#30Ub0

Z Beatą poznałyśmy się w przedszkolu. Zaprzyjaźniłyśmy się przy zupie mlecznej i była jak siostra. Przedszkole razem, szkoła razem, liceum i internat razem.Gdy byłyśmy w szkole średniej, u mamy B: nowotwór. Choroba postępowała szybko, nieoperacyjny, zmarła w ciągu może trzech miesięcy od diagnozy. Mieszkałyśmy w internacie, ale kiedy jej mama chorowała, B wróciła do domu. 


Mogę sobie tylko wyobrazić, co przeżyła patrząc jak mama umiera. Na pogrzebie byłam z rodzicami, tata B po śmierci żony zupełnie się załamał, na silnych lekach uspokajających, w ogóle nie był w stanie się pojawić. Potem wakacje i na dwa miesiące wróciłam do domu. Cały czas spędzałyśmy z B, moja mama codziennie gotowała dodatkowe dwa obiady i pakowała w słoiki by B zaniosła jedzenie ojcu. B wtedy już pracowała i zajmowała się domem, bo jej tata wciąż był pogrążony w żalu. Pewnego dnia było lepiej, tata B wstał rano, zrobił śniadanie nim B wyszła do pracy i dał jej pieniądze na kino. 


Namawiał żeby nocowała u nas. B wróciła do domu następnego dnia po pracy by odkryć, że jej ojciec strzelił sobie w głowę. To wstrząsnęło B (bo jakby miało nie). Musiał to planować, skoro zadbał, żeby nie było jej w domu, szkoda, że nie zadbał by ktoś inny go znalazł. Jak dla mnie mógł zabić się w miejscu publicznym, a nie narażać córkę. Po tym B bardzo się zmieniła. Zajęła się nią ciotka, która sprowadziła się z jakiejś wsi. "Zajęła się" na papierze, tak naprawdę mieszkała w domu B i jako prawny opiekun dysponowała jej finansami (dzięki rodzicom tych B miała sporo, choć wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy, ile tak naprawdę). Ja skończyłam szkołę i wróciłam do domu, spotkałam chłopaka i szybko wyszłam za mąż. B była często u mnie i u moich rodziców. 


Gdy byłam w zagrożonej ciąży, a mama spadła z krzesła wieszając firanki i złamała biodro, to B się nią zajęła, bo tata zmarł kilka miesięcy wcześniej. Studiowała zaocznie, spod ziemi zdobywała witaminy dla ciężarnych, załatwiła poród w dobrym szpitalu... zajęła się wszystkim. Do siebie nie dopuszczała nikogo. Rozmawiała z nami o nas, o sobie nie. Zmieniała temat. Jednocześnie widać było, że w jakiś sposób nas potrzebuje. Na dystans, na swoich warunkach. Raz powiedziała że "nie ma nic do dania" i od nas tylko bierze: energię, uczucia, życie w ogóle. 


Mój mąż wdał się w wódkę, hazard. Straciliśmy wszystko razem z domem mamy. B chciała pomóc, ale nie mogłam wziąć od niej pieniędzy. W trakcie rozwodu, dwoje dzieci. Skraj bankructwa. I cud, mama wygrała w lotto. Spora suma, stanęliśmy na nogi. Miesiąc temu B się zabiła. Zapisała mi wszystko. Żadnej wygranej nie było, to też ona. Była najcudowniejszą osobą na świecie, której nie umiałam pomóc. Nieważne, że nie chciała, mogłam więcej. Nie wiem, jak z tym żyć.
Tęsknię za tobą, B.

#NqN1q

Chciałem wam opowiedzieć historię mojego taty. Tata będąc mały stracił w wypadku nogę, więc już od małego nosi protezę. Jako że mieszkamy w małej miejscowości, to raczej większość o tym wie i przez długi czas będąc mniejszym słuchałem tekstów typu "bo twój stary nie ma nogi". Teksty te podgrzewały we mnie krew i bolały, ale to tata mimo kalectwa nauczył mnie jeździć na rowerze, grać w piłkę, zawsze mi pomagał.

