#5ykM7

Mój brat fundował mi Prima Aprilis codziennie. Od podmienienia cukru solą, poprzez wkładanie kostki rosołowej do słuchawki prysznicowej, aż po smarowanie krzesła klejem.
Miałem dość.

Był na mieście, kiedy zadzwoniłem do niego z ostatnimi słowami. Mówiłem o okropnej pracy, o tym, że on mnie nienawidzi, jakie piętno odcisnęła na mnie śmierć mamy i tak dalej, i tak dalej. Wszystko przeplatane momentami kilkusekundowej ciszy. Nagle się rozłączyłem, ucinając w połowie prośby brata, żebym nic sobie nie zrobił.
Wpakowałem się do wanny, rozlałem sztuczną krew i tak czekałem zanurzony w czerwonej cieczy, z ranami na nadgarstkach (tutoriale na YT).

Brat wpadł i od razu się cofnął zanosząc płaczem. Ciężko było mi powstrzymać śmiech i ograniczyć unoszenie się klatki piersiowej do minimum.
W końcu podszedł do mnie ostrożnie i próbował wyciągnąć z wanny. Wtedy otworzyłem oczy i wrzasnąłem z całej siły. Upuścił mnie, przypieprzyłem głową o wannę i polała się prawdziwa krew.
Dość długo tłumaczyłem w szpitalu, że nie mam żadnych problemów psychicznych i tak naprawdę nie chciałem się zabić.
Ale przynajmniej mam spokój z głupimi dowcipami.

#i6kgW

Byłam dziwnym dzieckiem. W wieku około 2-3 lat miałam skarpetkę, taką długą, szarą skarpetkę. Nie wiem skąd ją miałam oraz dlaczego z nią spałam, była taką moją przytulanką. Nie nosiłam jej na stopie, po prostu wąchałam ją w nocy, pachniała mną. Lubiłam ją wąchać i zawsze płakałam, gdy mama mi ją prała. Wtedy traciła swój zapach. Do dzisiaj jest gdzieś w pudełku w domu mojej mamy. Taka pamiątka.

Dziś, po latach, nie mam na szczęście nawyku wąchania skarpetek, natomiast nadal lubię czuć zapach bliskich mi osób, gdy zasypiam.

#4Z25v

Kilka lat temu skończyłem liceum, a obecnie jestem człowiekiem z wyższym wykształceniem technicznym. Ostatnio naszły mnie refleksje na temat szkoły. Nie chodzi mi o to, że jest niepotrzebna, bo to nieprawda, a ona sama pełni wiele innych funkcji poza edukacyjną (choćby społeczną), ale zwróciłem uwagę na coś innego.

Wiecie ile jest błędów w tym czego się uczymy? Wiecie jak często nauczyciele wciskają nam brednie do głowy i wymagają nauki od młodych ludzi, którzy właśnie wyrabiają się jako ludzie? Ogrom.

Thomas Edison jest przedstawiany jako bohater, choć historia określa go całkiem inaczej. Uczymy się, że naturaliści jak Emil Zola pokazywali świat takim, jakim jest naturalnie, zapominając o tym, że świat nie składa się tylko z brzydkich rzeczy (do dziś pamiętam opis truchła na polu, bez krzty piękna przyrody, który był podany jako przejaw naturalizmu). Uczymy się, że Stefan Żeromski świetnie skupiał się na społecznictwie, opisując pracowników fabryk i ich muskularne ramiona, zapominając, że ogromna część tych pracowników ich nie miała z powodu złych warunków w pracy (jakoś to już pomijali).

To śmieszne, że żaden z nauczycieli nawet nie sprawdzi, kto naprawdę wynalazł radio, a w podręcznikach nadal widnieje nazwisko Marconi, choć był on zwykłym złodziejem, który okradł Teslę. Uczymy się o złodziejach jak o bohaterach. Uczymy się idei, które są fałszywe. I to wszystko jest wpajane do głów dopiero co tworzących się ludzi, których dosłownie zmusza się do zapamiętania tego. Uczymy się o nieznających się na prowadzeniu walki pisarzykach nawołujących ludzi do walki oraz o ludziach bez wiedzy na temat gospodarki, opisujących jak ma wyglądać społeczeństwo. Uczymy się o idiotach jak o bohaterach. Czemu? Na matmie uczymy się schematów, które można nauczyć się na pamięć, karcąc (nie wszędzie) inne pomysły odbiegające od normy.

