#hE9su

Parę lat temu, gdy byłem jeszcze małym brzdącem chodzącym do bodajże drugiej klasy podstawówki, zbliżały się święta, więc pani wychowawczyni zadała nam zadanie - napisać list do Świętego Mikołaja dla siebie i swoich bliskich. No to zaczęło się standardowo: dla siebie chcę lego, lalkę, dla taty nowy samochód, dla mamy lokówkę itp. Napisałem podobnie, nie pomijając w tym mojego starszego brata, pasjonata elektroniki i informatyki, czytającego co miesiąc nowe wydanie gazety, która nazywała się Chip. Nie wiedziałem jak sìę to pisze, więc poszedłem na kompromis. A napisałem tak: "[...] A dla mojego brata wszystkie Cipy 2013".
Sprawa nie obeszła się bez dyrektora, ale na szczęście szybko się wszystko wyjaśniło.

PS Do dziś wspominam minę wychowawczyni.

#xmflY

Jestem pielęgniarką. Od paru tygodni zajmuję się umierającym mężczyzną, niesamowicie optymistycznym i wesołym. Prawie codziennie odwiedza go rodzina: żona, nastoletnia córka i siedmioletni synek. Żona zawsze płacze, mały nie rozumie jeszcze co się dzieje, ale córka... Córka wchodzi ostatnia, dopiero jak matka z bratem wyjdzie. Zachowuje się normalnie, rozmawia z nim i żartuje. Wczoraj ojciec spytał się jej ze łzami w oczach, czy nie jest jej smutno. "Oczywiście, że nie. Nie mam się czym martwić, przecież wyzdrowiejesz i wszystko będzie dobrze". Pocałowała go i wyszła. Na korytarzu usiadła na podłodze i zaczęła płakać.

Zawsze płakała po wyjściu.

#msNy8

Piszę tutaj, gdyż nie mam za bardzo komu się wygadać. Chodzi o moją relację z przełożonym, który właściwie będzie nim już niedługo, bo otrzymał awans i odchodzi. Obecnie sytuacja wygląda tak, że mówimy sobie po imieniu, właściwie tu gdzie pracuję wszyscy sobie po imieniu mówią, wyjątkiem są osoby na wyższych stanowiskach. Określiłbym, że nasza relacja jest dobra, na luzie pracuję z nim już kilka lat i trochę się poznaliśmy. Zawsze mnie wspierał, pomagał, motywował. Dało się zauważyć, że traktuje mnie inaczej niż resztę pracowników, do tego stopnia, że znaleźli się tacy współpracownicy, którzy pytali się mnie, czy jestem jego synem, oczywiście w żartach, bo to niemożliwe, gdyż jest starszy o 8 lat.

Jest to moja pierwsza praca, on wiele mnie nauczył, do tego stopnia, że istnieje prawdopodobieństwo, że zajmę jego miejsce, gdy jego już nie będzie. I tu jest moje pytanie, czy wypada mu powiedzieć, że bardzo dużo mu zawdzięczam i że w pewnym sensie jest dla mnie trochę jak ojciec.

#v5JHp

Niefart miał początek 13 lat temu, na kolonii, której uczestnicy wywodzili się dokładnie stąd, co ja. Byłem poważnym (na ile może być poważny ośmiolatek) chłopcem, od początku kolonii to ja panowałem nad ładem w dwuosobowym pokoju. Mogłem się zdać na tyle "sztywny", że współlokator przeżył szok, gdy po jakimś tygodniu podniosłem pierwszy raz głos, by bawił się ciszej kupionym nad wybrzeżem resorakiem. Walczyłem ze sobą, by nie zdradzić, jak bardzo zazdrościłem mu tego małego plastiku próbującego udawać Mustanga Shelby GT500. Dlatego starałem się wyśmiać Michała, ilekroć chwalił się "zdobyczą", choć moje oczy naprawdę świeciły się na widok tego modelu. Był na swój sposób idealny, stanowił kolonijne ucieleśnienie marzeń ośmiolatka o pamiątce znad morza.

