Sytuacja wydarzyła się pewnego popołudnia w niedalekiej przeszłości. Stałam przy jezdni, czekając na zielone światło. Po przeciwnej stronie ulicy dostrzegłam małego chłopca, na oko tak z 7 lat, który idzie obok swojej babci liczącej sobie co najmniej siedemdziesiątkę. Starowinka była dość chuda, jednak trzeba przyznać, że miała silne ramiona-nosiła dwie, wyładowane zakupami reklamówki. Mimo krzepy w rękach, widać, iż jej ciężko. Na przekór trudnością uśmiecha się do wnusia, prosząc, by malec nacisnął na guzik. Chłopczyk posłusznie wykonał polecenie. Nacisnął przycisk i niemal od razu zapaliło się zielone dla pieszych. "Magik" - pomyślałam. W tym samym czasie i dla mnie też rozbłysło zielone, więc uradowana ruszyłam przez pasy.
Wtem zawarczał silnik i fuknęły opony. W stronę malca pędziła czarna terenówka i to z takim zapałem, że przy impakcie dzieciak wyleciałby z 10 metrów i rozpłaszczył o asfalt. Kompletnie zesztywniałam, mając już przed oczami wizję zmiażdżonego, małego ciałka. Chłopczyk krzyknął rozdzierająco, kuląc się przed pędzącą śmiercią. Jego babcia pędziła w stronę ulicy, wołając rozpaczliwie jakieś niezrozumiałe słowa. Dopiero przeraźliwy pisk opon wyrwał mnie z letargu. Terenówka wyhamowała nagle; kierowca w końcu dostrzegł czerwone światło i malca na drodze. Samochód pchnął lekko chłopczyka, który padł na jezdnię i rozpłakał się histerycznie, bardziej z przerażenia, niż bólu wywołanego stłuczką. Odzyskawszy władzę w nogach, ruszyłam czym prędzej do dzieciaka, uspokajając go i tuląc. Zaraz na miejscu pojawiła się babcia, rzuciła zakupy i objęła mocno wnusia.
Wtedy z terenówki wychylił się wielki, naprawdę wielki, nieco przerażający facet. Zaczął wyklinać i rzucać teksty pokroju: "Jak pilnujesz gówniarza?!" i ogólnie ignorując swoją jazdę 150 km/h i obarczając całą winą malca. Od razu chciałam wycofać się w cień; co mogła innego zrobić piętnastolatka przed piratem drogowym, przed którym nawet rzesza dresów z osiedla robi pod siebie. Ale nie babcia.
Starowinka ścisnęła w pomarszczonej dłoni reklamówkę i... i swą chudą ręką uniosła wyładowaną zakupami torbę. Zamachnęła się nią, aż ta wykonała pełne 360 stopni i z całym impetem grzmotnęła o maskę terenówki. Jajka eksplodowały na czarnym lakierze wraz z owocami, chlebem i ogólnie całą zawartością torby, o potężnym wgnieceniu już nie wspominając. Facet wkurzył się na potęgę i już myślałam, że rzuci się na kobietę, lecz gdy ta uniosła śmiało drugą reklamówkę, mężczyzna postanowił się wycofać. Wsiadł rozżalony do swego auta i gdy tylko babcia wraz z utulonym już wnuczkiem zeszły z jezdni, odjechał z utytłaną w artykułach spożywczych maską, teraz jednak przestrzegając ograniczeń prędkości.
Do teraz nie mogę uwierzyć z jaką mocą starowinka wymierzyła sprawiedliwość.
Ostatnio stałam w kolejce w markecie, kiedy do kasjerki podeszła druga kasjerka z ochroniarzem i kasetką - zmiana kasjerek. Oczywiście dla mnie to nie problem, też pracowałam na kasie i rozumiem. Ale nie spodobało się to jednej staruszce stojącej w kolejce. Wywiązała się taka rozmowa:
- No teraz musicie zmieniać? Jak kolejki są? - rzekła babcia.
- Tak, teraz, kasjerka kończy zmianę i idzie do domu - powiedział ochroniarz.
- Ale kolejki są!
- Minęło mi osiem godzin pracy! - oznajmiła kasjerka.
