Ten moment, w którym mając 17 lat spotykasz na ulicy nauczycielkę z podstawówki, która uśmiecha się do ciebie i pyta, czy dalej mylisz "erupcję" z "erekcją"...
Proszę Pani, wiem, że czasem przegląda pani tę stronę, więc proszę: Napisałam tak tylko raz, na tej jednej, jedynej kartkówce, dokładnie 6 lat temu, a pani zawsze mi to przypomina. Proszę, zapomnijmy o tym :)
Miałam wtedy może jakieś 8 lat. Był ostatni weekend przed Bożym Narodzeniem. Trzeba trzepać dywany, gotować, sprzątać itd. Moja mama miała pełne ręce roboty. Dała mojemu tacie listę rzeczy do zrobienia (wiadomo, z facetami to różnie bywa, lepiej im wszystko zapisać ;)). Na liście znajdowała się prośba o pojechanie do przychodni po receptę. W końcu tata się zebrał i pojechał.
Minęła godzina, druga, trzecia, czwarta, a tata nie wraca. Mama już zdenerwowana, bo nie ma, kto w domu pomagać. W końcu dostaje telefon:
(m) - No nareszcie! Gdzie ty się szlajasz tak długo?!
(t) - Aniu... No, bo ja nie wiem, o której i czy w ogóle wrócę.
Tata powiedział, że musi kończyć i się rozłączył. Mama w szloch i do pokoju. Nie wychodziła przez kilka godzin. Aż rozległ się dzwonek do drzwi. W progu - tata.
Ja się cieszę, mama nadal płacze i żąda wyjaśnień. Na co tata ze stoickim spokojem:
- Zamknęli mnie w przychodni.
Co się okazało? Że za długo zwlekał z pojechaniem po receptę i nikogo już nie było. Wszedł do środka, sprawdził kiedy doktor przyjmuje następnego dnia i już chciał wychodzić, kiedy zobaczył, że drzwi są zamknięte. Okna tak samo. To zaczął krzyczeć, bo przecież jakaś pani sprzątająca mogła jeszcze zostać, tylko zamknąć się od środka.
No, ale nikt się nie odzywał. To wiadomo - telefon na policję, policja dzwoni do firmy ochroniarskiej, w firmie już nikogo nie ma... i tak przez kilka godzin. W końcu zadzwonili po którąś ze sprzątaczek, która przyjechała z zapasowym kluczem. Później zaczęło się przesłuchiwanie. Zapakowali go do radiowozu i przepytują. Nagle inny policjant puka w szybę i ten, co go przepytywał wyszedł. Wraca cały rozchichotany i mówi;
- No nie uwierzy pan! Zamknęła pana sprzątaczka, która miała sprzątać, ale wyszła na przedświąteczne zakupy. Tylko że nie był pan sam. Oprócz pana były tam jeszcze dwie laborantki, które przestraszyły się pana i zamknęły w laboratorium!
No to mama już spokojna, wszyscy hepi, święta jednak się odbędą. Do dziś opowiadamy sobie tę historie przy stole. I tu historia mogłaby się zakończyć, gdyby nie to, że ostatnio przy ot takiej bezsensownej rozmowie z koleżanką (jej tata jest policjantem, który odbiera telefony) zapytałam się, jakie było najgłupsze zgłoszenie, jakie dostał. Ona po krótkim namyśle odpowiedziała:
- Kiedyś jakiś debil dzwonił z zamkniętej przychodni.
Nie, nie przyznałam się, że to mój tata :)
10 lat temu gdy chodziłam do gimnazjum to w Tłusty Czwartek cała klasa umówiła się, że przyniesiemy pączki do szkoły. Jako że byłam nielubiana w klasie, to wpadłam na genialny pomysł. Kupiłam 20 pączków z czekoladą w środku i dodałam do nadzienia trochę kupy z kuwety mojego kota, tak aby nie było tego czuć w smaku, lecz satysfakcja została, że nakarmiłam ludzi gównem. Udało się. Nikt nie poznał się, że zjedli pączka z miłym dodatkiem, wręcz pytali mnie, w której cukierni można dostać takie pyszne słodkości.
Nie jestem dumna z tego czynu, ale gdyby ktoś się zapytał, czy żałuję, to bez wahania bym odpowiedziała, że nie. Byłam gnębiona w szkole, a nauczyciele nic sobie z tego nie robili, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Co prawda po tej akcji nadal byłam kozłem ofiarnym, lecz w myślach wciąż sobie powtarzałam, że ja przynajmniej nie zjadłam kocich odchodów. Moje szczęście urosło dwukrotnie gdy dowiedziałam się, że nasza wychowawczyni również poczęstowała się tym pączkiem. Od początku była źle nastawiona do mojej osoby i na każdym kroku ze mnie drwiła, tak że tym bardziej zasługiwała na ten posiłek.
