#MMhaV

Historia miała miejsce parę lat temu w pewnym autobusie.
Jechałam akurat na randkę, więc oczko pomalowane super czerwona szminka na usta i w drogę.
Po jakichś 10 minutach mojej podróży w autobusie zrobiło się trochę tłoczno. Dwa przystanki przed tym, na którym miałam wysiąść, wsiadł typowy młody Sebek w pięknej śnieżnobiałej bluzie z haczykiem na piersi i stanął do mnie tyłem.
Autobus nagle zahamował, fizyka zrobiła swoje, bezwładne ciało Sebka poleciało na mnie.
On odwrócił się przeprosił, a nawet uśmiechnął. Kiedy już wszyscy stali stabilnie, moim oczom ukazał się piękny idealny odcisk moich czerwonych ust (normalnie gdybym chciała, to bym nie umiała tak ładnego zrobić) na plecach, a konkretniej w okolicach lewej łopatki białej bluzy Sebka.
Stres. Szok. Strach.
Co zrobić?!
Biłam się z myślami zbyt długo, bo właśnie autobus się zatrzymał. Był to mój przystanek, ale również Sebka, jednak gdy zobaczyłam, że na przystanku czeka na niego dziewczyna, odjęło mi władzę w nogach i nie wyszłam.

Do tej pory jest mi głupio.
Sorry Sebek!

#F1hBc

Kiedyś opowiedziałam Wam historię o sąsiedzie, który za pośrednictwem swojego synka chciał pozbyć się moich psów.
Dziś rano w lokalnych wiadomościach pokazywano malutką psinkę wrzuconą do kontenera na ubrania.
A że to niedaleko mnie, szybko się rozniosło kto to zrobił. Jak myślicie?
Na nagraniu z kamer była jego twarz. Nawet się głupek nie zasłonił :)))

Pogadałam chwilę z jego byłą żoną. Okazało się, że po całym incydencie z poprzedniego wyznania (jak mogę was jakoś do niego przekierować, to dajcie znać jak!) związał się z jakąś Gabryśką, której jedynym hobby jest rodzenie dzieci. Oczywiście z nim też już zdążyła jedno zmajstrować.
Gabryśka bez jego wiedzy kupiła dziecku psa na chyba urodziny, ale tatusiowi się nie spodobał.

Nie, nie jestem zdesperowaną obrończynią zwierząt twierdzącą, że ludzie są ble i niefajni. Po prostu za wyrzucenie psa do kosza powinna być taka sama kara jak za zabicie kogoś, ktoś tak traktujący zwierzę nawet nie powinien się nazywać kimś.

#epUsU

Długim słowem wstępu, nim przejdę do sedna:
Kiedy byłam mała, moja mama drugi raz wyszła za mąż. Wybranek mojej mamy miał dwójkę młodszych braci, gdzie każdy z nich miał dzieci. Czyli, podsumowując, prócz mnie dziadkowie mieli czwórkę wnucząt, którzy byli "ich". Wiadomo, krew z krwi.
Ja byłam jedyną wnuczką, która nie miała żadnego pokrewieństwa z dziadkami. Po prostu byłam córką żony ojczyma.

Historia, o której chcę wspomnieć, dotyczy mojego dziadka.

Był to surowy mężczyzna, który swoich synów wychowywał ciężką ręką. Utrzymywał dyscyplinę, a oni nawet nie mieli śmiałości się buntować.
Paradoksalnie, uwielbiałam go. Był to jedyny dziadek, do którego zwracałam się "dziadku", a nie "proszę pana".
Dla mnie zawsze był miły, nigdy nie uniósł na mnie głosu. Robił mi każdego ranka zupy mleczne zwane zacierkami i pozwalał jeść z lekko ułamanej łyżki, którą - jak opowiadał - nadgryzł niedźwiedź. Ja i kuzyni walczyliśmy o nią, bo kryła się za tym wspaniała historia. Jednak to mnie zawsze przypadał ten zaszczyt i czułam się z tego powodu dumna.

Zawsze spędzałam z dziadkiem czas na działce. On zajmował się roślinkami, a ja leżałam na kocu i czytałam, bawiłam się z kotami czy tworzyłam ślimacze królestwo.

