Mam starszą o trzy lata kuzynkę, która nie wymawia "r". Jeszcze lepiej, jej mama, a moja ciocia, również ma ową wadę wymowy, zaś ojca kuzynka niestety nie ma.
Zawsze mówiłam do niej Majka, zupełnie nieświadoma tego, że dziewczyna ma na imię Marika...
Dowiedziałam się tydzień temu.
Mam 21 lat, a praktycznie całe dzieciństwo spędziłam z Maj... Mariką...
Dwa miesiące temu przeprowadziłam się z miasta na wieś, kupiłam duży, piękny dom i spodziewałam się, że teraz zacznę lepsze życie i w końcu odpocznę. Jednak ktoś mi to wybitnie utrudniał. Zaczęło się od tego, że ktoś w nocy wrzucił do mojego ogrodu popsute mięso. Nie wiedząc, o co chodzi, po prostu posprzątałam. Kilka dni później na mojej furtce ktoś powiesił zdechłą kurę. Tego samego dnia również ktoś pomazał moją bramę odchodami. Przestraszona poszłam do sąsiadów zapytać, czy może coś widzieli albo wiedzą, o co tu chodzi, jednak byli tak samo zszokowani jak ja. Wahałam się, czy iść na policję, do momentu, gdy ktoś oblał w nocy mojego psa żrącą substancją (pies na noc jest w domu, ale czasem wychodzi na krótki spacer na podwórko). Przerażona oddałam psa do rodziców na czas, dopóki sytuacja się nie wyjaśni, a ja wybrałam się na policję. Tam mi powiedziano, że to pewnie głupie żarty i oni nie mogą nic zrobić, wiec mogę sobie ewentualnie kamery zamontować. I tak w zasadzie zrobiłam, gdy wyszło na to, że policja mi nie pomoże. I to mnie właściwie uratowało.
Sprawca złapał się na kamerze, gdy próbował przejść przez moją bramę. A był to jeden z sąsiadów. Natychmiast wezwałam policję, a chwilę później doszło do konfrontacji. Jak się okazało, okoliczni wieśniacy byli po prostu zazdrośni. Nie jestem specjalnie bogata, ale widać po mnie, że nie narzekam na brak pieniędzy, więc kilku osobom tak przeszkadzała moja majętność, że postanowili utrudnić mi życie.
Co prawda do mojego domu się już nikt nie zbliżał, odkąd policja interweniowała, ale przyznam, że życie w takim otoczeniu jest po prostu ciężkie. Stresuję się, chodząc po chleb rano i staram się praktycznie nie poruszać po wsi pieszo. Nie wiem, ile jeszcze tu wytrzymam.
Miałam może z 7 albo 8 lat, gdy złamałam rękę. Wszystko zaczęło się od kłótni z koleżanką o zabawki. Nie wiedzieć czemu zgarnęłam je wszystkie i postanowiłam wrócić z podwórka do domu. Pech chciał, że przez naręcze zabawek nie zauważyłam nierówności na chodniku i bęc! Pierwsze reakcja, to czy zabawki są całe, a dopiero później przerażenie, bo krew się leje z kolana i zaczyna boleć. Jakieś dziewczyny podniosły mnie i zaprowadziły do domu. Babcia z przerażeniem patrzy, co to się dziecku stało. Zapłakane, kolano krwawi, ja plotłam trzy po trzy, a gdy się okazało, że ręki nie mogę wyprostować, to był koniec świata. Zadzwonili po mamę, która była gdzieś niedaleko i z mamą pojechałam na pogotowie. Pech chciał, że akurat przyjmowali ludzi po wypadku samochodowym. Do tej pory pamiętam, jak ujrzałam przez zieloną zasłonkę dość mocno zakrwawioną nogę. Mimo to bardziej bałam się o to, co zrobią z moją ręką.
Tutaj zaczyna się najlepsze. Lekarz bada rękę, wywija mi nią na prawo i lewo, a że bolało, to zaczęłam krzyczeć. Żeby to był normalny krzyk, że boli, ale nie! Jak zaczęłam tam przeklinać na tego lekarza, wyklinałam od najgorszych. Warto zaznaczyć, że byłam spokojnym dzieckiem i nie sprawiałam problemów wychowawczych. Do tej pory nie wiem, skąd znałam takie przekleństwa i dziwię się, że mama stanęła po mojej stronie. Lekarz powiedział, że mam się uspokoić, bo mają tutaj poważniejsze przypadki, ale dobrze, żebym poszła na prześwietlenie. I co się okazało? Że gdyby on jeszcze tak ze dwa razy powywijał tak moją ręką, to mogłoby dojść do złamania otwartego.