Koniec opowieści, które sprawiają, że na koniec wszyscy mamy ochotę napisać komentarz "rzygam tęczą".
Upalne wakacje w jednym z większych miast. Wraz z kilkoma znajomymi jak przystało na prawdziwego cebulaka udaliśmy się na miejscowe kąpielisko, aby zaczerpnąć trochę ochłody w trakcie skwaru i nabrać buraczokowatości na trawce zielonej. Po kąpielisku zaplanowany mieliśmy niezwykły event jakim był ogródkowy grill, a pomiędzy jednym a drugim zakupy wielkiej wyżerki w osiedlowym centrum wszechświata - Biedronce.
Wracając z kąpieliska przez piękne alejki koło lasu, mój pęcherz stwierdził, że w przeciwieństwie do pustego żołądka, jest totalnie pełny i nie wytrzyma już dłużej przemarszu po kiełbaski. Zbawieniem dla niego był ów las. Jako dziewczyna raczej nie przyzwyczajona do survivalowych przeżyć postawiona zostałam w dość krępującej sytuacji. Ale są pewne priorytety w życiu i w tym momencie był to właśnie piękny, gęsty krzaczek, za którym można było przycupnąć, szybko siknąć niczym mały piesek „cziłałła” i wrócić do dalszej podróży z ziomeczkami. Więc zbyt długo się nie zastanawiając poprosiłam znajomych, żeby poczekali na mnie przed lasem, a ja oddalając się lekkim truchtem w pośpiechu i z chusteczkami w ręce byłam naprawdę wielce uradowana, że w końcu nastąpi moment oddania moczu.
W odległości ok. 500 metrów od alejki pojawił się on - piękny, ustronny krzaczek, który wystarczająco osłaniał moje dupsko od alejek otaczających las, których nota bene nie było już wcale, a wcale widać. No to hyc, majteczki w dół i sikamy! Wszystko szło gładko, moje zażenowanie całą sytuacją nie było zbyt wielkie dopóki nie poczułam, że jakaś mała gnida kąsa mnie w pośladek. Tak, przyssało się do niego maleńkie komarzysko.
Odruchowo wzięłam dłoń i przywaliłam sobie głośnego plaskacza w pupę i zabiłam gadzinę. Niestety w tym momencie spotkałam się wzrokiem z parą oczu należących do innej gadziny, której nie zauważyłam wcześniej.. W krzaczku obok siedział bardzo dobrze zakamuflowany Don Żulerio i obserwował całą sikającą scenkę, bardzo, ale to BARDZO zadowolony. Najbardziej jednak nie usatysfakcjonowała go chyba moja dupa, lecz siarczysty klaps, który sama sobie zadałam. Chyba wydawało mu się, że na… zachętę?
Majty w górę hyc. Burak spalony i znów prawie posikana, ale tym razem ze śmiechu wybiegłam na alejkę do znajomych...
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że tylko ja wiedziałam, że na moim tyłku siedział komar. Żulerio nie. Zapewne ku jego (i Waszemu drodzy czytelnicy!) zdziwieniu nie zostaliśmy małżeństwem i nie żyjemy długo i szczęśliwie w leśnych bazach, obserwując gołe tyłki innych nieostrożnych dam :P
Dziś mam 17. rocznicę ślubu i jedną jedyną tajemnicę przed mężem.
Byłam kretynką.
Męża znam od 8. roku życia. Byliśmy sąsiadami, a nasi rodzice także się przyjaźnili. W każdym razie, nazwijmy go Piotr, był starszy ode mnie o rok. I gdy mieliśmy on 17, ja 16 lat... coś zaczęło iskrzyć.
Niewinnie zaprosił na pizzę, do kina. Zawsze dawał kwiatka. Czułam się zadbana.
Nie chodziliśmy jeszcze ze sobą, ale byliśmy już, powiedzmy, na etapie „coś się zaczyna”.
I wtedy odwaliłam.
Jak byłam w 3 klasie, a Piotr w 4 klasie LO (różne licea), pojechałam na wycieczkę szkolną i popłynęłam.
Byłam jeszcze wtedy dziewicą i planowałam pierwszy raz przeżyć z Piotrem, ale alkohol i hormony zrobiły swoje. Poszłam do łóżka z chłopakiem z sąsiedniej klasy. Ledwo go znałam, ot tak, jak się widzi na korytarzu w szkole. Wiem, że źle zrobiłam i makabrycznie się z tym czułam.
Dwa tygodnie później kochałam się z Piotrem i od tego czasu jesteśmy razem.
Lecz co mnie ciągle boli - Piotr wyznał mi wtedy, iż jestem jego pierwsza.
A ja skłamałam, że on dla mnie też, że on mnie rozdziewicza. Udawałam nawet ból.
Żyję tak z tym kłamstwem.