- Za moich czasów to się po dwanaście godzin pracowało, siedem dni w tygodniu i się człowiek cieszył, że praca jest! Wy młodzi to się oszczędzacie, osiem godzin i już zmęczona! Phi! - rzuciła oburzona babunia.
Zwykle nie wtrącam się w takich sytuacjach, ale ostatnio miałam sporo przemyśleń na ten temat. Np. właśnie to, czy warto pracować po 12 godzin i tracić zdrowie, czy lepiej mniej pracować, mniej zarobić, żyć skromnie, ale na starość być zdrowym. Moje przemyślenia jakie snułam parę dni wcześniej sprawiły, że odezwałam się bez większego zastanowienia:
- I dlatego teraz pani o lasce, przygarbiona chodzi.
- Słucham? - spytała oburzona babcia. Wszyscy, którzy mogli to słyszeć spojrzeli na mnie.
- No, ten... - w tym momencie trochę straciłam pewność siebie, bo ludzie na mnie patrzyli, a ja mimo że nie jestem osobą nieśmiałą, to nie nawykłam do publicznych przemówień, więc zaczęłam się lekko jąkać. Jednak udało mi się powiedzieć, co chciałam. - Pracowała pani ponad normę bez chwili wytchnienia, w domu pewnie też pani robiła, pewnie spała pani mniej niż powinna, a w pracy dźwigała duże ciężary, bo trzeba być twardym, a nie miętkim, co nie... No i ma pani teraz na starość problemy ze zdrowiem i dlatego chodzi o lasce, zgarbiona. Dlatego właśnie nie chcemy pracować ponad siły, żeby na starość nie chodzić o lasce.
O ciężarach to mi akurat przyszło na myśl z opowieści mojej matki, ciotek i babci, które uważały się za takie wielce bohaterki, bo dźwigały wory z mąką po 50 kg i potem kręgosłupy miały zniszczone. Opowiadały to tak, jakby uważały, że to super przykład, bohaterstwo i co najmniej ordery za te wyczyny powinny dostać. Dla mnie to nic innego jak brak szacunku do swojego zdrowia, więc chyba ordery za głupotę. No ale wiadomo, co pokolenie, to inne podejście. Ojciec też nabijał się z młodych osób, które przychodziły pracować tam gdzie on i szybko się zwalniali, bo nie wytrzymywali pracy po 10-14 godzin dziennie za najniższą krajową. Jakie to słabe, jakie to delikatne i tak dalej. Więc wprost go pytałam: czy warto było? Czy warto było dawać się wykorzystywać, żeby teraz w wieku 60 lat ledwie chodzić przez zniszczone stawy i kręgosłup?
Nie rozumiem tego pokolenia. Czy oni nie wyciągnęli żadnych wniosków? Czy serio uważają, że niszczenie sobie zdrowia dla pracy jest takie super?
Pracuję w zakładzie piekarskim. Ostatnio z powodu braku ludzi musiałem przesunąć osoby pomagające w produkcji. Dziewczyna 33 lata z trójką dzieci, która przychodziła do pracy na 3 godziny + deputat, trafiła do sekcji sprzątania. Tymczasowo, dosłownie na jeden tydzień.
Usłyszałem tekst, który mnie powalił:
"Nie po to kończyłam podstawówkę, żeby teraz sprzątać kible".
Sorry. Wybuchłem.
Jestem po dość długiej lekturze anonimowych, wiele wiadomości było o tym, aby "nie oceniać dresa po dresie". Postanowiłam dołożyć kilka groszy od siebie.
Nim jednak opowiem co i jak, zaznaczyć muszę dwa fakty. Miasto, w którym się wychowałam, ma opinię dość niebezpiecznego. Nie dalej jak rok temu zasztyletowali 21-latka między blokami, dwa lata temu zaatakowano w nocy nożami dwóch braci (przeżyli), a historii o gwałtach to się nasłuchałam. Mnie się nigdy nic nie stało. Dodać muszę, że moja mama uczyła w podstawówce dość długo, miała opinię świetnego pedagoga i wychowawcy. W każdym razie przechodząc do sedna.