Któregoś dnia, gdy Michał brał prysznic, podszedłem do jego szafki targany zwierzęcą żądzą wejścia w posiadanie tej zabawki. Biłem się z myślami, ale doszedłem do wniosku, że ciężko byłoby mnie nawet podejrzewać - przez całe kolonie miałem czyste konto, byłem wzorowy. Kiedy Michał wrócił, "Shelby" parzył mnie w kieszeni. Dzień później sprawy przyjęły dramatyczny obrót - Michał płakał za stratą, szukał jej dosłownie wszędzie, a gdy zapytał mnie, czy na pewno nic nie wiem, dopadł mnie strach, że jakimś cudem mógł zwietrzyć tę kradzież. Nie miałem wyboru, podczas wieczornego prysznica "Shelby" wjechał do "garażu", w którym nikt by go nawet nie pragnął szukać. Dla mniej domyślnych: schowałem go do dupy.


Kiedy dzień później w toalecie zorientowałem się, że mój wóz nie ma ochoty wyparkować, wpadłem w panikę. Nie mogłem go wyjąć, nic nie pomagało. Ze wstydem poprosiłem o pomoc pana Kubę, który wydawał się być równym, młodym gościem. Pan Kuba rozumiał. Oznajmił innym wychowawcom, że jedziemy do szpitala. Niestety, dobrze zaparkowany Mustang może być wyjęty tylko podczas zabiegu. Gdy pan Kuba czekał ze mną na przyjazd rodziców, powiedział mi, że każdy mężczyzna napotyka na swej drodze problemy, ale tylko ten odważny umie im sprostać. Obiecał, że to zostanie między nami i wiedziałem, że mówi prawdę.


Minęły lata.
Na sylwestrze poznałem śliczną dziewczynę i często bywam u ukochanej w domu. Jest z tradycyjnej rodziny, która weekendy spędza razem. Jej brat dobija czterdziestki i w każdą niedzielę przyjeżdża z rodziną na obiad.
Tak... To Kuba, który przy pierwszym spotkaniu przywitał mnie serdecznie słowami: "Znamy się, młody człowieku!". Też go rozpoznałem, do uściśnięcia rąk łudziłem się, że mi się tylko wydaje.

Kuba dotrzymał tajemnicy - dziewczyna na szczęście nic nie wie. Kuba też nie wraca do tego tematu, nie opowiada o kolonii.


Może dlatego spłonąłem ze wstydu, gdy ostatnio zapytał, czy wyparkuję auto z garażu. Ostrzegł mnie o trudnym, ciasnym wyjeździe...

#rJOg5

Kilka lat temu przeszłam na wegetarianizm i od tamtej pory zaczęły się moje problemy z wypróżnieniem. Potrafiłam nie robić kupy nawet 5 dni albo załatwiać się bobkami, jak królik. Próbowałam wszelkich domowych jak i medycznych sposobów, modyfikowałam dietę i jedyne co osiągnęłam to kupa na 3 dni.

Któregoś dnia, niedługo po lockdownie, kolega z pracy, będący ogromnym fanem NOSPR, żalił się z powodu odwołania wyczekiwanego koncertu. Postanowił, że w zamian za to troszkę nas "odchami" i za grupowym przyzwoleniem będzie puszczać muzykę klasyczną przez godzinę dziennie. Włączył "Wiosnę" Vivaldiego, a moje jelita na pierwszy dźwięk skrzypiec zaczęły wariować. Prawie wybiegłam do toalety i była to najlepsza kupa od czasów mięsożernych.
Od tamtej sytuacji każdy poranek zaczynam od 4 pór roku i nie miałam dnia bez cudownego wypróżnienia. Boję się chwili, w której mój odruch warunkowy zadziała w najmniej odpowiednim czasie i miejscu.

PS Żaden inny artysta ani utwór nie działają.

