Jestem jednym w ostatnich roczników, które dzieciństwo spędziło na podwórku, z podrapanymi kolanami i w wiecznie brudnych od smaru i ziemi ubraniach. Jeden dzień szczególnie zapadł mi w pamięć. Miałam chyba z 7 lat, kiedy jak zwykle latałam z dzieciakami z osiedla. Nie pamiętam już dlaczego, ale nagle jeden z chłopców podszedł i bez powodu napluł mi prosto w twarz... Obok stała grupa starszych łobuziaków. Jeden z nich momentalnie podszedł do tego chłopca, włożył mu głowę pod kraniki i kazał mnie na kolanach przepraszać. Tak oto ten dwunastolatek stał się moim bohaterem. Zyskałam szacunek na osiedlu. Szybko jednak zapomniałam o tamtych wydarzeniach.
Kiedy miałam 16 lat, na jednym z portali internetowych przewinął mi się mega przystojny chłopak. Nie próbowałam nawet o nim myśleć, nie miałabym szans. Kilka dni potem to on napisał pierwszy. Podał mi dokładny adres zamieszkania i spytał, czy pamiętam, jak załatwił mojego napastnika. Popisaliśmy trochę wspominając, ale jakoś żadne z nas nie próbowało się umówić.
Więc przeznaczenie zrobiło to samo.
Spotkałam się z przyjaciółką pewnego wieczoru i dosłownie wpadłam na tego mojego bohatera.
Teraz jest moim mężem i wzorem do naśladowania, jednak ciągle śmieje się, że jestem kolejną kobietą, która leci na "niegrzecznych chłopców".
Zostałem zgwałcony. Tak, dobrze przeczytaliście. Jestem facetem i zostałem zgwałcony.
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu. Byłem na imprezie u znajomych. Była tam pewna dziewczyna, która cały czas do mnie się zalecała. Nie byłem nią zainteresowany, co jej grzecznie mówiłem, ale nie odpuszczała. Miała ok. 190 cm wzrostu, ponad 100 kg. Sam jestem bardzo chudy. Trochę za dużo wypiłem i postanowiłem położyć się spać. Położyłem się do łóżka i usnąłem. Po pewnym czasie czułem coś dziwnego. Jakieś bodźce z moim przyrodzeniem. Obudziłem się i zobaczyłem, jak ta dziewczyna siedzi na mnie i co chwilę podskakuje. Próbowałem się wydostać i uciec, ale niestety była zbyt silna i mnie trzymała. Zacząłem wrzeszczeć. Kilka osób przybiegło, zobaczyli co się dzieje i... zaczęli wszystko nagrywać, dopingując ją. Kiedy zrobiła co miała zrobić, puściła mnie, wzięła chusteczki, wytarła się i poszła jak gdyby nigdy nic! Natychmiast się ubrałem i chciałem uciec. Nagrywający śmiali się ze mnie, że miałem seks niespodziankę. Wyleciałem jak z procy.
Przez kilka dni nie wychodziłem z mieszkania, rodzicom nic nie mówiłem. Postanowiłem zgłosić sprawę na policję. Policjanci przyjęli zgłoszenie i ruszyła lawina. Została zatrzymana, przesłuchana, telefony zabezpieczone. Sprawa trafiła do sądu. Dostała wyrok. Sprawa odbiła się w lokalnych mediach.
Wiecie co jest przerażające? Komentarze KOBIET po postami na Fb odnośnie tego gwałtu. Komentarze z serii: „Faceta nie da się zgwałcić! To był seks niespodzianka! Skoro miał wytrysk, to było mu dobrze! Powinien się cieszyć! Co za frajer! Dziewczyna go wyrwała, a on mówi, że zgwałciła!”. Takich komentarzy było całe mnóstwo. Oczywiście po czasie rodzice się dowiedzieli (mieszkałem jeszcze z nimi). „Znajomi”, którzy nagrywali to całe zdarzenie też mieli konsekwencje prawne - za to, że nic nie zrobili. Naturalnie w mieście dużo osób wiedziało, że chodziło o mnie. Wieczne dogryzanie mi, robienie ze mnie potwora, bo „dobra dziewczyna ma problem przez ciebie”, kilka razy byłem pobity. Postanowiłem ze sobą skończyć. Linka, na której się chciałem powiesić nie wytrzymała i przeżyłem próbę samobójczą. Kilka lat spotkań z psychologiem, terapii - wyszedłem z dołka i żyję normalnie.
