraz po porze obiadowej (tak, tak zamówiłam sobie zestaw kebaba...) przychodzi młody chłopak, na moje oko około 15 lat, brudny, zaniedbany, w podartych spodniach i kurtce i ze załzawionymi oczyma. Ja trochę wystraszona nie reaguję, siedziałam za ladą, aż nagle chłopak zaczyna wyjmować drobne (po 2, 5 groszy). No i pyta:
- Proszę pani, ile kosztuję ta róża? - wskazując na czerwone róże.
- 7 złotych - odpowiedziałam.
- To poproszę jedną - odparł.
No i młody chłopak sypnął mi drobnymi na ladę (delikatnie się zdenerwowałam, ale dokładnie było widać, że coś tu jest nie tak), no i liczymy. I wiecie co? Uzbierało się lekko ponad 4 złote. No i powiedziałam:
- Niestety, ale masz tylko 4 złote.
Chłopak rozpłakał się, byłam w tak niezręcznej sytuacji, że nie wiedziałam co robić, lecz zapytałam go: "Co się stało?". Tomek (tak się nazywał) odparł:
- Moja mama leży w szpitalu, lekarze dają jej jeszcze tydzień życia (rak trzustki), a ja chciałem jej sprawić niespodziankę, by dobrze mnie zapamiętała, tata w domu ciągle pije, nie daje mi pieniędzy i mnie bije. Przed chwilą zebrałem wszystkie pieniądze jakie miałem... (chłopak tak płakał, że i ja się rozryczałam). Nie dając mu dokończyć, szybko zrobiłam bukiet czerwonych róż, wręczając mu i każąc biec szybko do szpitala, tak zrobił...
Jego mama zmarła kilka dni później, a chłopak przyszedł podziękować za to, że mógł uszczęśliwić swoją mamusię ostatni raz...
Po tej sytuacji, nie mogłam się pozbierać przez kilka tygodni...
Szacunek dla młodego.
Mój wujek po wypadku stracił nogę i nosi protezę. Ale jest bardzo pracowitym człowiekiem i ima się każdego zajęcia, aby trochę sobie dorobić.
W tamtym czasie, to jest jakiś rok temu, załapał fuchę, bodajże jako dekarz w Stacji Kontroli Pojazdów.
No i siedzi sobie na tym dachu, aż tu nagle odczepiła mu się noga i spadła wprost na maskę nadjeżdżającego właśnie auta.
Kierowca przeżył mini zawał, bo myślał, że kogoś przejechał. Nie był w stanie powiedzieć ani słowa. A mój wujek, jak gdyby nigdy nic, krzyczy:
- Panie, rzuć mi nogę!
Mina kierowcy... No cóż - oceńcie sami :D
Wyznanie będzie o mojej pracy dorywczej.
Mam 17 lat i jestem uczniem liceum. Mam normalną rodzinę i nie jesteśmy biedni, stać nas na różne rzeczy. Jednak nie lubię pasożytować na rodzicach i brać od nich pieniędzy, chociaż oni mogliby mi je dać albo coś mi kupić. I teraz przechodzę do części głównej wyznania.
Ta moja dorywcza praca polega na zbieraniu złomu. Wiele ludzi uważa że jest to praca upokarzająca i niepasująca do przeciętnego człowieka. Jest to praca, która wymaga cierpliwości, dużej siły oraz sprytu. Mieszkam na blokowisku, gdzie są altany śmieciowe. Są tam kubły na metal i często biorę z nich puszki.
Oprócz tego czasem zaglądam na tyły altan, gdzie jest wyrzucone są czasami elektrośmieci. Jak już znajdę taki sprzęt to jestem zadowolony, ponieważ zawiera on miedź, która jest dość że tak powiem cenna, ponieważ na skupie kosztuje 15 zł za kilogram (żelazo i stal kosztują ok.0,5 zł, a aluminium ok. 2-3 zł). Chociaż wiem, że na innych skupach jest czasami wyższa cena, ale mieszkam w małym mieście i nie ma tam wiele skupów. Puszki i żelazstwo dość łatwo znaleźć, bo mogę je wyciągnąć z kosza, ale z miedzią jest nieco problemu, ponieważ trzeba dość długo jej szukać, bo ludzie nie zawsze wyrzucą elektrośmieć do altanki.
Oprócz tego znajdowałem rzeczy, które później bardzo mi się przydawały np. koszyk do roweru lub stara lampa naftowa, którą odrestaurowałem. Ale nie ograniczam się tylko do altanek na blokowiskach. Bardzo często zbieram elektrośmieci ze śmietnika na tyłach galerii handlowej w moim mieście. Często są tam pralki, lodówki i inne duże AGD. Nie mogę rozebrać tego na miejscu więc taki sprzęt zabieram do babci. Wymaga to dobrej siły fizycznej, bo spróbujcie nieść 2 odkurzacze lub duży metalowy okap idą w szybkim tempie aby nikt was nie zauważył. Jednak zabranie sprzętu to połowa drogi.