#wxGMa

Mam 16 lat. Od roku byłam w bardzo szczęśliwym związku. W moim domu nigdy się nie przelewało, rodzice nie pracują, ale dorabiają na wszystkie możliwe sposoby, ja również od 12 roku życia każde wakacje spędzam w pracy. W warunkach najlepszych oczywiście tez nie mieszkamy, ale najważniejsze ze mamy gdzie spać i co zjeść, jakoś nigdy nie potrzebowałam niczego więcej.

No ale do rzeczy, mój (już były) chłopak ma 20 lat. Super dom, samochód, ma dosłownie wszystko dzięki bogatym rodzicom. Na początku nie wierzyłam ze może nam się udać, wytłumaczyłam mu nawet sytuacje i stwierdził, że przesadzam i na pewno nie jest tak źle, a poza tym on mnie przecież kocha i nie interesuje go to ile mam pieniędzy. Moi rodzice byli nim zachwyceni. Dla nich, jak i dla mnie był ideałem. I nie chodzi tu oczywiście o pieniądze czy wygląd, ale o charakter. Pierwsze miesiące związku mijały świetnie, często bywałam u niego w domu, w sumie praktycznie co weekend. Natomiast on u mnie nigdy. Wstydziłam zaprosić się go do siebie. Mimo tego ze mnie kochał i byłam tego pewna, strasznie się wstydziłam. Po pól roku zaczął naciskać, żeby iść w końcu do mnie. Odkładałam to w nieskończoność, po prostu miałam takie przeczucie że tak będzie lepiej.

W końcu jakiś miesiąc temu zaprosiłam go do siebie. Wszystko wysprzątane, wymyte, no żeby chociaż to jakoś wyglądało. Moja mama zrobiła świetny obiad, nawet nie chcę pytać ile wydała na to wszystko pieniędzy. No okej, przyjechał, pojechał, cieszyłam się że mam to już za sobą. Nie odzywał się do końca dnia, ale pomyślałam ze jest zajęty.

Kiedy wstałam na następny dzień, dostałam tylko smsa:
"Sorry, ale nie możemy być razem. Chyba do siebie nie pasujemy. Wiesz, żyjemy w trochę innych światach. Fajna z Ciebie dziewczyna, ale no, wiesz jak jest... Zresztą, moi rodzice i kumple od zawsze mówili, że jesteś dla mnie za biedna. Przykro mi, ale nie odzywaj się do mnie więcej. I jak możesz to oddaj mi wszystko co Ci kupowałem, no oprócz bielizny. Chyba o oddaniu kasy za perfumy nie muszę Ci przypominać. Ja te Twoje pseudo prezenty zostawiłem w Twojej szafie. Szczęścia w życiu, mała. I nie szukaj więcej miłości w wyższych sferach, bo to nie dla Ciebie ;)"

I wiecie co? Najgorsze jest to, że nigdy w życiu nie myślałam o tym, żeby mieć z tego związku jakiekolwiek korzyści materialne. I nie rozumiem tego człowieka, skoro dobrze wiedział, że nie mam zbyt ciekawej sytuacji w domu. Chyba nigdy nie zrozumiem jak można być takim dupkiem.

#rZTY7

Mając jakieś 5 lat, byłam z rodzicami na festynie w naszej miejscowości. Odbywała się tam konkurencja 3 drużyn: czerwonej, zielonej i niebieskiej. Zawodnicy biegali, coś przenosili na czas, była konkurencja ze skakanką. Mimo że stałam z rodzicami z przodu widowni, nie skupiłam się na tym, co się działo na boisku. Skupiłam się natomiast na ślicznej cekinowej torebce, mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy, należącej do pani, która stała obok.
Nagle podszedł do mnie pan wodzirej całej imprezy, przyłożył mi mikrofon do ust i zapytał "Jak masz na imię, dziewczynko?". Odpowiedziałam, że Ania. "Aniu, masz decydujący głos, powiedz, która drużyna wygrała?" Ja zmieszana, zawstydzona, przestraszona, bo przecież nie przyglądałam się szczególnie poczynaniom drużyn, ale powiedziałam "Niebiescy" (tylko dlatego, że lubiłam kolor niebieski).