Historia, o której chcę wspomnieć, miała miejsce właśnie podczas jednego z takich dni. Zbliżał się koniec wakacji, więc ciążyła mi na sercu wizja tego, że muszę się pożegnać z dziadkami i zobaczę ich dopiero za rok, w kolejne wakacje. Starałam się o tym nie myśleć, tylko skupiać się na tym co było teraz.
Spojrzałam na dziadka, chcąc go o coś poprosić, a on stał na środku działki i patrzył w górę.
- Zobacz, bociany. To oznacza, że zaraz będziesz szła do szkoły.
Wstałam, by być "bliżej nieba" i spojrzałam tam gdzie dziadek. Faktycznie, zobaczyłam kilka bocianów, które krążyły nad nami. Było mi smutno, więc burknęłam tylko pod nosem, że do szkoły wcale iść nie chcę.

Gdy położyłam się znowu na kocu, zobaczyłam przed sobą porcelanową figurkę. Chłopczyka i dziewczynę, którzy dawali sobie całusa. Biało-niebieską, w holenderskim stylu.
Dziadek nigdy nie chciał się przyznać, że to prezent od niego. Choć ja w głębi serca znałam prawdę.

Niestety rok później dziadek zmarł na raka.

Figurkę trzymam na półce od przeszło 15 lat, wygląda dokładnie tak samo jak tego dnia, kiedy ją dostałam. Jest moim najcenniejszym skarbem.
Po latach dowiedziałam się, że jestem także jedyną z wnucząt, która posiada jakąkolwiek pamiątkę po nim. Jestem jedyną, której dał jakikolwiek prezent przed jego śmiercią, bym nigdy o nim nie zapomniała.
I pamiętam, cały czas pamiętam. Raz w roku opłakując śmierć mężczyzny, który zaakceptował mnie w swojej rodzinie. Siedząc przy biurku, z ustawioną obok figurką całującej się pary.

#ljFsm

Kiedy chodziłam jeszcze do przedszkola, miałam przyjaciela z podwórka, z którym zawsze miałam wiele zabaw, ale najczęściej bawiliśmy się w "doktora". Zawsze ja byłam pacjentem, a on mnie badał i leczył. Niestety, niedługo po tym, jak ukończyłam 8 lat, on musiał się wyprowadzić z rodzicami do Warszawy. Przy naszych ostatnich zabawach on powiedział mi, że kiedyś zostanie prawdziwym doktorem i że będzie mnie badać. Było mi smutno, jak już go nie było.

20 lat później wyprowadziłam się z domu po studiach i zamieszkałam w Warszawie. W końcu przyszła pora na rutynowe badanie, więc zapisałam się na badania, nieco się denerwując przed spotkaniem z moim nowym ginekologiem. Przychodzę do gabinetu doktora, patrzę, nawet przystojny, gdzieś tak w moim wieku, był bardzo miły, co pomogło załagodzić stres przed wizytą. Po badaniu powiedział mi:
- Gratuluję, po 20 latach wciąż wszystko bez zarzutu.
Nie zrozumiałam z początku o co mu chodzi, ale w końcu szybko się zorientowałam, to był mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa! Od tamtego dnia spotykaliśmy się ze sobą nie tylko w celach zdrowotnych.

Teraz chodzę do niego żeby sprawdzić, jak ma się nasza przyszła córeczka.

#gCa7V

Mieszkam z tatą. Mam 18 lat. Około tydzień temu powiedziałam mu, że mam ochotę na krupnik, na co odpowiedział, że będzie w piątek.
Szczęśliwa przychodzę ze szkoły i co widzę? 0,7 krupnika i karteczkę "Baw się dobrze, zostawiam ci wolną chatę :*".


PS Miałam ochotę na zupę :D

#n8m4w

Mój ojciec od pewnego czasu totalnie się zmienił. Prawie nie było go w domu, nie interesował się mną ani mamą. Kiedy już pojawiał się w domu robił awantury, nic mu nie pasowało i w pewnym momencie przestaliśmy praktycznie rozmawiać.
Moja mama natomiast złota kobieta. Zawsze pogodna, wyrozumiała, troskliwa.

Kilka dni temu wróciłem ze szkoły i od razu zauważyłem, że coś się stało. Mama gotowała obiad z kamienną miną na twarzy. Ulubione danie ojca - czyżby mieli się pogodzić?

Parę minut później ojczulek wrócił z pracy, więc wszyscy zebraliśmy się przy stole, aby wspólnie zjeść. Gbur jak zwykle nic się nie odzywał. Szybko zjadł swoją porcję, a wtedy mama spytała z uśmiechem.
(M) Jak było w pracy, kochanie?
(T) Jak zwykle...
(M) Tak? Bo wiesz, byłam dzisiaj z Magdą w xxx (tutaj nazwa ich ulubionej restauracji).
Ojciec zbladł, a mama kontynuowała.
(M) Już nie musisz się martwić, kochany, nie musicie się ukrywać. Nawet już cię spakowałam, bo wiem, że sam nie umiesz złożyć porządnie koszuli.