Sprzęt ten trzeba rozebrać aby dostać się do miedzi. Biorę w tedy duży młot i rozbijam obudowę. Wystarczy kilka uderzeń i ma się już dostęp do elementów w środku np. silniki i transformatory. Następnie trzeba te elementy rozebrać aby uzyskać zwoje miedzi. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ niektóre silniki lub transformatory są bardzo mocno złożone i nie raz trzeba użyć młotka lub szlifierki, aby to rozebrać.
Teraz opowiem o zarobkach. Mój dziadek również zbiera złom i czasem mi pomoże w rozbieraniu. Gdy idziemy na złomowisko, on zbiera swój złom (zbieramy oddzielnie, on ma swój złom, a ja swój). Gdy otrzymamy pieniądze to dzielimy się po połowie. Zazwyczaj mam z tego 60 zł.
Najbardziej "dorobiłem" się na złomie w czasie powodzi. Gdy powódź przeszła przez miasto, dużo ludzi wyrzucało zalane rzeczy. W tym wiele elektrośmieci. Raz znalazłem 2 ogromne transformatory z których uzyskałem 3 kg miedzi.
Co prawda nie mam z tego dużo pieniędzy, ale zawsze jakiś grosz wpadnie i jestem 😀
Wracając do WOŚP-u...
Mam 18 lat. Mój brat ma 8. I właśnie 8 lat temu w mojej rodzinie wydarzył się ogromny dramat.
Odkąd pamiętam, dość szybko zacząłem rozumieć pewne rzeczy dorosłych. Moja mama zmagała się z rakiem, dzięki swojej dociekliwości doskonale wiedziałem, czym jest ta choroba i jak bardzo wyniszcza człowieka. Przed chorobą mamy rodzice zawsze chcieli mieć drugie dziecko. Miałem 9 lat, kiedy ona zachorowała. Kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że mama jest w 2 miesiącu ciąży. Każdy wie, jak wielkim ryzykiem jest ciąża podczas tej choroby. Ale mama chciała donosić tę ciąże. Odmówiła chemio- i radioterapii. Tylko po to, żeby dać mojemu tacie upragnionego potomka, a mi rodzeństwo.
Z każdym miesiącem ciąży widzieliśmy, jak mama znika na naszych oczach. W pewnym momencie tata i lekarze rozważali aborcję. Mama się nie zgodziła. W 7 miesiącu ciąży nastąpiło załamanie. Ciąża, wespół z rakiem, doszczętnie wyniszczyły mamę... Umarł jej mózg, ale serce jej i dziecka nadal biło. A biło tylko dlatego, że istnieje pewien człowiek, uważany przez środowisko kościelne za złodzieja. Człowiek, który robi koncerty dla brudasów i satanistów. Który co roku robi wielkie rzeczy. Serce mojej matki biło tylko dzięki maszynie z czerwonym serduszkiem. Lekarze podjęli decyzję o cesarskim cięciu. Mój braciszek, uwaga, również żyje dzięki inkubatorowi z serduszkiem. Mamy nie udało się uratować.
Dziś mija prawie 8 lat od tamtych wydarzeń. Mamy nie udało się uratować, ale jej część żyje w moim bracie. Poświęciła się dla niego, choć to poświęcenie nie owocowałoby, gdyby nie te maszyny z serduszkami. Gdyby nie pewien człowiek. Dziś jestem wolontariuszem, zbieram pieniądze, pomagam w organizacjach aukcji itp. Wiele razy byłem przeklinany przez mojego księdza, laski babeczek prawie lądowały na mojej głowie, a w szkole śmieją się, że i tak nic z tego nie mam. Gdyby tylko znali prawdę, wiedzieli co przeżywałem, co czułem. Oczywiście, nie wspomnę o publicznym potępieniu pewnych pań i panów posłów. I wiecie co? Te słowa zabolały prawie tak bardzo mocno jak ból, kiedy traciłem moją matkę.
Nawet jeśli nie wszystkie zebrane pieniądze trafiają na kupno sprzętu medycznego, pytam się - co z tego? Ile za te pieniądze zostało zakupione? Ilu trudu włożyły tysiące osób, żeby zebrać choć trochę pieniędzy? Niech nawet zabierają sobie pewną część z tych zbiórek, tak czy siak, pomaga Owsiak :) Głoście tę prawdę. A wszystkim, którzy to potępiają... Życzyłbym, ale moje serce na to nie pozwala, żeby Wasze dzieci, odpukać, walczyły o życie, z pomocą tej maszyny i wygrały. Niech Orkiestra gra! Do końca świata i jeden dzień dłużej :)
Dodaj anonimowe wyznanie