Byłam kiedyś na zakupach z koleżanką. Ona cierpliwie znosiła moje grymasy, ja przymierzałam białą koszulę, która mi się spodobała. Była za mała, więc wysłałam koleżankę po większą... Strasznie długo jej nie było.
W pewnym momencie usłyszałam jakieś uderzenie o drzwi, wiec stwierdziłam, że to ona... Powiedziałam: ładuj się, śmiało! Nie ukrywam, że trochę się zdziwiłam, kiedy znalazłam się w przymierzalni z młodym chłopakiem, który najwyraźniej uznał moje słowa za zaproszenie... Wyrzuciłam go z mojej przestrzeni prywatnej, popychając za nim drzwi.
Później usłyszałam tylko zza ściany:
- Dostałem drzwiami, ale widziałem cycki!
Kiedy miałam 7 lat, rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Z rodziny został mi tylko brat (wtedy 18 lat) i ciocia, która nas nienawidziła. Nasi rodzice byli dość zamożni, dlatego pozostawili po sobie bardzo duży dom jednorodzinny, domek letniskowy, samochody itp.
Mój brat był wtedy na 1 roku medycyny. Sprzedał to wszystko i kupił nam przytulne mieszkanko w bloku. Obliczył sobie, że pieniędzy wystarczy nam do końca jego studiów z zapasem. Nieraz w nasze życie próbowała wkroczyć opieka społeczna i zabrać mnie, ale mój kochany brat na to nigdy nie pozwolił.
Teraz mam 18 lat i w tym roku podchodzę do matury. A mój brat skończył studia, zrobił specjalizację i latem się żeni. Jestem najszczęśliwsza na świecie, że nigdy nie zostaliśmy rozdzieleni. Nigdy nie będę dobrze wspominać opieki społecznej i niektórych "nadgorliwych" sąsiadek, które wymyślały różne historie, że niby 18-latek nie jest w stanie zajmować się dzieckiem, bo pije, pali itp.
Teraz z dumą mogę stwierdzić, że mam najlepszego brata na świecie i rodzice byliby z niego bardzo dumni. Patrząc na moich rówieśników, nie umiem sobie wyobrazić, żeby umieli codziennie odrabiać lekcje ze swoim rodzeństwem, zaprowadzać do szkoły, oglądać wszystkie ich występy szkolne i czytać bajki na dobranoc.
Wychowałem się na wsi, takiej stereotypowej, gdzie każdy wie kto z kim i w jakiej pozycji, gdzie wszyscy się znają, a osiedlowy sklepik jest źródłem informacji.
Zawsze byłem otwarty i nie wstydziłem się samego siebie. Nigdy nie było u mnie tego popularnego "coming out'u", ale od zawsze wszyscy o mnie wiedzieli. Wynikało to z naturalnych rozmów, gdy mówiłem, że jakiś chłopak mi się podoba, a nawet umawiałem się na randki i przyprowadzałem chłopaków do domu. I wiecie co? Dobrze mi się żyło na tej mojej wsi. Nikt mnie nie obrażał, nie wyśmiewał, nie wytykał palcami, miałem wielu przyjaciół.
Starsi ludzie podchodzili do tego na swój sposób uroczo i zabawnie, raz babcia kolegi wzięła mnie na bok i zapytała, czy podoba mi się jej wnuczek, bo chyba on też woli chłopaków (nie wolał ;)). Moi rodzice kochali mnie, wspierali w życiowych wyborach, pocieszali przy złamanym sercu. Wiem, że miałem ogromne szczęście, trafiając na tak wspaniałych ludzi wokół siebie, szczególnie w latach 90.
Od dawna czytam wyznania i komentarze, i często jestem w szoku, jak wiele chamstwa i nienawiści może być w człowieku. Nazywacie nas dewiantami, chorymi ludźmi, wysyłacie na leczenie, a my jesteśmy tak samo normalni, jak wy. Chcemy po prostu kochać i być szczęśliwi. Byłem u psychiatry, żadnych nieprawidłowości nie stwierdzono, więc na jakiej podstawie wy stawiacie swoje diagnozy?
Dostałem w życiu tyle miłości, byłem zawsze traktowany jak normalny człowiek, bo nim jestem. Nigdy nikogo nie skrzywdziłem, wręcz przeciwnie, wspieram fundacje, udzielam się charytatywnie, razem z mężem mamy 3 adoptowane psiaki.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ktoś miałby mnie nie tolerować tylko dlatego, że żyję z mężczyzną. Mam partnera od 10 lat, 3 lata temu wzięliśmy ślub za granicą, żyjemy spokojnie, nikomu nie wadzimy. Nie obściskujemy się w publicznych miejscach, ale zdarza nam się chodzić za rękę, jak każda normalna para. Ludzie patrzą, czasem szepczą między sobą, ale nikt nigdy nie skomentował głośno naszej relacji, nikt nas nie obraża wprost (pewnie dlatego, że mój mąż ma prawie 2 metry wzrostu i sporo mięśni).