Ojciec bez słowa wstał. Zabrał walizki i ruszył w stronę drzwi. Kiedy był już w progu, mama dodała:
- Lepiej się pośpiesz. W twoim żarciu był środek na przeczyszczenie.
Parsknąłem śmiechem, a buc czerwony ze złości trzasnął drzwiami.

Mama przeprosiła od razu, że musiałem na to patrzeć, ale wbrew pozorom to wcale nie było dla mnie szokujące. Sam jestem już prawie dorosły, a mama może znajdzie sobie kogoś, kto na nią zasługuje ;) Z ojcem nie mam zamiaru utrzymywać kontaktów.

#mHoIL

Mam starszą siostrę o prawie 8 lat. Ma własne życie, męża, córkę, pracę, mieszkanie i masę obowiązków. Jako że jestem tą młodszą, zawsze więcej mi pozwalano, dodatkowo kiedy byłam mała poważnie chorowałam, więc zostałam obdarzona dodatkową uwagą.

Całe życie uważałam, że moja siostra jest o mnie zazdrosna. Mimo że rodzice, dziadkowie dbali o nas po równo, jakoś zawsze ja byłam ta ważniejsza. Obecnie uczęszczam do liceum i tu zaczyna się wyznanie.

Idziemy ostatnio z siostrą i jej rodziną na spacer, przed nami widzę pewną dziewczynę, która się nabija z mojego chodu (wynik choroby z dzieciństwa). Przechodzi koło nas i rzuca obraźliwym komentarzem na mój temat. Słysząc to, moja siostra odwróciła się, przytrzymała za ramię pannę X (tak ją nazwijmy) rzuciła w jej stronę kilka ostrych słów i wróciła do nas. Dopiero po tej sytuacji otwarły mi się oczy - moja siostra prawie przez całe życie starała się mnie chronić, dawała rady, nie pozwalała mi się załamywać, strzegła mnie.

Dodatkowo wieczorem dowiedziałam się od babci, że gdy trafiłam do szpitala za młodu, moja 11-letnia wtedy siostra uciekła z domu, bo chciała być ze mną w szpitalu.
Myśląc o tym wszystkim wieczorem przed spaniem, popłakałam się jak małe dziecko.

#dTi3s

Na wstępie napiszę, że moi rodzice spoko ludzie, generalnie mama trochę przewrażliwiona o synka, ojciec można z nim konie kraść. Relacje mamy jakie mamy, każdy ma inne. Muszę też napisać, że jestem miksem ich obojga, kopnięty totalnie, czasem lubię wkręcać starszych, szczególnie mamcie.


Dzień jak co dzień, początek wakacji, późna godzina, rozgrywamy meczyk z kumplami.
Dzwonię do mamy:
- Mama złamałem rękę chyba
- Jaaasne, złamałeś, a te laski zacieszają obok ciebie bo? - mamcia jak nietoperz, wszystko słyszy
- No mowie Ci, rękę złamałem. - tu trochę się śmiałem, bo cała sytuacja była absurdalna. Ja na serio bólu nie czułem, trochę ponoć zbladłem.
- Przestań mnie gnojku, wkręcać! I do domu, pewnie tyłka ci się nie chce ruszyć z boiska i chcesz żebym Cię przywiozła!


Myślę, dobra, nie uwierzy, właśnie zeżarł mnie wilk, bo go ciągle wołałem.


Dzwonię do ojca:
- Ojciec rękę chyba złamałem, mama mi nie wierzy, weź no ratuj.
- Jaja sobie robisz? Nie brzmisz wiarygodnie.
- A jak wiarygodnie brzmi syn ze złamana ręką?
- Dobra, siedź tam, jadę, ale jak znowu drzesz łacha ze mnie, to popamiętasz mnie!
Żeby nie było, bity nigdy nie byłem, ale Internety, kieszonkowe zabierali. Takie zżycie nastolatka.


Ojciec przyjechał, taki trochę zdezorientowany, niby ręka dziwna, a ja dalej nawijam z laskami, bólu nie czuję, ogólnie wesoło. Zawiózł mnie do szpitala i dzwoni do mamy
- Ty, on na serio rękę złamał!
- Jaasne, też mnie wkręcasz. Wiecznie mnie wkręcacie w tym domu.
- Bogna! Jestem w szpitalu! Złamanie z przemieszczeniem! Dawaj mi tu jego pesel.