Dlaczego o tym piszę? Bo przeraża mnie dzisiejszy świat i podwójne standardy. Jak facet zgwałci kobietę - od razu kara śmierci. Jeśli kobieta zgwałci mężczyznę - to nie gwałt, to seks niespodzianka. Po jakimś czasie była sprawa gwałtu na kobiecie w moim mieście. Te same kobiety, które pisały o mnie, że jestem ciapa, pisały, że gwałciciela należy wykastrować, torturować i gwałcić, bo jak on mógł.
Wyprowadziłem się z rodzinnego miasta. Nikt w nowym mieście nie wie o mojej przeszłości. Niby było to kilka lat temu, a do tej pory nie ułożyłem sobie życia. Nie potrafię. Po prostu.
Historia z dziś. Po całym dniu na nogach, byłam dość zmęczona i całkowicie bez humoru. Idę przez miasto, naprzeciwko mnie dwa dresy coś sobie gawędzą, przeklinają, jak to typowo bywa. Przechodzą obok mnie i jeden z nich do drugiego:
- Idzie ładna kobieta, nie bluźnimy!
Aż się uśmiechnęłam. Dresy są spoko, poprawiają nastrój. :D
Jakiś czas temu, gdy jeszcze byłam zaręczona, dopadłam mojego ukochanego i robiąc teatralnie surowa minę rzekłam: „Znam twój mały sekret, ty podły sukins#nu!”. Mój przyszły mąż zareagował bardzo nerwowo. Pocąc się i jąkając zaczął mi wyjaśniać, że jego romans z koleżanką z pracy trwa zaledwie kilka tygodni i że nic do niej nie czuje, że to tylko seks i że ja jestem miłością jego życia.
Cóż, w rzeczywistości chciałam mu powiedzieć o tym, że wiem o jego słabej woli i regularnym łamaniu diety, którą sobie narzucił przed ślubem, a przypadkiem dowiedziałam się, że mężczyzna, z którą miałam spędzić życie, to cholerny babiarz. Oczywiście zaręczyny zerwałam w trybie natychmiastowym.
Pewnego dnia poszłam na zakupy do sklepu. Podszedł do mnie pewien mężczyzna i zapytał:
- Dobrze znasz angielski?
- Tak.
- A wytłumaczysz mi pewien zwrot?
- Oczywiście.
- Co to znaczy "I love you"?
- Yyy... kocham cię.
Na co on:
- Ooo... ja ciebie też.
Od dwóch lat jesteśmy razem ;)
Razem z koleżanką pewnego dnia wybrałyśmy się do KFC. Zjadłyśmy i miałyśmy wracać, jednak koleżanka ujrzała grupkę chłopców i zaczęła im machać. Koledzy wyszli z lokalu, ja chciałam już uciekać, ale koleżanka mnie powstrzymała i zaczęła się rozmowa.
Wywnioskowałyśmy, że przyjechali na kilka dni do naszego miasta i nie wiedzą jak wrócić do miejsca, w którym się zatrzymali. Zaoferowałyśmy pomoc. Zaprowadziłyśmy ich na miejsce i się pożegnałyśmy. W drodze do domu byłyśmy przeszczęśliwe, że ich poznałyśmy, ponieważ wpadli nam w oko. Zaprosiłyśmy ich na fb. Znajomość się rozwijała. Pisałyśmy z nimi dniami i nocami, a że wszyscy lubiliśmy muzykę, to po 2 miesiącach od poznania spotkaliśmy się na warsztatach w naszym mieście. Już planowałyśmy, jak to pójdziemy po zajęciach na romantyczny spacer, a oni nam wyznają miłość...