Wracam koło 2 w nocy, jakoś latem, z 4 lata temu. Osiedle, przez które przechodziłam jest na 3 miejscu, jeżeli chodzi o niebezpieczeństwo. Ja jednak, jako że wychodzę z durnego założenia, że skoro "ja nie jem lwa, to lew też mnie nie zje" (obym nigdy się na tym nie przejechała), idę zadowolona przed siebie.
Nagle czuję, że za mną idzie jakaś grupka. Oglądam się, tak. Trzech ich było. Książkowy przykład "koksa", trzy paski, masa i rzeźba, łysy łeb. Zmroziło mnie, natychmiast przypomniały mi się te historie o gwałtach, morderstwach, sceny z filmów. Im szybciej szłam, tym w głowie roiło mi się więcej obrazów, wliczając w to własne zwłoki wyławiane z dna jeziora. Oni szli za mną, szybciej i szybciej, wiedziałam, że mnie gonią. No i dogonili, bo ja raczej z tych wolniejszych jestem. Zatrzymał mnie jeden, złapał za ramię i gwałtownie odwrócił w swoim kierunku. Przerażona zamykam oczy, nie wiedziałam, czy chcą mnie zabić, czy zgwałcić, czy jedno i drugie.
- Ty jesteś (dajmy na to) Krysia Iksińska?
- T...tak - odpowiadam nieśmiało.
- Twoja mama uczyła w szkole historii?
- T....tak - tutaj mnie zbili z pantałyku, otworzyłam oczy. Jeden z moich "oprawców" wyciąga z kieszeni cukierka, łapie mnie za dłoń, kładzie na niej cukierka i mówi z szerokim uśmiechem
- Masz, daj mamusi. Pewnie nas już nie pamięta, ale była kiedyś naszym wychowawcą. Najlepsza nauczycielka na świecie. Pozdrów ją od nas.
Przyznam się szczerze, że stałam chwil kilka w szoku, nim się pozbierałam.
Kolejnego dnia zrobiłam co chcieli, wzięłam cukierka i poszłam na grób mamy, pozdrawiając ją od jej uczniów.
Jestem homoseksualna i od ponad roku spotykam się z cudowną dziewczyną, z którą jestem bardzo szczęśliwa.
Zadecydowałam, że zaproszę Alicję na święta i w końcu powiem o moim związku rodzinie. Zdecydowałam, że zrobię to przy niedzielnym obiedzie.
- Słuchajcie... - zaczęłam. - Chciałabym na święta kogoś zaprosić.
Cała rodzina zaczęła mi się przyglądać z zaciekawieniem i niedowierzaniem.
- No w końcu sobie kogoś znalazłaś! - krzyknęła ucieszona babcia. - Powiedz kto to jest?
- Właśnie... To nie takie proste - zaczęłam. - Obawiam się, że nie zrozumiecie mojej decyzji...
- O mój Boże! - krzyknęła załamana babcia. - Mów szybko, czy jest tak źle jak myślę?!
- Jestem z dziewczyną - wyznałam, a babcia ku mojemu zdziwieniu odetchnęła z ulgą.
- Z dziewczyną to nie tak źle - stwierdziła. - Ja już się bałam, że jakiegoś Murzyna przyprowadzisz...
Kilka ładnych lat temu "wygrałem" w totolotka. Od razu uradowany powiedziałem o tym swojej żonie. Żona w tajemnicy powiedziała przyjaciółce, przyjaciółka swojej mamie i w ten właśnie sposób do mieszkania 55 m2 wprowadzili się: wujka brat ciotki z Ameryki kuzyn, babki ciotki kuzynka i jej dorosła "chora curka", a także wujka brat cioteczny z dziećmi.
Żona oczywiście szczęśliwa, bo jej się nudzi, a w końcu ma dla kogo gotować, prać i sprzątać brudy, gdyż u nas w domu jest całkowity podział obowiązków. Kto pobrudzi: ten sprząta. Ale ja od razu wiedziałem po cholerę się tu sprowadziła ta cała banda. Na początku byli mili "Franuś, a może nowy garnitur dla Sławka od Bogusi kupisz?", "Franuś, a może wspomógłbyś wujkowi od Pawluczaków remont?". Albo najlepsze: "Franuś, weź kup dla ciotki samochód. Ciotka taka biedna, stara, schorowana. A ty słyszałam, że wygrałeś w totolotka, to teraz jesteś miliarderem". Tak. Masz rację, ciociu. CHCIAŁBYM być miliarderem.