Zostałem w szpitalu, bo czekał mnie zabieg nastawiania itd. W południe przyjeżdża mama, i od progu:
- Co nie mówisz, że to prawda, tylko jaja sobie robisz!
- No to Ci mówiłem.
- Nie brzmiałeś jak człowiek ze złamana ręką.
- A jak brzmi taki człowiek?
- Płaczaco? :)


Ogólnie od tego momentu już nie wkręcam starszych, już mi przeszło. Dostałem nauczkę. No może czasem zażartuję :) Rodzice często mi o tym przypominają i zacieszają jak głupie.

#o0A92

Zeszłego lata przepracowałem wakacje w jednym z malowniczych, szkockich miasteczek. Miasteczko to, jak zresztą wiele na wyspach, dotknięte jest plagą śniadych panów, którzy znani są ze swojej miłości do zwierząt (zwłaszcza kóz), pracowitości (w pobieraniu zasiłków) i jeszcze paru innych szlachetnych zajęć, które często się nadają na pierwsze strony gazet, ale z jakiegoś powodu nie tak łatwo się ich doszukać (podobno zarówno dziennikarze, jak i wydawcy nie chcą zostać oskarżeni o rasizm. Dziwne, nie?).
Jednak to miasto nie zatraciło jeszcze swojej dumy i charakteru, o czym miałem szansę się na własne oczy przekonać.

Wracając o godzinie 22 ze swojej zmiany, byłem świadkiem sytuacji, gdzie grupa wyżej opisanych przeze mnie młodych panów (spora grupa, dobre 10-12 osób), zaczęła dosyć agresywnie zaczepiać parę miejscowych dziewczyn, które gdzieś zmierzały przez miasto. Zebrali się wokół nich i zaczęli coś pokrzykiwać. Mówię nieźle po angielsku, ale dla mnie to brzmiało, jakby charczeli i warczeli. Zacząłem delikatnie udawać się w tamtym kierunku, aczkolwiek nie ukrywam, że nie miałem zamiaru wskoczyć na ratunek, niczym rycerz na śnieżnobiałym rumaku, tylko po to, żeby dostać dwie kosy pod żebro i zejść zapomniany na chodniku, z małą wzmianką w pojutrzejszej gazecie (pewnie "agresywny Polak zadźgany w bójce", gdzieś w okolicach ostatniej strony).

Aż tu nagle, w krótkiej chwili wydarzyło się coś absolutnie niebywałego.

Dwójka młodych Szkotów, która paliła sobie przed barem nieopodal, zaczęła krzyczeć w stronę napastników (ciężko to zacytować, bo to jakaś portowa odmiana szkockiego i to chyba nawet nie stało obok angielskiego) coś w rodzaju 'eyy yaar wankers! leave 'is guurrls alone' po czym jeden od razu ruszył w ich stronę (jeden na ponad 10 gości), a drugi wpadł do pubu i krzyknął 'mates, therree some guys outside tryin to rape arrr girls!!' I to, co się wtedy wydarzyło, utknęło mi w pamięci na zawsze.

Z baru wypadła (i wytoczyła się, bo niektórzy, pomimo młodej godziny, wcześnie zaczynali) grupa chyba ze czterdziestu facetów (przedział wiekowy mniej więcej 20-70 lat), z krzesłami, kijami bilardowymi, butelkami, kuflami i czymkolwiek ciężkim, co im wpadło w ręce. Zaraz za nimi wypadło jeszcze kilka kobiet, ale wtedy faceci przystąpili już do pełnej szarży na wroga. Oglądaliście "Braveheart"? Jak Mel Gibson leciał ze swoją bandą rozdupić Anglików? To wyglądało mniej więcej tak samo, tylko inna broń i nie mieli pomalowanych twarzy. Krzyczeli jakieś kompletnie mi obce bluzgi, które brzmiały jakby rzucali klątwy. Ten chłopak sprzed pubu, który jako pierwszy pobiegł w stronę napastników, właśnie upadał przytłoczony przewagą, dalej machając rękami jak szalony i musiał się nieźle zdziwić, gdy nagle przeciwnicy zamiast go kopać, zaczęli spierdzielać gdzie pieprz rośnie. Piękne.
Dodaj anonimowe wyznanie