#iCnHI

W styczniu na świat przyszedł mój synek. Podobno każdy poród to cud, a po tym co przeżyłam uważam, że ten poród z pewnością do cudów należał. Tydzień przed wyznaczonym terminem trafiłam do szpitala poprzez wizytę na SOR-ze, krwawiłam. 

Na szczęście okazało się, że to tylko przez badania wykonane kilka godzin wcześniej w gabinecie mojego lekarza. W szpitalu już zostałam na noc, gdyż pan doktor, który mnie badał na SOR-ze stwierdził, że i tak jeszcze tej nocy tam wrócę, a jak nie to dnia następnego. 

Cóż... noc minęła spokojnie, nawet nie czułam, by cokolwiek się zapowiadało; synek kopał jak zwykle celując prosto w żebra. Rano odwiedził mnie mój partner, ja poprosiłam go, by przywiózł mi torbę z rzeczami dla mnie. Zastanawiałam się też wtedy, czy nie wyjść na własne żądanie i poczekać w domu na sygnał od syna, że chce opuścić dotychczasowe lokum. Stwierdziliśmy z partnerem, że przemyślę sobie to na spokojnie, w czasie gdy on pojedzie po moje rzeczy. 

O godzinie 12 opuścił szpital, a mnie pielęgniarka zabrała na badania KTG. Kilka minut leżałam sobie spokojnie, gdy nagle "stukanie", które było dźwiękiem bicia serduszka mojego syna zaczęło być cichsze, było go coraz mniej. Wokół mnie zebrał się wianuszek lekarzy i pielęgniarek. Usłyszałam tylko, jak jedna lekarka mówi "dzwońcie na operacyjną, musimy to przerwać!". 

Miałam w oczach przerażenie, nie wiedziałam co się dzieje. Tętno mojego synka zanikało. Pielęgniarka wsadziła mnie na wózek i dosłownie biegła ze mną przez korytarz. Pamiętam zegar, który wisiał nad drzwiami sali operacyjnej, była 12.30. Na sali zostałam znieczulona od pasa w dół, że stresu nie czułam nawet tej ogromnej igły wbijającej się w moje plecy, liczyło się tylko to, by mój synek przetrwał te kilka minut. 

Miałam w oczach łzy, gdy pielęgniarka podpinała mi elektrody (te plastry takie, nie pamiętam jak się to nazywa). Anestezjolog cały czas trzymał mnie za rękę, a drugą głaskał mnie po włosach i mówił, że wszystko będzie dobrze. Bardzo mi pomógł w tej chwili. Kilka minut później, gdy leżałam już pocięta na stole, zobaczyłam uśmiech lekarza, który prowadził operację i tego anestezjologa, który trzymał mnie za rękę. 

Udało się, mój syn żył i miał się dobrze, mimo tego że był owinięty pępowiną wokół szyi dwa razy. Wprawdzie był siny, ale po chwili wszystko wróciło do normy i dostał 10 punktów w skali Apgar. Lekarz powiedział, że to były ostatnie chwile, by się udało. 

Do dziś jestem wdzięczna temu lekarzowi, który uratował moje dziecko. Dla mnie był to prawdziwy cud, bo udało się. Akurat wtedy byłam w szpitalu, a nawet akurat podpięta pod KTG. Cuda się zdarzają! Dziś synek zaczyna się śmiać, a każdego ranka budzi mnie uśmiechem na swojej małej buzi :)
TylkoRaz Odpowiedz

No to naucz się czytać ze zrozumieniem co masz przed nosem. Umiejętności lekarza bo zadziałał sprawnie i skutecznie, cud (zdaniem autorki) bo akurat wbrew wcześniejszym planom była akurat w tym momencie w szpitalu podpięta do KTG. W innym wypadku siedziałaby sobie spokojnie w domu czekając na skurcze, nie wiedząc, że serce jej dziecka już nie bije. Można to nazwać szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Lexxy Odpowiedz

Cud..no pewnie..napisz jeszcze, ze zasługa Boga, ze sie udało. Lekarz to tam wiesz.. uj z nim. Przeraża mnie taka przemiana wszystkiego w cud i opatrzność. Porażka.

kartezjusz2009

@Lexxy: "Do dziś jestem wdzięczna temu lekarzowi, który uratował moje dziecko."

PinkRoom

Gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności (akurat była w szpitalu i podpięta pod odpowiednią aparaturę) czyli cud to umiejętności lekarza na nic by się nie zdały.

Imaginarium Odpowiedz

Anestezjolog, który w trakcie operacji jedyne, czym się zajmuje to trzymanie pacjentki za rękę, jest równie wiarygodny co smoki.