Około 2 lata temu byłem z nim na łyżwach, widziałem chłopaka, który zawsze docinał mi głupimi tekstami na temat niepełnosprawności taty. Najmilszy moment to gdy ten chłopak nie umiejąc jeździć ciągle się wywracał, a tata śmigał jak opętany po lodzie :)
 
Jeśli ktoś jest niepełnosprawny, to nie znaczy, że jest gorszy, on umie tyle co my, nawet więcej niejednokrotnie. Niestety nasze państwo nie szanuje tych ludzi, gdyż refundacja protez to zaledwie kropla w morzu pieniędzy jakich trzeba. W tajemnicy przed nim odkładałem pieniądze z wakacyjnych prac i chcę spełnić jego marzenie o porządnej protezie. Mam nadzieję, że uda mi się jak najszybciej uzbierać tę kwotę, trzymajcie kciuki.

#Ca4j4

Tuż po studiach z braku lepszej opcji i z wizją głodowania w tle, postanowiłem, że zatrudnię się w pewnym korpo. Robota nudna, a zarobki marne, więc po około roku zwolniłem się. Obiecałem sobie, że następna praca będzie lepsza. No i tak zaczęły się moje frustrujące poszukiwania.

Moje CV dupy nie urywało. Co prawda studia na dobrej uczelni skończone, ale kogo to teraz obchodzi. Jedynymi atutami było moje doświadczenie z poprzedniej pracy, języki obce i znajomość trudnego programu graficznego. Kolejne rozmowy nie przynosiły efektów - nie jestem ani jakimś mrukiem, ani walniętym śmieszkiem, więc wnioskowałem, że problem tkwi w moim dosyć ubogim doświadczeniu. Stwierdziłem, że czas na uczciwość już się skończył i nakłamałem w CV. Powrzucałem jakieś zagraniczne staże studenckie, staż w firmie o podobnym profilu itd.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. HR zachwycone moimi "nowymi" doświadczeniami i nazwami znanych firm, zapraszały na nowe rozmowy. Jedną rozmowę miałem w firmie X. Najśmieszniejsze jest to, że miesiąc wcześniej aplikowałem na takie samo stanowisko w innym dziale z moim starym prawdziwym CV (oczywiście nie zadzwonili). Na spotkaniu kazali rozwiązać test z programu graficznego i potem zaczęły się pytania. Najpierw próbowaliśmy pogadać o mnie po angielsku. Piszę próbowaliśmy, bo babka mówiła na poziomie max B1, także nie była to głęboka rozmowa. Później, kobieta popatrzyła w CV i zawiesiła oko na "moim" stażu zagranicznym, pytała co tam robiłem. Jakoś głupio było mi przesadnie kłamać w żywe oczy, więc rzuciłem paroma frazesami, że robiłem raporty, praca biurowa itd. Czyli co do zasady, rzeczy, które w mojej potencjalnej pracy nie miały znaczenia. Ona jednak była zachwycona. Potem pytała o moje inne fejkowe doświadczenia, a na koniec dosyć pobieżnie o poprzednią pracę, która w około 70% pokrywa się z tą nową i studia, które są związane z profilem ich firmy.

Tydzień później zadzwonili i zaoferowali posadę. Oczywiście przyjąłem. Cieszyłem się, że w końcu będę mógł użyć moich umiejętności graficznych i języka. Trafiłem do pewnego zespołu i co się okazało... że nikt tam nie miał pojęcia o wykonywanej pracy. Owszem, mogli się pochwalić erasmusami i stażami w wielkich firmach, ale wiedzy nie mieli żadnej.

Jaka jest pointa... no nie wiem, chyba, że opłaca się kłamać w CV, bo to co faktycznie umiesz i tak nie ma dla nich znaczenia. Liczą się tylko firmy z wielkimi nazwami i bezsensowne staże, które się tam odbyło.

#oPHdr

Jestem kierowniczką w markecie, awansowałam po 2 latach pracy. Dziewczynom z pracy mówiłam od początku że skończyłam zawodówkę, ale raczej starałam się nie poruszać tematu wykształcenia. Tak naprawdę mam wyższe, kilka lat byłam nauczycielką. 


Rzuciłam tę pracę, bo zarobki początkującego nauczyciela są śmieszne, do tego ciężko było mi się dogadać z dyrekcją, a rodzice to kilka historii na piekielnych. Wstyd mi było jak cholera, że po studiach siedzę na kasie albo wykładam towar, ale jakoś to przełknęłam, do tego market za miastem, nikt mnie tu nie znał. 


Nawet polubiłam tę robotę, szefostwo okazało się w porządku, klienci głownie też, pracowałam 8h i wracałam do domu mając spokojną głowę. Niestety nadal nie mogę się przemóc, żeby powiedzieć współpracownikom prawdę o swoim wykształceniu.