Moi rodzice jak to wspominają, to nie dziwią się mojemu wypadkowi i złamaniu ręki, tylko skąd ja miałam taki duży zasób słów niecenzuralnych.
Co roku na jesień zbieram kasztany i następnie, zazwyczaj podczas kąpieli, wkładam je sobie w pupę. Mój rekord to 12.
Niedawno spodobał mi się pomysł na zakup „korka analnego” – moje prawo robić co chcę z własnym tyłkiem. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Korek zakupiony, przesyłka dostarczona, czyli wszystko do zabawy jest. Ale że lubię eksperymentować, postanowiłam zamontować korek i iść pobiegać wieczorem (mega fajna sprawa, tak mi się spodobała zabawa z nim, że coraz częściej z nim chodziłam). I to mnie zgubiło.
W ten tragiczny dzień musiałam się czymś zatruć, a że miałam daleko do cywilizacji (biegałam w lesie), stwierdziłam, że dam radę. No to szybko w jakieś większe krzaki, garderoba w kostki, korek zdemontowany... i problem. Pierwsza część tego co miało ze mnie wyjść była twarda, taki naturalny korek, który powstał przez sztuczny korek :)
Ale jestem dzielna, dam radę, cisnę ile siły, żyły na czole itd. Tylko że pozostała część była w formie ciekłej... I nastąpiło zwolnienie maszyny losującej, poszło z takim impetem jak pepsi, gdy się do niej wrzuci mentosa, a że pozycja wyjściowa była bardziej kucająca niż stojąca, to po prostu obsrałam majtki i spodenki. I tak ubrałam to na obsrany zad (miałam tylko jedną chusteczkę, a efekt mnie kompletnie zaskoczył) i bez uśmiechu, za to z pośpiechem, opuściłam miejsce zbrodni.
Z korkiem nadal się przyjaźnię, za to dupie już nie ufam.
Ojca mojej córki znam dobrze ponad 10 lat. Gdy dowiedział się, że jestem w ciąży, zbladł, potem stwierdził, że mu słabo i natychmiast mam umówić się do lekarza. No cóż, lekarz potwierdził, pogratulował. Dzwonię więc do ukochanego. Po usłyszeniu wspaniałej wiadomości podobno zemdlał.
Nasi rodzice kupili nam dom. Stary dom, wymagający remontu, ale razem stwierdziliśmy, że damy radę, dla małej. Ślub zaplanowany na przyszły rok, wszystko opłacone. Dobra, czas na remont. Razem jeździliśmy tam, razem remontowaliśmy. Moi rodzice opłacili jakieś 80% kosztów remontu, pozostałe 20% on. W 6 miesiącu ciąży przycierałam z nim gipsy, bo samemu mu się kiepsko pracuje. Zależało mi, za bardzo. Dzień przed pójściem do szpitala malowałam pokoje, myłam okna, wieszałam firany i szorowałam podłogi. Nie, nie pomagał mi. Pytał, czy potrzebuję jeszcze jakiegoś zajęcia. Robiłam to dla córki, żeby miała swoje miejsce. Będąc w szpitalu, prosiłam, aby dokończył prace w naszym domu. Niestety, urodziłam i dzwonię. Nie spieszył się z wizytą. Nie pomógł mi iść pierwszy raz do łazienki, żeby się umyć. Przyszła położna, nazwała go nieodpowiedzialnym człowiekiem, skoro pozwolił mi samej iść. Stwierdził, że muszę być „na chodzie”. Nie skończył remontu, nie przeprowadziliśmy się. Do córki też nie przyjeżdżał częściej niż 2-3 razy w tygodniu. Przestał szanować mnie, dziecko odwiedza raz w tygodniu, czasem nawet rzadziej.
W tej chwili mała ma 3 miesiące. W końcu kapki z oczu opadły i odeszłam. Może nie będzie miała pełnej rodziny, ale nie będę mu już uprzykrzać życia, jak stwierdził. Wszystko odwołałam i nie żałuję. Przestałam płakać, prosić i przekonywać, żeby przyjeżdżał do nas. Złożyłam pozew o alimenty. Damy radę same.