Niebiescy oczywiście okrzyki radości. Spora część widowni niby klaskała, ale słyszałam pojedyncze głosy "Cooo? Byli najgorsi!", "Ślepa ta gówniara?", "Powinni wygrać czerwoni", kilka osób gwizdało, ale wodzirej imprezy jak to wodzirej "Super, bawimy się, brawo dla zwycięzców, gratulacje"...

I na tym mogłoby się to zakończyć, gdyby nie fakt, że czułam się z tym wszystkim bardzo źle.
Resztę czasu na festynie byłam przybita, miałam poczucie, że może wyrządziłam krzywdę innym uczestnikom, może będą mieć do mnie pretensje oni i inni ludzie z widowni. Bałam się nawet patrzeć na tych ludzi. Marudziłam rodzicom, żeby wracać już do domu, ale oni chcieli jeszcze zostać.
Kulminacją był moment, gdy do taty podszedł pan z zielonej drużyny. W myślach widziałam jak wyrzuca mi niesprawiedliwy werdykt, już prawie się rozpłakałam, ale okazał się on być kolegą taty z pracy, więc chwilę pogadali i poszedł sobie jak gdyby nic.

Dziś nawet się z tego śmieję, bo wiem, że której z drużyn bym nie wybrała, zawsze pojawiłyby się w tłumie głosy niezadowolonych, ale wtedy dla mnie była to bardzo trudna sytuacja bo (w moim poczuciu) miałam decydować o czyimś życiu i śmierci, niosłam ciężar strachu, niepewność, czy to była dobra decyzja, czy nikt mnie teraz nie zlinczuje, czy nikt publicznie nie powie "to przez ciebie przegraliśmy". Ech... co te dzieci mają w głowach ;)

#Z8xMJ

Pewnie większość z Was, jak nie wszyscy, kojarzy historię, w której mężczyzna daje swojej kobiecie bukiet róż, w tym jedną sztuczną, i mówi, że będzie z nią, dopóki wszystkie róże nie zwiędną. Podobna historia przydarzyła się mi.

Miłość jak z bajki, fajerwerki uczuć, co zaowocowało wkrótce ciążą. Gdy ukochany się o niej dowiedział, przestraszył się i trochę wycofał. Bardzo mnie to zabolało, a jak wiadomo - początki ciąży wiążą się z ogromną burzą hormonów, więc były łzy, kłótnie, po prostu awantury. 

Pewnego dnia on przyszedł do mnie z imponującym ilością kwiatów bukietem. Powtórzył formułkę ze wstępu (na bank zaczerpniętą z internetu, bo romantykiem nigdy nie był), dodając, że dopóki wszystkie nie zwiędną, zaopiekuje się mną i dzidziusiem.

A tu niespodzianka dla Was: WSZYSTKIE róże były prawdziwe :) 

W ten sposób płodziciel się ulotnił, z tego co mi wiadomo do innego kraju. Zero kontaktu, nie mówiąc już o alimentach dla naszego synka.

Brawa dla "najlepszego" ojca 2015 roku!

#ZLQJB

W 1 klasie podstawówki chodził ze mną do klasy taki chłopak (nazwijmy go Maciek). Miał się przeprowadzić do Francji. Mówił nam jakieś słowa po francusku i nas tego uczył.
No i wyjechał.

Niedawno rozmawiałem z Maćkiem na facetime. Doszło do tego, że wspominaliśmy stare czasy. I ja nagle wyskoczyłem z takim: "Pamiętam, jak uczyłeś nas francuskiego". Wtedy on popatrzył na mnie jak na wariata.

Okazało się, że to był mój kolejny bardzo realistyczny sen, który pomyliłem z rzeczywistością.
Czułem zażenowanie.
Dodaj anonimowe wyznanie