Zastanawiam się, czy takie osoby, które na tej stronie wyzywają mnie od pederastów, zboczeńców, obrzydliwców, chorych psychicznie, którzy chcą mnie wysyłać na terapię, bym mógł "wyzdrowieć", są tak bardzo zapatrzeni w swoje skrzywione postrzeganie rzeczywistości, że nie widzą tego, co prawdziwe?
Być może krew, którą oddaję, uratuje wam kiedyś życie. Być może wsparłem finansowo leczenie waszego umierającego dziecka. A może po prostu uśmiecham się do Ciebie na ulicy, a Ty odpowiadasz uśmiechem, nie mając pojęcia, że jestem gejem.
Życzę Wam, byście byli tak szczęśliwi, jak ja jestem. Może wtedy nie będziecie czuli potrzeby wmawiania innym, że są zaburzeni lub nienormalni.
Mam 19 lat, opiszę wam zdarzenie sprzed roku. Wraz z koleżankami wybrałyśmy się na imprezę uczcić urodziny jednej z nas. Impreza jak impreza, parę drinków, tańce, głośna muzyka. Normalną rzeczą było to, że zawsze któraś z nas "nadziała" się na niechcianego adoratora.
Tym razem to ja padłam ofiarą (dosłownie) starszego mężczyzny, który moim zdaniem wyglądał jak alfons na emeryturze. Nie dawał mi spokoju przez cały wieczór, był wszędzie. Troszkę mnie to przeraziło, więc poinformowałam o tym koleżanki. Na szczęście niechciany osobnik po kilkunastu odmowach tańca z nim, dał sobie spokój i zniknął. Do końca imprezy już go nie widziałam. Około 3 nad ranem stwierdziłam, że opuszczam dyskotekę i wracam do swojego mieszkania. Wyszłam sama, ponieważ postój taksówek był niecałe 5 minut drogi stąd.
Idąc ciemną ulicą moje serce stanęło, ktoś złapał mnie za ramię i przygwoździł do ściany budynku, od razu wiedziałam że to ten psychopata. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, napastnik zasłonił mi twarz swoją dłonią. Jako że jestem kobietą waleczną, ugryzłam go w palec. Nie spodobało mu się to i przypierdzielił mi z liścia. Pomyślałam "O nie! Tak być nie może" i pomimo bólu jaki przeszył moją twarz, oddałam mu z taką siłą, że aż go cofnęło.
Nagle gościu wyciągnął nóż i mówi do mnie "będziesz już grzeczna". Zamarłam, ale tylko na chwilę, w tle usłyszałam kroki i zobaczyłam biegnącego w naszą stronę mężczyznę. Jak to mówicie - typowy dres, łysa głowa, na niej kaptur, wytatuowany od stóp do głów, na sam widok przeszły mnie ciarki, szczerze nie wiedziałam przez chwilę kogo się bardziej bać, ale moje wątpliwości zostały szybko rozwiane.
Zobaczyłam, że dres nokautuje mojego przeciwnika i powala go na glebę, zadając kolejną serię ciosów. Był tak zdenerwowany, że musiałam go odciągnąć żeby nie zabił emerytowanego alfonsa. Wtedy on odwrócił się, spojrzał na mnie groźnie i powiedział:
- A ty to mądra jesteś, żeby łazić po nocach sama? Przez ciebie dostanę wyrok za tego chama, idziemy do domu, gdzie mieszkasz? Odprowadzam cię.
Nie wiedziałam, czy się cieszyć czy płakać, ale nie miałam innego wyboru i dałam się odprowadzić. Doszliśmy pod blok, ja podziękowałam, a on sobie poszedł. Ale nie na długo. Skubany wiedział już gdzie mnie szukać i przyszedł dwa dni później z jakimś polnym kwiatkiem, zapraszając mnie ma lody. Kochany łobuz.
Właśnie jemy kebaby i wybieramy imię dla naszego synka, który będzie z nami za 8 miesięcy. Pozdrawiamy!
Brat jest ratownikiem medycznym.
Pewnego razu otrzymali zgłoszenie, że pewna para się "zakleszczyła". Gdy przybyli na miejsce okazało się, że zakleszczony mężczyzna to ksiądz z jedną ze swoich parafianek. Para została załadowana na nosze i przykryta kocem.
Oczywiście jak można się domyślić, para nie byłą w nastroju do żartów, co innego załoga karetki. Jeden z ratowników wyciągnął rozłożone ręce ku niebu i powiedział "Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela".
Reakcja kochanków bezcenna + ubaw na pogotowiu przez tydzień.
Dodaj anonimowe wyznanie