My podniecone czekamy i nagle BAM! Dowiadujemy się, że planują przeprowadzkę do naszego miasta, bo zamierzają iść na studia. Zaczęli wychwalać, że już nie mogą się doczekać, że będzie wspaniale. My ciekawe i jednocześnie podjarane pytamy, jakie studia. "Teologiczne, studia teologiczne. Teologia kapłańska".
I tak oto trafiłyśmy do friendzonu z księżmi.
Kiedy miałam 6 lat, zobaczyłam w TV teledysk Michaela Jacksona do piosenki "Black or white". Zauroczyłam się w nim i jego muzyce. Od tamtej pory z uwagą śledziłam wiadomości o nim, przeglądałam gazety, wycinałam z Bravo i innych czasopism (kupionych przez starszą siostrę) jego zdjęcia i wklejałam do specjalnego zeszytu, zbierałam plakaty. Uwielbiałam słuchać jego głosu w radiu, w TV nie mogłam oderwać od niego wzroku.
W dziecięcych fantazjach wyobrażałam sobie, że przyjeżdża do mojej szkoły - specjalnie do mnie, idziemy na spacer i rozmawiamy sobie tak jakbyśmy się znali od zawsze, a jego ochroniarze idą daleko za nami (nie zastanawiałam się w jakim języku miałaby toczyć się nasza rozmowa, ponieważ nie znałam angielskiego, cóż... dziecięca logika). Swoje marzenia skrywałam głęboko.
W pierwszej klasie podstawówki rozmawialiśmy z katechetką, którą uwielbialiśmy, o naszych największych marzeniach. Nie potrafiłam skłamać i wymyślić czegoś innego, ale też wstydziłam się powiedzieć całej prawdy o moim marzeniu, więc gdy przyszła moja kolej odpowiedziałam, że moim marzeniem jest, aby Michael przyjechał do Polski na koncert. Katechetka uśmiechnęła się, powiedziała, że również lubi jego muzykę, ale bardzo mało prawdopodobne jest to, że przyleci do nas koncertować, że jest człowiekiem bardzo zajętym i pewnie nawet nie wie, że istnieje taki kraj jak Polska. I dodała, że jeśli kiedyś MJ przyjedzie do Polski, to będzie to cud.
Wydedukowałam więc, że jeśli codziennie będę modliła się do Boga, żeby mój idol przyjechał do Polski, to w końcu się to spełni (nie pytajcie dlaczego miał przyjechać do Polski, a nie bezpośrednio do mnie, chyba uznałam, że jeśli dowie się o naszym kraju i tu przyjedzie, to ze znalezieniem mnie będzie miał już z górki).
Tak więc codziennie wieczorem modliłam się o to. Lata mijały, a moje modlitwy pozostawały niezmienne.
Po pięciu latach w mediach gruchnęła wieść: odbędzie się koncert Michaela w Polsce! Cieszyłam się jak nigdy, byłam przekonana, że moje modlitwy zostały w końcu wysłuchane. Niektórzy twierdzili, że spełnia się niemożliwe, bo to ostatnia trasa koncertowa, że to cud. No oczywiście, przecież to był mój wymodlony cud.
Na koncert nie pojechałam (skrajna bieda + drugi koniec Polski), oglądałam go w TV. Z zazdrością patrzyłam na ludzi pod sceną, tak bardzo chciałam tam być. Oglądałam wypowiedzi osób, które tam były, ludzi witających Michaela na lotnisku - wszyscy byli szczęśliwi, że go spotkali, że go dotknęli, że wręczyli mu różę... nikt nie wiedział, że to wszystko zadziało się dzięki mnie i moim modlitwom.
Michael do mnie nie przyjechał, po oficjalnych spotkaniach wyleciał z kraju.