Ebubu

monitorował jej tętno...

Heparyna

proszę cię, ebubu, to nawet nie jest śmieszne

druga sprawa - ktg podpina się w końcowych momentach ciąży, to standardowa procedura, żaden cud

i po trzecie - śmiem wątpić, by dziecko, które jakiś czas spędziło owinięte kilka razy pępowiną i tak się urodziło, dostalo maksymalną ilość punktów w apgar, którą się mierzy w pierwszych minutach życia

autorka albo wszystko zmyśliła, albo mooocno koloryzowała

PinkRoom

Mój bart się tak urodził, dostał 9 pkt zaraz po porodzie, a w tym badaniu co jest kilka minut później dostał 10. Jednak możliwe. No i co dziecku przeszkadza owinięta szyja kiedy jest w brzuchu i przez nią nie oddycha? XD To niebezpieczne dopiero podczas porodu.

Wacos Odpowiedz

No to cud, czy umiejętności lekarza?

kartezjusz2009

Jedno nie wyklucza drugiego. Umiejętności lekarza to bardzo ważna rzecz w tej historii, ale te wszystkie wymienione wydarzenia i podjęte decyzje są tak mało prawdopodobne (wszystkie na raz), że autorka uznaje to za cud.

Corazwiecejpustki

O wlasnie. Cudom tez trzeba dac szanse aby mogly sie wydarzyc.

Ebubu

Umiejętności to w tej historii 50% sukcesu, drugie 50% to cud - czyli seria zbiegów okoliczności. Gdyby nie była w szpitalu i to podpięta pod maszynę diagnostyczną, to lekarz nie miałby szans użyć swoich zdolności by uratować życie małego.

Madhu Odpowiedz

Czy lekarz, do którego trafiłaś wiedział, że dziecko ma owiniętą pępowinę wokół szyi, skoro powiedział ci, że i tak wrócisz tej samej nocy bądź na następny dzień?

PinkRoom

Nie mógł tego wiedzieć. Zresztą póki dziecko jest w brzuchu to owinięta szyja mu nie przeszkadza, bo i tak przez nią nie oddycha, takie coś jest niebezpieczne dopiero przy porodzie. Powiedział, że zaraz wróci do szpitala, bo widział, że jest już blisko porodu.

Benzenokarboaldehyd Odpowiedz

Jak co niektórzy z Was polują Jasiem i nienawiścią. Ktoś pewnie zaraz wyskoczy z wolna scia słowa i wyrażaniem swoich opinii. Tylko pytanie jak cienka jest granica między opinią, a hejtem? Myślę że co niektórzy powinni zadać sobie to pytanie 😉🙂

Imaginarium

Jak się poluje Jasiem?

Benzenokarboaldehyd

O matko miało być pluje jadem. Dwie nauczki na przyszłość, sprawdzać co się wrzuca i nie robić tego będąc zmęczonym 😂

Imaginarium

Twoja autokorekta skutecznie poprawiła mi humor :D

GardenTiger Odpowiedz

też miałam odwiniętą pępowinę dwa razy wokół szyi. lekarze myśleli, że mnie nie uratują.

hymm Odpowiedz

Doskonale rozumiem sytuację, bo miałam podobną, prawie identyczną.
Zawieziono mnie do szpitala na samej końcówce ciąży, bo bolała mnie głowa od kilku dni i potem zaczął brzuch i źle się czułam.
Wszystko było ok, ale tak jak u autorki wpisu, u mnie uznano, że lepiej będzie, jeśli zostanę, bo lada dzień będę rodzić. Zostawili mnie w szpitalu na noc, w zasadzie prawie całą noc spędziłam na porodówce pod KTG, bo nie było miejsc na oddziale i dobrze się stało, bo dokładnie o 3 mój syn zaczął tracić tętno, a mi urosło ciśnienie do 180/150. Również uważam, że to cud, bo wysłano mnie do szpitala, każdy by powiedział, ze zwykłym bólem głowy, a ostatecznie lekarze uratowali życie mojemu dziecku i mnie.

Tyctarara Odpowiedz

Cud, ze akurat była pod ktg. Mogła mieć już króciutka szyjkę, i dlatego lekarz stwierdził, ze bardzo niedługo wróci.
Anestezjolodzy czasem trzymają za rękę, bywają wśród nich super empatyczni ludzie. No i sytuacja bezpośredniego zagrożenia życia dziecka w macicy tez jest na tyle emocjonujaca, ze się udziela.

Edyta4444 Odpowiedz

I to jest tak anonimowe??

Zobacz więcej komentarzy (1)
Dodaj anonimowe wyznanie