#pdnY2

Historia, za którą mnie pewnie potępicie i znienawidzicie. Ale zaryzykuję.
Po co? Aby pokazać Wam, że nie każda osoba niepełnosprawna zasługuje na pełną akceptację, tolerancję i różowe jednorożce.

Dłuższy czas temu mój brat poznał ją, powiedzmy Księżniczkę.
Księżniczka porusza się na wózku, ma porażenie mózgowe. Potrafi chodzić (z asekuracją), rękami coś tam zrobi (ale niewiele), mówi bardzo niewyraźnie (ale po czasie da się z nią gadać).

Rodzice od początku jej nie lubili. Chyba przeczuwali, co się święci. Ja jednak chciałam być dobra, kulturalna, zaprzyjaźnić się nawet chciałam. Bo, w sumie, nigdy nie miałam problemu z tym, czy ktoś jest pełnosprawny czy nie.

Piekiełko zaczęło się jeszcze przed ślubem.
Pojechaliśmy całą familią na urlop. Taka asymilacja. Miasteczko urokliwe, ale... położone w górach. Łazimy sobie, zwiedzamy, każdy już padnięty. Księżniczka na wózku, zmieniamy się przy prowadzeniu jej, coby nikt się nie przemęczył. Wracamy do hotelu. Ona nagle blokuje koła na środku placu i... stwierdza, że nie chce już jechać, że chce iść i ktoś ma ją prowadzić. Wszyscy wypluci z sił, a ona robi scenę na środku rynku. I nic nie daje tłumaczenie, że nie mamy siły jej prowadzić. Ona chce i basta! W ramach wychowawczych zostawiliśmy ją na placu, jak chce, to niech idzie sama. Odeszliśmy dosłownie kawałeczek, a do brata już dzwoni przyszła teściowa z wyrzutami, wyklina go pięć pokoleń do tyłu, wyzywa od najgorszych. Wróciliśmy po Księżniczkę. I tak byśmy wrócili. Ale atmosfera padła.

Inna okazja. Pojechałam z Księżniczką na zakupy. Miała mi pomóc wybrać sukienkę na ich ślub. Skończyło się tak, że nie mogłam przymierzyć nawet jednej kiecki, bo... ona chciała wszystko przymierzyć. A że sama nie umiała, to ja ją przebierałam. Jak lalkę. Nawet nie wiecie, jak się czułam, widząc przyszłą bratową niemal nagą i jeszcze słuchając obelg pod swoim adresem, że nawet jej przebrać nie umiem.

Takich sytuacji było dużo więcej, ale się nie poddawałam. Na ich ślubie troszkę popłakałam, ale... no trudno. Byłam dobrej myśli, że będzie lepiej.

W końcu okazało się, że jestem dość poważnie chora. Tygodniami leżałam w szpitalu, rodzice warowali przy mnie na zmianę. Akurat wypadała jakaś impreza u Księżniczki. I co? Rzuciła fochem na mnie, że mnie nie było i na rodziców, że ważniejsza dla nich jestem ja niż jej impreza.
Ani razu nie odwiedziła mnie w szpitalu, chociaż przez trzy lata miała sporo okazji. Wiecie, jak to tłumaczy? "Bo szpitale mnie dołują". Do rodziców dalej się nie odzywa.

Nie można mówić, że musimy akceptować każdą osobę niepełnosprawną, niezależnie od okoliczności. Jeśli ktoś jest złym człowiekiem to... jest złym człowiekiem.
Księżniczki nie polubiłabym, gdyby była pełnosprawna... Dlaczego mam ją lubić tylko dlatego, że jeździ na wózku?

#yxO8i

Przez okres 6 miesięcy mieszkałem w Anglii. Wynajmowałem mieszkanie na parterze, nade mną jakaś parka, a ja byłem sam. Tęskniłem jak diabli. Po jakimś czasie postanowiłem wrócić, nie mogłem się doczekać, ale narzeczonej nic nie powiedziałem.
Wyobraźcie sobie długo oczekiwany powrót do domu, do Polski. Ulga, tęsknota, szczęście. Tam czeka narzeczona, chcę zrobić jej niespodziankę. Po pół roku wracam do swoich!