Jestem pracowniczką jednej z „restauracji” fast food, głównie zajmuję się drive-thru, czyli przyjmowanie zamówień przez słuchawkę, trochę niewdzięczna praca. Zawsze gdy podjeżdża klient, muszę powiedzieć swoją formułkę, czyli: „Witam w XXX, z tej strony Anonimowa, czy mogę przyjąć pani/pana zamówienie”. Wielokrotnie spotkałam się z tym, że słyszałam odpowiedź: „Witam, pani Anonimowa, z tej strony Bożydar”. Za każdym razem poprawia mi to humor :)
Jeśli usłyszę dwa podstawowe słowa: „proszę” i „dziękuję”, to już wiem, że powinnam tego człowieka docenić, czasy mamy, jakie mamy, więc dorzucam wtedy często jakieś dodatkowe jedzonko bądź sos w gratisie.
Ot, takie anonimowe, oby szefowie się nie dowiedzieli, kto im generuje takie straty :)
Po trzech latach wyznałem w końcu dziewczynie, co czuję. Nie liczyłem w zasadzie na nic, bo byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i widziałem, że ona nie czuje tego samego. Jednak byliśmy ze sobą na tyle blisko, że chciałem po prostu to powiedzieć, nie dusić tego w sobie i ogólnie usłyszeć od niej odpowiedź i wiedzieć na 100%, że nie.
Dalej nie mogę uwierzyć i pozbierać się po tym, co się stało. Tak jak się spodziewałem, dostałem kosza, ale nie pomyślałbym nawet, że usłyszę: „Przekraczasz moją granicę”, „Nie chcę cię znać ani mieć z tobą cokolwiek wspólnego”, „Odejdź, nie odzywaj się do mnie ani nie pisz, nie ma czego wyjaśniać ani o czym mówić”...
Kompletnie nie potrafię tego zrozumieć. Po tylu latach spędzonego czasu i tego wszystkiego nagle nie chce mnie znać. Tak jakby te wszystkie chwile spędzone razem nic dla niej nie znaczyły. Tak jakbym od samego początku był dla niej nikim... Próbowałem z nią rozmawiać, ale nie chciała nawet mnie słuchać. Po tym straciłem też innych, z którymi się zadawałem i czasem gadałem poza nią. Nagadała na mnie jakichś głupot i wszyscy mnie unikają.
Teraz totalnie jej nie poznaję. Nagle całkowicie się zmieniła. Zadaje się z osobami, których mówiła, że nienawidziła, jeździ z nimi wszędzie, nie paliła, a nagle zaczęła, bo oni też to robią. Zupełnie inna osoba.
Zostałem sam. Straciłem osobę, którą kochałem i przyjaciółkę. Mam złamane serce, w zasadzie podwójnie. Nigdy nie miałem żadnych większych marzeń czy pragnień, ale teraz całkowicie straciłem jakikolwiek sens w życiu. Nie potrafię się z tego podnieść. Minęło już ponad pół roku, nie mamy ze sobą żadnego kontaktu poza wzrokowym, gdzieś mijając się na korytarzu w naszym liceum. Ciągle jakoś nie mam na nic siły i jedyne co, to bym leżał z zamkniętymi oczami w łóżku albo spał. Wtedy jest mi jakoś odrobinę lepiej. Nie wiem, czy mam depresję. Możliwe, nie znam się. Staram się o niczym nie myśleć, ale niezbyt mi to wychodzi. Nie potrafię przestać myśleć o tym wszystkim i przestać do tego wracać. Czasami wmawiam sobie, że tak naprawdę ona umarła. Nie żyje. Po prostu. Jakoś łatwiej jest mi to przyjąć niż uznać prawdę, że odrzuciła mnie jako chłopaka i odrzuciła mnie jako przyjaciela, jakby cały spędzony z nią czas był niczym i jakby stała się nagle kimś innym...