Po kilku dniach takich próśb, na które zawsze odpowiadałem "Nie mam pieniędzy", zaczęły się groźby, lamenty itp., ale ja byłem nieugięty. Cały czas twierdziłem, że nie mam pieniędzy i żonie kazałem to samo powtarzać całej rodzinie: nie mamy pieniędzy, a to, że wygraliśmy, to był żart. W końcu każdy w to uwierzył.
Żonie oczywiście wymyśliłem cudowną karę: całe to przedstawienie z tym, że wygraliśmy, oczywiście BYŁO żartem. Wszystko to miało ukazać, jak długi jęzor ma moja ukochana. Oczywiście po czasie się rozwiedliśmy, głównie z pobudek finansowych, bo cały czas twierdziłem, że nie mam pieniędzy na jej nową torebkę za 2 tys., nowe buty za 6 tys. czy też sukienkę za 10 tys., ale ona nie wiedziała o jednym: awansowałem w swojej firmie i na chwilę obecną zarabiam tak, że do miliona dojdę za 8 lat wcale nie tak oszczędnego życia. Ehh, głupia Kaśka, głupia...
W styczniu na świat przyszedł mój synek. Podobno każdy poród to cud, a po tym co przeżyłam uważam, że ten poród z pewnością do cudów należał. Tydzień przed wyznaczonym terminem trafiłam do szpitala poprzez wizytę na SOR-ze, krwawiłam.
Na szczęście okazało się, że to tylko przez badania wykonane kilka godzin wcześniej w gabinecie mojego lekarza. W szpitalu już zostałam na noc, gdyż pan doktor, który mnie badał na SOR-ze stwierdził, że i tak jeszcze tej nocy tam wrócę, a jak nie to dnia następnego.
Cóż... noc minęła spokojnie, nawet nie czułam, by cokolwiek się zapowiadało; synek kopał jak zwykle celując prosto w żebra. Rano odwiedził mnie mój partner, ja poprosiłam go, by przywiózł mi torbę z rzeczami dla mnie. Zastanawiałam się też wtedy, czy nie wyjść na własne żądanie i poczekać w domu na sygnał od syna, że chce opuścić dotychczasowe lokum. Stwierdziliśmy z partnerem, że przemyślę sobie to na spokojnie, w czasie gdy on pojedzie po moje rzeczy.
O godzinie 12 opuścił szpital, a mnie pielęgniarka zabrała na badania KTG. Kilka minut leżałam sobie spokojnie, gdy nagle "stukanie", które było dźwiękiem bicia serduszka mojego syna zaczęło być cichsze, było go coraz mniej. Wokół mnie zebrał się wianuszek lekarzy i pielęgniarek. Usłyszałam tylko, jak jedna lekarka mówi "dzwońcie na operacyjną, musimy to przerwać!".
Miałam w oczach przerażenie, nie wiedziałam co się dzieje. Tętno mojego synka zanikało. Pielęgniarka wsadziła mnie na wózek i dosłownie biegła ze mną przez korytarz. Pamiętam zegar, który wisiał nad drzwiami sali operacyjnej, była 12.30. Na sali zostałam znieczulona od pasa w dół, że stresu nie czułam nawet tej ogromnej igły wbijającej się w moje plecy, liczyło się tylko to, by mój synek przetrwał te kilka minut.
Miałam w oczach łzy, gdy pielęgniarka podpinała mi elektrody (te plastry takie, nie pamiętam jak się to nazywa). Anestezjolog cały czas trzymał mnie za rękę, a drugą głaskał mnie po włosach i mówił, że wszystko będzie dobrze. Bardzo mi pomógł w tej chwili. Kilka minut później, gdy leżałam już pocięta na stole, zobaczyłam uśmiech lekarza, który prowadził operację i tego anestezjologa, który trzymał mnie za rękę.
Udało się, mój syn żył i miał się dobrze, mimo tego że był owinięty pępowiną wokół szyi dwa razy. Wprawdzie był siny, ale po chwili wszystko wróciło do normy i dostał 10 punktów w skali Apgar. Lekarz powiedział, że to były ostatnie chwile, by się udało.
