#AjIGk
Dzieciństwo było ciężkie. Miałam duży opór przed mówieniem. Rozmawiałam z mamą i członkami rodziny, których dobrze znałam, na sąsiadów i innych tylko patrzyłam. Mama złościła się, że nie mówię nikomu "dzień dobry" i nie chcę wychodzić na podwórko. Czasami siłą wyganiała mnie z domu, ale wtedy tylko siadałam na ławce pod blokiem i czekałam, aż będę mogła wejść. Wszystko poza domem było obce, groźne, nieprzewidywalne i nielogiczne.
Podstawówka była szokiem. Natłok bodźców był otumaniający, a ja nadal nie chciałam się odzywać, chociaż mój umysł krzyczał cały czas: dlaczego do mnie mówisz? Dlaczego mnie dotykasz? Nie podchodź do mnie, nie patrz na mnie, zostaw mnie w spokoju. Każdego dnia płakałam i błagałam mamę by pozwoliła mi zostać w domu. Niestety dom szybko przestał być azylem przez ojca, który średnio co miesiąc miał nowy pomysł jak mnie naprawić. Ciągle pytał co jest ze mną nie tak, kiedy w końcu znormalnieję, czy już "przestałam się wygłupiać". Gdziekolwiek nie poszłam, otrzymywałam jasny sygnał, że mam się zmienić i zachowywać jak inni, bo moje potrzeby są dziwne i nie będą akceptowane.
Jedynym wytchnieniem były dla mnie książki i bajki. Miałam świetną pamięć, więc zaczęłam mówić do ludzi cytatami. Odgrywałam sceny widziane w filmach, bo zakładałam, że to co robią aktorzy to jest to normalne zachowanie, którego wszyscy oczekują. Próbowałam znaleźć przepis na rozmowę, nauczyłam się czym są żarty, jak działa kłamstwo, czemu ludzie się kłócą. Pogodziłam się z tym, że z ludźmi trzeba rozmawiać i współpracować, że to taki sam obowiązek jak chodzenie do szkoły.
Teraz mam już prawie 40 lat. Jestem spokojną osobą z dużym poczuciem humoru, umiem dopasować się do rozmówcy, współpracownicy mnie lubią, zapraszają na piwo. Zaproszeń nie przyjmuję. Punkt czwarta moja zmiana się kończy, a razem z nią moje powinności względem innych. Nie robię tego złośliwie, ani tym bardziej z pogardy, po prostu ludzie mnie nie interesują, tak samo jak kogoś może nie interesować historia sztuki. To tylko część pracy. Kontaktów z rodziną nie utrzymuję, z nikim się nie przyjaźnię, mieszkam sama, zrozumiałam, że nie jest to żadną wadą i świat się nie zawali dlatego, że jestem trochę inna.
Pozdrawiam innych Aspergerowców.
Ja akurat lubiłam przebywać na dworze, bo bardzo lubiłam wszelki kontakt z naturą - wszystko było przeze mnie "wymacane" i "obwęszone" (absolutnie każda rzecz i istota ma swój zapach) - każdy rodzaj ziemi był w dotyku inny, każdy piach miał inną gładkość (błoto czasem udawało się zrobić wręcz aksamitne), woda z kałuży po burzy była miękka i ciepła, trawa zimna i śliska wieczorem, kora każdego drzewa inaczej szorstka, każdy "taki sam" kamyk miał inną fakturę - wszystko to łączyłam ze sobą w różnych kombinacjach, które podczas tego procesu "odczuwałam" swoimi łapkami i to było fascynujące, a dosłownie każda rzecz w otoczeniu była organoleptycznie "zapamiętana", przynależała do danego "zbioru" i miała swoje miejsce w jakiejś tam "całości".
(Dziś też, potrafię np. po jednym dotknięciu odróżnić "identyczną" bawełnę, wyprodukowaną przez różne firmy, a mleko z każdej firmy po jednym powąchaniu :D)
Na dworze (tak jak w domu) najlepiej bawiłam się sama - planowałam i budowałam bazy wojskowe, garaże dla resorków, szałasy, rysowałam, tworzyłam jakieś budowle, czy niby-mozaiki, albo siedziałam na drzewie, przyglądając się otoczeniu i myśląc (później zabierałam tam książki i czytałam - a czytałam mnóstwo i kiedy tylko mogłam, przy jedzeniu, w kąpieli, czy w kiblu). Zabawa z rówieśnikami wchodziła w grę, ale tylko jeżeli odbywała się według jasno i z góry ustalonych zasad i nie polegała na kooperacji (np. w chowanego), ewentualnie musiała przebiegać według ułożonego przeze mnie autorskiego planu, gdzie każdy dostawał przydzieloną rolę. (Pomysły miewałam kompletnie dzikie, więc często chętni się znajdowali, mimo że udział w takiej zabawie zazwyczaj skutkował dla większości porządnym wpi#rdolem w domu ;D)
Ludzi raczej nie odbierałam jako zagrożenie, ale zupełnie ignorowałam (o ile nie naruszali mojej świętej strefy bezpieczeństwa - bo wtedy umiałam się wściec), albo analizowałam ich zachowanie, szukając schematów, w oparciu o które działają. Natomiast zawsze niesamowicie drażniły mnie (i drażnią do dziś) wszelkie podniesione głosy i fałszywie brzmiące tony (słuch muzyczny niestety niemal absolutny - wyłapuję dźwięk nieczysty o 1/6 tonu, choć "w piśmie" istnieją tylko półtony - 10 lat, Vivaldi na skrzypcach i szkoła muzyczna zaliczona z palcem w d..., choć już wtedy wolałam improwizować i grać bluesa). Za to zawsze lubiłam zwierzęta, chyba wszystkie bez wyjątku - do nich nie trzeba było mówić, żeby się porozumiewać i to mnie fascynowało.