Ląduję na polskiej ziemi, czeka mnie jeszcze dwugodzinna podróż samochodem do miejscowości rodzinnej. Dojeżdżam, odbieram klucze od sąsiada, robię sobie kawę, następnie szybki prysznic. Potem w planach jazda do swojej ukochanej.

Gdy docieram na miejsce z głośnym "NIESPODZIANKA!!!", moja teściowa wytrzeszcza oczy bardziej niż kot ze Shreka. Nie z powodu mnie. Z powodu tego, że narzeczona dzwoniła do niej niedawno z informacją, że wylądowała.
Wylądowała w Londynie.
Chciała zrobić mi NIESPODZIANKĘ.

#ripXr

To będzie historia, jak to anonimowe mnie wyleczyło z pewnej choroby.

Tą chorobą jest nieśmiałość (można to chyba nazwać chorobą, jeśli się jest baaardzo nieśmiałym).
Na początku tylko czytałam historie. Po kilku miesiącach i dużych oporach założyłam konto. Na początku wstydziłam się nawet plusować/minusować, bo co o mnie ludzie pomyślą (co z tego, że mnie nie znają). W końcu odważyłam się też coś skomentować. Zaplusowaliście to. Pomyślałam więc, że przecież mogę się odważyć i pisać więcej komentarzy. Już nawet się nie wstydziłam, lecz czasem myślałam coś w stylu: „Pewnie się im nie spodoba. Zminusują mnie. Nie będą mnie lubić". Wiem, przesadzałam. Na szczęście śmiałość w pisaniu komentarzy przeniosła się do świata realnego. Zaczęłam coraz częściej rozmawiać z osobami z mojej klasy (co do których byłam nieśmiała). Serio, anonimowe mi pomogło. (Wiem, może to niektórych może nudzić, ale jeśli ktoś miał podobny przypadek do mnie, niech pisze i pokaże, że nie jestem sama! :D )

#NcEYR

Historia miała miejsce dwa lata temu w czerwcu, pod koniec roku szkolnego.
Z własnego lenistwa poprzedniego dnia do późna siedziałam na komputerze, w związku z czym byłam bardzo zmęczona. Nie chciało mi się myć zębów, więc przebrałam się w piżamę i padłam na łóżko.
Następnego dnia w pośpiechu szykowałam się do szkoły, więc o myciu zębów również zapomniałam.
Problem niezbyt świeżego oddechu doskwierał mi przez cały dzień, więc ogólnie mało się odzywałam do kogokolwiek.

Kiedy lekcje się skończyły i wracałam do domu, na mojej drodze zobaczyłam to... Listek gumy, jeszcze w tym srebrnym papierku. Niedługo się zastanawiając, rozejrzałam się dookoła - nikt nie widzi. Guma w rękę i już mnie nie ma. Papierek odwinął się z jednej strony, więc kawałek gumy z wątpliwym stanem czystości oderwałam i wyrzuciłam, natomiast resztę wsadziłam do buzi i żułam jak gdyby nic.
Nadal nie potrafię pojąć jak do tego doszło i jak bardzo zdesperowana musiałam być tego dnia.

Teraz kiedy ktoś zaproponuje mi gumę, od razu wydaje mi się, że wie o tamtej sytuacji.
Życie już nigdy nie będzie takie samo.

#sNYgC

Piękne czasy studenckie.
Nadszedł czas sesji. Siedzę sobie na egzaminie i szukam natchnienia. Przede mną dziewczyna pisze zawzięcie na kartkach A4, ze zrobionymi już dziurkami. No wiecie, takimi do segregatora. Skończyła pisać. Rozgląda się, rozgląda, żadnego spinacza, nic. I nagle wyrywa sobie kilka włosów z głowy, przewleka przez te dziurki i wiąże kartki razem.

Mina wykładowcy, który zbierał prace - bezcenna.
Dodaj anonimowe wyznanie