Do dziś jestem wdzięczna temu lekarzowi, który uratował moje dziecko. Dla mnie był to prawdziwy cud, bo udało się. Akurat wtedy byłam w szpitalu, a nawet akurat podpięta pod KTG. Cuda się zdarzają! Dziś synek zaczyna się śmiać, a każdego ranka budzi mnie uśmiechem na swojej małej buzi :)
Byłam w związku z przystojnym, wysokim facetem o ciemnych, głębokich oczach i wspaniałym poczuciu humoru... Mieszkaliśmy razem przez ponad rok. Jednak inteligencja nie była jego mocną stroną. Do tego był maminsynkiem.
Pewnego dnia, kiedy musiałam wyjść na uczelnię w godzinach 10:00-18:00, poinformowałam mego byłego o tym, iż obiad dziś do stołu podany nie zostanie. Za to ma w zamrażarce gotowe pierogi z mięsem. Krzyczy biedak, że nie umie tego ugotować! Więc (...aż tak go kochałam), nauczyłam go jak wstawić wodę do garnka, umieścić tam gotowe pierogi i gotować aż do wypłynięcia. Sukces, najadł się!
Za tydzień powtórka z rozrywki: pierogi masz w zamrażarce, będę po 18:00. Dzień zleciał mi monotonnie, wykończona w domu chciałam jedynie wtulić się w ukochanego. Wracam, a on jest głodny. Myślę, do cholery, jakim cudem? Pytam, czemu nie jadł? Odpowiedział:
- Bo te pierogi są z kapustą i grzybami, a ja umiem ugotować tylko z mięsem…
Aktualnie jestem szczęśliwą singielką.
Moja siostra zrobiła sobie dziecko z jakimś totalnym dupkiem, który ją zostawił, jak tylko dowiedział się o ciąży. Siostra sobie jakoś radzi, ale tylko dlatego, że rodzice jej pomagają jak mogą.
Ja już od pewnego czasu spotykam się z rozwódką, która ma czteroletniego synka. Jej były mąż płaci alimenty, ale z dzieckiem rzadko się widuje. Mówi, że nie może częściej, bo jego obecna kobieta jest w ciąży bliźniaczej i musi przy niej być. Ja natomiast naprawdę zżyłem się z tym dzieciakiem. Bardzo kocham jego matkę i traktuję ten związek poważnie. Poinformowałem więc moich rodziców, że zamierzam się oświadczyć. A w nich nagle jakby coś wystąpiło. Zaczęli krzyczeć, że chyba zwariowałem, że chcę się pakować w takie coś i wychowywać cudzego bachora i że moja dziewczyna tylko szuka takiego jelenia.
Wyszedłem. Niepotrzebne im może o wszystkim powiedziałem, ale zawsze mieliśmy dobre relacje, więc chciałem, żeby wiedzieli.
Nie rozumiem ich ostrej reakcji. I to są ci sami ludzie, którzy aktywnie szukają nowego faceta dla mojej siostry. Dosłownie - aktywnie. Próbują ją swatać z każdym synem ich znajomych i znajomych ich znajomych (nawet z tymi, których sami ledwo znają. Byleby tylko trafił się jakiś facet). Siedzą z dzieckiem siostry, kiedy ta chodzi na randki, bo przecież ona musi sobie kogoś znaleźć. Zasługuje na uczciwego mężczyznę, który pokocha ją i jej dziecko i się nimi zaopiekuje - ich słowa.
Hipokryzja level hard. Ręce opadają. Naprawdę się tego po nich nie spodziewałem.
Ten moment, w którym mając 17 lat spotykasz na ulicy nauczycielkę z podstawówki, która uśmiecha się do ciebie i pyta, czy dalej mylisz "erupcję" z "erekcją"...
Proszę Pani, wiem, że czasem przegląda pani tę stronę, więc proszę: Napisałam tak tylko raz, na tej jednej, jedynej kartkówce, dokładnie 6 lat temu, a pani zawsze mi to przypomina. Proszę, zapomnijmy o tym :)
Dodaj anonimowe wyznanie