Kiedy miałam 16 lat, byłam bardzo głupią dziewczyną. Od zawsze podobali mi się chłopcy z wyższych klas. Któregoś dnia do naszej szkoły doszedł nowy chłopak - cudo. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Byłam nieśmiała, dlatego nie wiedziałam jak z nim zacząć rozmowę. Jedna z moich "przyjaciółek" powiedziała mi, żebym udawała skręconą kostkę. Szybko łyknęłam pomysł. Następnego dnia plan miał wejść w życie. Miałam spaść ze schodów wprost pod jego nogi. Sprawa prosta, Jakub (ów chłopak) posiadał szafkę naprzeciwko schodów.
Na długiej przerwie "upadłam" i stoczyłam się ze schodów. Jakub zobaczywszy, że z moją kostką jest nie halo, wziął mnie na ręce i zabrał do pielęgniarki. W połowie drogi z zaskoczenia pocałowałam go i uciekłam do toalety. Cieszyłam się i to bardzo, ale nie wiedziałam co on o mnie pomyśli. Koniec lekcji. Idę do szatni jak najszybciej się da, żeby go nie spotkać, Kuba zaczepił mnie i doprowadził do domu.
Dzisiaj jestem w 6 miesiącu ciąży, 3 lata po ślubie. A mój Kuba nigdy by nie zwrócił na mnie uwagi, gdyby nie moja "boląca" kostka.
Długie miesiące katorżniczych ćwiczeń, rygorystyczna dieta, odżywki, masaże, joga. Do tego codzienne wstawanie o piątej rano, aby przed pracą przebiec 8 km. Wszystko to po to, aby spodobać się chłopakowi, który co roku przyjeżdża na wakacje w to samo miejsce, co ja. Moja przemiana była ogromna. Zrzuciłam 15 kg! Jak mnie zobaczył, to zmrużył oczy, coś w głowie przeprocesował, a następnie z radosnym uśmiechem krzyknął: „Ania! Zmieniłaś fryzurę?”.
Nie to jednak mnie załamało. Otóż miłość mojego życia przyjechała na urlop z dziewczyną. Żeby tego było mało, to okazało się, że jego wybranka jest o 20 kg cięższa niż ja przed tym, jak zabrałam się za odchudzanie!
Opowiem Wam o mojej mamie.
Jest piękną kobietą, z wielkim poczuciem humoru, inteligentna i z pięknymi, uśmiechniętymi, błyszczącymi, zielonym oczami. Nasz tata jest od niej starszy o 10 lat, co wcale im nie przeszkadza, często chodzą na randki po pracy, ot tak, żeby nie zapomnieć, jak to było na początku.
Nigdy nie widziałem mojej mamy smutnej, złej, przygnębionej. Zawsze wszystko co złe obraca w żart i walczy o nas jak lwica o swoje młode, nawet jeśli kosztuje ją to więcej niż ją stać (do dziś żałuję paru akcji, które odwaliliśmy po pijanemu z moim młodszym bratem). Jest dyrektorką w dużej firmie, ale połowę swojej wypłaty przeznacza na schroniska. I tak już od 21 lat żyjemy w sielance. Nazywa nas swoimi Małymi Aniołkami, dlatego też mamy imiona po Aniołach, Gabriel i Rafał.
Dziś powiedziała nam, że ma raka płuc, z którym walczy od ponad pół roku. Nie mówiła nam, żeby nas nie martwić tym co się dzieje. Idąc na kolejne badania czy wizyty u lekarzy mówiła, że idzie na siłownię.
Dziś jak tata ją zapytał dlaczego to zrobiła, powiedziała, że ''jest matką i żoną, dlatego musi dawać nam spokój, a nie przynosić ból".
Nie wiem, jak sobie bez niej poradzę.
Wstaję codziennie o 5:30. Czasami budzę się kilkanaście minut wcześniej i cieszę się jak głupi, że mogę sobie jeszcze te kilkanaście minut poleżeć. Ostatnio wpadłem na genialny pomysł. Od tamtej pory nastawiam budzik na 4:30. Budzę się ze świadomością, że muszę już się zbierać do pracy i po chwili uświadamiam sobie, że czeka mnie jeszcze cała godzina snu. Piękne uczucie!
Kiedyś podczas corocznej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy razem ze znajomymi i moim chłopakiem stałam i patrzyłam na "światełko do nieba ". Wiadomo - ludzi pełno i mało co widać. Jako że nie należę do osób wysokich, ze znudzeniem patrzyłam na ludzi. Zaciekawiła mnie jedna para stojąca w tłumie. Była to para staruszków po 70. Stali tak samo jak my, przytulali się i w jednym momencie staruszek dał swojej wybrance życia soczystego całusa, klęknął przed nią i jej się oświadczył.
Było to takie wzruszające, że aż popłynęła mi łezka. Ludzie naokoło zaczęli bić brawo i mało kto interesował się w tym momencie fajerwerkami.
Miłość potrafi przyjść w każdym wieku.
Kiedy miałem kilkanaście lat i zacząłem zadawać ważne dla mnie pytania, postanowiłem uzyskać od mojego ojca informacje na temat tego, czy moje przyjście na świat było wynikiem miłości i chrześcijańskiego planowania rodziny. „Młody, jeśli nie liczyć pijackiej orgii, w której razem z twoją mamą wzięliśmy udział dziewięć miesięcy przed twoim urodzeniem, to raczej staraliśmy się unikać wpadek. Mieliśmy plany, marzenia… Rozumiesz?” - odparł mój tatko.
Teraz wiem, że to był idiotyczny żart mojego staruszka, jednak wtedy poczułem się, jakbym został poczęty w bangbusie...