Ale cofając się jeszcze - w moim przypadku niemożliwością było przedszkole. Gdy nagle narzucono mi całkowicie nowy, a przede wszystkim obcy (nie mój) schemat, nie dźwignęłam, co objawiło się psychicznie "odcięciem się", a fizycznie rzyganiem jak kot. Na szczęście nie byłam do tego zmuszana (miałam rozsądnych rodziców i dziadków pedagogów), więc dostałam czas żeby pewnych obserwacji i analiz dokonać na spokojnie, w swoim tempie, przy ich mądrym i nienachalnym wsparciu. Obserwowałam więc, wyciągałam wnioski i uczyłam się przydatnych "szablonów", a idąc do szkoły podstawowej, radziłam sobie już całkiem nieźle. Dostałam z początku "łatkę" dziecka cichego, czy zdolnego ale wycofanego (choć raczej byłam "cichą wodą" - potrafiłam zmanipulować, odpowiedzieć "bezczelnie" albo użyć pięści, gdy sytuacja tego wymagała), jednak z rówieśnikami problemów nie miałam. Byłam "inna" ale nie byłam gorsza i miałam tego świadomość (czasem zazdrościli mi pewnych umiejętności, czy wiedzy w danym temacie), a to, że bliższe kontakty odbywały się albo na moich zasadach, albo wcale, o dziwo stało się (i jest do dziś) bardziej moim atutem, niż wadą.
Dzisiaj (po czterdziestce sporo lat już będąc) jestem osobą albo miłą, albo miłą wcale, zawsze szczerą i logiczną, pewną siebie i z tupetem, gdy trzeba wygadaną, z nieco specyficznym, ale sporym poczuciem humoru, ciętą ripostą i dystansem do siebie. Emocjonalnie bywam "słoniem w składzie porcelany", jednak zazwyczaj w granicach względnie akceptowalnych (rodzina i znajomi wiedzą, że mam trochę inną normę, ale nie zawsze dają mi fory). Znajomych toleruję albo bliskich (takich mam), albo prawie wcale, i tak jak rodzinę - wyłącznie w dawkach nieprzemęczających. Najczęściej pracuję sama, zgodnie ze swoim planem i na własny rachunek, przy czym wymagam od siebie dużo i jestem do bólu dokładna, niezależnie od tego, czym akurat się zajmuję (tu rozstrzał dziedzin jest spory, żeby nie powiedzieć dziwny). Kooperacja to zdecydowanie nie moja bajka i nienawidzę gdy ktoś wchodzi mi w paradę, więc jeżeli już pracuję z ludźmi, to przeważnie tam, gdzie potrzeba analizy i planowania, "kierowania ruchem", przydzielania zadań, namierzania i rozwiązywania problemów, czuwania nad całokształtem i ogarniania wszystkiego "do kupy". Prowadząc szkolenia, uchodziłam za osobę z pasją, zaangażowaną, potrafiącą wyłapać w porę wszelkie problemy i błędy, znaleźć ich przyczynę, przystępnie wyjaśnić rozwiązanie i zmotywować do jego zastosowania, gdy trzeba cierpliwą i rozumiejącą, a gdy trzeba bardzo wymagającą, która nie da sobie wejść na głowę i zauważy każde niedociągnięcie, ale ogólnie lubianą i docenianą.
Mam więc to szczęście, że udało mi się poukładać swoje życie tak, żeby - chociaż momentami bywało ciężko - w sumie więcej na tym wszystkim zyskać, niż stracić, dlatego ja na swój ZA bardzo nie narzekam - i tego też każdemu aspikowi szczerze życzę :)
Jestem pod silnym wrazeniem.
Tutaj autorka, dzięki za odpowiedź :) Anonimowych mam przeczytanych wzdłuż i wszerz i byłam bardzo ciekawa czy jest tutaj ktoś o podobnych doświadczeniach. Bardzo zazdroszczę Ci tego braku lęku, ja również uwielbiałam przyrodę, ale chciałam ją mieć w kontrolowanych "bezludzkich" warunkach, więc wszystko znosiłam do domu: kamyki, ślimaki, mrówki itd. Oczywiście w tajemnicy przed mamą, biedna kobieta. Moja więź ze zwierzętami była i do dziś jest bardzo silna.
Do przedszkola poszłam podobno na dwa dni, pierwszego siedziałam ponoć bez ruchu 8 godzin i zrobiłam pod siebie, drugiego dostałam takiego ataku szału, że matka mnie po prostu wyniosła na rękach. Ja sama tego nie pamiętam, ale potem zaczęło się "wyrzucanie" mnie na podwórko, mające zapewne przygotować mnie na szkołę.
I ja lubię spędzać czas w swoim towarzystwie.
Ja akurat szukalem kontaktu z innymi ale przeważnie bylem odrzucany przez swoja innosc i gadanie caly czas o tym samym.
Wydaje mi sie, ze mam Aspergera, bo bardzo duzo rzeczy sie zgadza ale wiele tez nie.
no i ok, zyj tak, zebys sie dobrze czula :)
przyjemnosci :)
Po przeczytaniu tego wyznania przychodzi mi na myśl tylko i wyłącznie słynny Sheldon Cooper z Teorii Wielkiego Podrywu!