Mam 35 lat, dobrze zarabiam. Od ośmiu lat jestem żonaty, mamy dwoje dzieci. Syn ma pięć lat, córka w tym roku skończyła trzy. Kiedy żona zaszła w pierwszą ciążę, poszła na zwolnienie, potem na urlop macierzyński i wychowawczy. Od prawie sześciu lat nie pracuje zawodowo, tylko zajmuje się domem. Robi to idealnie. Perfekcyjna Pani Domu może jej czyścić buty. Dzieci są super zadbane, dom zawsze lśni czystością, żona świetnie gotuje, piecze pyszne ciasta. Dla mnie jest idealnie. Rodzina jak z amerykańskiej reklamy z lat 60. No ale od jutra wszystko się zmieni. Żona wraca do pracy. Nie musiałaby tego robić, bo jestem w stanie sam utrzymać rodzinę, pieniędzy też nigdy jej nie wydzielam. Normalnie ma dostęp do konta, nigdy jej nie rozliczałem i nie pytałem, na co wydała pieniądze. Ale ona ma już dość siedzenia w domu. Mówi, że chce wyjść do ludzi, robić coś poza obiadkami i praniem. Rozumiem to i nie namawiam jej do zostania w domu, chcę, żeby była szczęśliwa, ale tak naprawdę wolałbym, żeby została. Wcale nie jestem zadowolony, że będę musiał przejąć część domowych obowiązków i skończą się powroty do domu, gdzie czeka ciepły obiad i uśmiechnięta żona. Najchętniej przebiłbym gumkę i zrobił jej trzecie dziecko, ale nie jestem aż takim draniem. Jutro skończy się moje idealne życie.
Nie chcę, żeby moja żona wróciła do pracy.
Jestem w związku od 11 lat, mamy dziecko, od 3 lat jesteśmy po ślubie i w zasadzie wtedy zaczęło się wszystko zmieniać. Mój mąż pochodzi z rodziny patologicznej, jego ojciec pił, nie jakoś bardzo, ale miał z tym problem, i bił jego matkę po alkoholu (nie wiem, czy bez niego też). Mąż ma również brata, starszego, który rozstał się ze swoją partnerką z powodu agresji w stosunku do niej, ale też podejścia do życia w stylu Piotrusia Pana. Kacper nie przejawiał przez te wszystkie lata w stosunku do mnie żadnej agresji, był miły, potulny, kochał mnie i dalej kocha, natomiast po ślubie się zmienił i to nie tak, że od razu po, powiedzmy jakieś pół roku, rok. Zaczął być bardzo drażliwy, wszystko go wkurza, ma obsesję na punkcie tego, żeby go szanować. Nie da się z nim normalnie porozmawiać, chodzi z miną, jakby chciał kogoś zabić. Ciągle się chce ze mną kłócić o pierdoły, każdą rzecz uważa za zaczepkę. Zwolniono go z pracy, bo kłócił się z szefem, wyzywał go. Do mnie potrafił zadzwonić, jak był w pracy i mówić, że zaraz nie wytrzyma i kogoś uderzy, że aż się cały trzęsie. Bardzo łatwo i szybko się denerwuje i traci cierpliwość, raz mnie już nawet poszarpał, bo poszłam spać do córki po kolejnej kłótni i nie chciałam z nim rozmawiać, a on chciał mnie siłą do tego zmusić.
Nie wiem, co mam robić, ze wspaniałego faceta z poczuciem humoru, roześmianego, zmienił się w obcą mi osobę. Zawsze go chwaliłam i podziwiałam, że mimo że pochodzi z rodziny z taką przeszłością, jest taki wspaniały. Jestem załamana i mam wrażenie, że przestaję go kochać, czuję się oszukana, nie wiem, gdzie szukać pomocy, tłumaczę mu cały czas, że się zmienił, pytam, co się dzieje, a on przyjmuje do wiadomości, co mówię, przez dwa dni jest lepiej, a potem znów to samo, jakby miał pamięć złotej rybki. Z mojej strony nic się nie zmieniło, zastanawiałam się nad tym bardzo często, mówi się, że wina leży po obu stronach, natomiast ja czuję się jak widz w teatrze, który ogląda swoje życie z boku.
Byliśmy bardzo blisko, to była prawdziwa miłość. Spędzaliśmy czas razem, mamy wspólne hobby, które nas połączyło, nigdy się razem nie nudziliśmy. Nie ma mowy o kochance i tego typu rzeczach. To jest tak niesamowita zmiana, że nie wierzę, że jest naturalna, patrzę w jego oczy, na jego wyraz twarzy i to nie on. Nie poznaję mężczyzny, którego kocham od lat.
Dodaj anonimowe wyznanie