Jeszcze przez pewien czas miałam do siebie żal, że nie sprecyzowałam o co dokładnie proszę w modlitwach. Teraz na wspomnienie tego tylko uśmiecham się z zażenowaniem.
Ostatnio bardzo zmęczona po zajęciach, wracałam autobusem do domu i oczywiście jak zawsze ja, musiałam wykorzystać te 35 minut jazdy busem na spanie.
Fajnie się spało, do czasu gdy obudziło mnie silne uderzenie z liścia w twarz i krzyki. Po tym nagłym przebudzeniu zobaczyłam, że leżałam opierając się głową o ramię jakiegoś 40-letniego faceta, w dodatku jeszcze przytulając jego rękę, a nade mną stoi jakaś wymalowana kobieta, która wydziera się na mnie i na tego pana, że znalazł sobie "młodą dupę". Zostałam zwyzywana od kurtyzan i wszystkich brzydszych synonimów tego słowa. Kiedy inni pasażerowie busa mówili, żeby się uspokoiła, ona jeszcze bardziej zaczynała przeklinać, więc kierowca kazał jej wysiadać.
Facet wstał i wysiadł z kobietą na najbliższym przystanku, a ja z obolałym policzkiem zastanawiałam się, czy zrobiłam naprawdę coś tak strasznego, że musiałam zostać uderzona.
Na drugi dzień spotkałam w busie tego samego faceta, który przeprosił mnie za swoją żonę oraz za śliwę, którą mi zrobiła.
Ta kobieta nauczyła mnie nie spać w autobusie...
Nie jest to przypał roku, nie było świadków zdarzenia. Tylko ja i ona - przeklęta kłódka.
Sklep, w którym pracuję, jest zamykany kratą. Przy tej kracie są dwie kłódki. Jedna na górze, druga na dole. Dzień, w którym nastąpiły pierwsze w tym roku duże mrozy.
5 rano, otwieram sklep, a tu kłódka nie puszcza. Jak to zimą bywa, zamarzła. Otwieram, szarpię, podgrzewam zapalniczką. Nic a nic nie puszcza. Ciężko dostać się do tych kłódek między kratami zgrabiałymi od mrozu palcami... Po 20 minutach męki na 25-stopniowym mrozie spostrzegłam, że otwierałam ją kluczem od drugiej kłódki... Wkładam drugi klucz i cyk - otwarte.
Jak sobie to przypomnę, to czerwienię się sama przed sobą. Usprawiedliwiam się tym, że po prostu zamarzł mi mózg...
Historia miała miejsce parę lat temu w pewnym autobusie.
Jechałam akurat na randkę, więc oczko pomalowane super czerwona szminka na usta i w drogę.
Po jakichś 10 minutach mojej podróży w autobusie zrobiło się trochę tłoczno. Dwa przystanki przed tym, na którym miałam wysiąść, wsiadł typowy młody Sebek w pięknej śnieżnobiałej bluzie z haczykiem na piersi i stanął do mnie tyłem.
Autobus nagle zahamował, fizyka zrobiła swoje, bezwładne ciało Sebka poleciało na mnie.
On odwrócił się przeprosił, a nawet uśmiechnął. Kiedy już wszyscy stali stabilnie, moim oczom ukazał się piękny idealny odcisk moich czerwonych ust (normalnie gdybym chciała, to bym nie umiała tak ładnego zrobić) na plecach, a konkretniej w okolicach lewej łopatki białej bluzy Sebka.
Stres. Szok. Strach.
Co zrobić?!
Biłam się z myślami zbyt długo, bo właśnie autobus się zatrzymał. Był to mój przystanek, ale również Sebka, jednak gdy zobaczyłam, że na przystanku czeka na niego dziewczyna, odjęło mi władzę w nogach i nie wyszłam.
Do tej pory jest mi głupio.
Sorry Sebek!
Dodaj anonimowe wyznanie