Od dnia, w którym zostałem adoptowany, robiłem wiele przykrości rodzicom, bo w domu dziecka miałem wielu przyjaciół i żal mi było ich zostawiać. Byłem chyba jedynym dzieckiem, które chciało tam trafić znowu. Mój tata, mimo że robiłem mu przykrości, pewnego dnia zabrał mnie na spotkanie ze swoimi przyjaciółmi na boisko do siatkówki. Patrzyłem jak grają i jaką im to sprawia przyjemność i zapragnąłem też spróbować. Od tamtego czasu moje zachowanie zmieniło się, pokochałem rodzinę i ten sport. Tata zawsze wspierał mnie na każdym meczu, graliśmy razem prawie codziennie.
Dlaczego o tym piszę? Może dlatego, że tata umarł na zawał i zawsze gdy gram, czuję jego obecność przy mnie. Moi znajomi śmieją się, że gdy ledwie trafiam w boisko, to znaczy, że tata z nieba przesuwa piłkę tak, by trafiła ;)
Zacznę od początku. W kwietniu skończyłam 18 lat. Aktualnie uczę się w liceum, ogólnie raczej byłam niewyróżniającym się przeciętniakiem - tak dla informacji.
Moja rodzina postanowiła mi, cytuję, "uświadomić, na czym polega dorosłe życie".
Teksty o wyrzuceniu z domu są na porządku dziennym, bo przecież jestem dorosła i mam sobie radzić.
Nie wiem ile razy usłyszałam, że jestem do niczego nienadającym się pasożytem społecznym, bo... nigdy nie pracowałam.
Na koniec 2 liceum zrobili mi awanturę, że nie nadaję się do nauki i mam iść pracować, najlepiej fizycznie. Wyjaśnienia nie uzyskałam.
Na początku września kolejna awantura - bo zniszczyłam ich plany na przyszłość (bo przecież wszyscy od iks lat wiedzą, co chcą robić w życiu, a córka koleżanki od początku liceum wie, że będzie studiować na lekarskim etc.).
Bardzo chcę zdać maturę i iść na studia, choć trochę się odciąć.
Nie wiem, co będzie w maju.
Jest grudzień, to nadal we mnie siedzi.
Czasem się zastanawiam, z kim ja mieszkam pod jednym dachem.
Czasem warto zakończyć coś wcześniej, aby uniknąć potem nieprzyjemności i goryczy związanej z trwałym uszkodzeniem godności.
Miałem kiedyś dziewczynę, istotkę bardzo towarzyską, radosną i zdawać by się mogło – kochającą. Po roku naszego, bardzo udanego, związku, wybranka mego serca podjęła decyzję wyjechania do Hiszpanii w ramach programu Erasmus. Mieliśmy codziennie „widywać się” na Skype, a zgodnie z jej obietnicami – nasz związek był już na takim etapie, że niestraszny mu był nawet największy dystans!
Wieczór przed wyjazdem wpadłem do mojej dziewczyny z wizytą. Kiedy poszła do sklepu, aby zaopatrzyć się w parę drobiazgów, otworzyłem jej walizkę. Chciałem tam włożyć mały prezent, który dla niej kupiłem. To miała być niespodzianka, a tymczasem prawdziwą niespodziankę „dostałem” ja. Między ubraniami, suszarkami, książkami i kosmetykami spoczywały trzy duże opakowania prezerwatyw!
Zerwałem z nią jeszcze tego samego wieczora, nie mówiąc nic o moim odkryciu.
Później dowiedziałem się, że wróciła z wyjazdu będąc w ciąży i nie znając ojca swojego dziecka. Najwyraźniej źle sprawę skalkulowała i jednak mogła zabrać cztery opakowania gumek…
Jestem głupia i pewnie wielu z Was mi to teraz powie.
Miałam narzeczonego. Byliśmy ze sobą prawie 5 lat, planowaliśmy na wakacje ślub, a dopiero co zostaliśmy rodzicami. Kiedy okazało się, że rodzina ma się powiększyć, zrezygnowałam ze swojego mieszkanka i kupiliśmy większe, wspólne. Wielki krok, ale sądziłam, że to naprawdę już na zawsze...
Po narodzinach naszej pociechy i "zakończonej" przeprowadzce wpadła do nas moja siostra - dodam, że ona ma ledwo 18 lat, a my dwa razy tyle. Mój wspaniały narzeczony uchlał się w trzy dupy i całował się z moją siostrą (ona też upita) i ją obmacywał. Potem pisał do niej SMS-y, że od zawsze mu się podobała i że go podnieca. Siostra zachowała trochę przytomności i zrugała go za to i dodała, że wykorzystał fakt, że była pijana. Mimo wszystko podziwiam ją, że mi o tym powiedziała - on nie miał na tyle odwagi. I co teraz... Mieszkam z nim, bo nie mam gdzie wrócić. Siostra to jeszcze dziecko i na jej młodość mogę zrzucić jej brak asertywności po alkoholu, więc nie mogę jej winić, zwłaszcza że ona nie ma nikogo, a on miał rodzinę i to on nie powinien dopuścić do takiej sytuacji. Śpimy osobno, a nasze rozmowy ograniczają się do "domowych formalności". On zaczyna udawać, że nic się nie stało, próbuje mnie dotykać, a ja czuję tylko obrzydzenie...
Zostawiłam dla niego wszystko. Nie mam mieszkania, do którego mogę wrócić. Mam z nim kredyt i nowo narodzone dziecko... I jedyne co mam w głowie, to że teraz nawet gdybym chciała go zostawić, to nie mam dokąd pójść, więc pewnie będę w tym trwać. On pewnie zrobi to po raz kolejny z innymi, a ja nic nie mogę na to poradzić.
Dodaj anonimowe wyznanie