#shUsY

Mąż wybaczył mi zdradę. Miało to miejsce 10 lat temu. Dopiero niedawno powiedział mi czemu mi wybaczył: ponieważ mnie kochał oraz nie był ze mną dla siebie, tylko dla mnie. Jakby mi nie wybaczył to byłby pustym egoistą, a on miłość traktuje poważnie, odwzajemnioną czy nie. Fakt, przez ostatnie lata bardzo się starał dla mnie, że aż momentami mi głupio. Na dobrego mężczyznę trafiłam, ale i tak czuję się jak pusta suka.

#fbNek

Jestem z moim chłopakiem od roku i atmosfera w naszej sypialni lekko przygasła, więc postanowiłam to zmienić. Korzystając z faktu, że mój chłopak ma wolne, zwolniłam się szybciej z pracy i wparowałam do jego mieszkania ubrana tylko i wyłącznie w płaszcz, który na wejściu zrzuciłam.

Mój chłopak był tak oszołomiony, że nie zdążył mnie powiadomić o wizycie rodziców, którzy sekundę później pojawili się w przedpokoju, widząc mnie dokładnie taką, jaką mnie Bóg stworzył.

PS Jego matka stwierdziła, że jestem ladacznicą, a ojciec, że mam fajne cycki.

#S7w9R

Uwaga oto przedstawiam wam kolejne wyznanie o dresach :D A właściwie o jednym dresie i gołębiach.

Na początek powiem, że gdybym powiedział że nie lubię gołębi to było by tak jak by powiedzieć że woda jest trochę mokra. Nienawidzę tych latających skur*nów. I mam swoje powody. Na mojej pierwszej komunii jeden z nich mnie obsrał. Raz jeden usiadł mi na bucie i również postanowił sobie "ulżyć". I wiele innych sytuacji. Tak więc staram się trzymać je na dystans.

Przechodząc do właściwej historii.
Pewnego niezbyt pięknego dnia, czekałem na przystanku z moją kuzynką. Obok nas stał sobie taki typowy dres karmiący gołębie bułką. Wydał mi się dziwny jedną bułkę jadł sam a całą drugą oddał im.

W pewnym momencie kilka z nich podeszło do mnie. Ja jak to mam w zwyczaju odgoniłem je nogą (nie jakoś brutalnie). I wróciłem do rozmowy z siostrą. W pewnym momencie słyszę jak ktoś mówi -WPI*DOL CHCESZ!?

Byłem zdezorientowany. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że pan gołębiarz stoi obok mnie. Zapytałem więc:
Ja: Za co?
Gołębiarz: Za kopanie gołąbka! Nie kop gołąbka! Gołąbek nic ci nie zrobił!!!

Ostatecznie uspokoiłem go, i wytłumaczyłem że nie kopnąłem "gołąbka" XD Na moje szczęście autobus przyjechał. A moja siostra i ja do dziś mamy beke z tekstu "nie kop gołąbka".

PS. Szanuje gościa za stawanie w obronie tych zwierząt. Ale mógł to załatwić pokojowo ;p

#nZzJg

Działo się to w czasach gimnazjum, podczas lekcji matematyki z moją wychowawczynią. Bohaterzy tej historyjki to: nie do końca rozgarnięty kolega (X), również nie lepszy kolega (Y), moja wychowawczyni (W) i ja.

W gimnazjum większych problemów z matmą nie miałem, dlatego często "czaiłem bazę" po zrobieniu 1-3 zadań z danego działu. W związku z tym nie widziałem sensu w dalszym wypełnianiu zeszytu podobnymi zadaniami, dlatego po prostu siedziałem i się nudziłem.
Siedząc na jednej lekcji w ramach zabicia czasu robiłem zadanie z angielskiego panu Y. Po ukończeniu zadania chciałem zwrócić książkę Y, który siedział w 3 rzędzie pod ścianą, ja natomiast siedziałem w 1 rzędzie pod oknem. Plan prosty: wystarczy rzucić książkę i po robocie. Jednak okazało się, że nie tak do końca... Rzuciłem książkę i gdy ta przelatywała nad środkowym rzędem, siedzący właśnie w nim pan X musiał sobie kichnąć, przez co się schylił i w tym momencie oberwał w kark przelatującym podręcznikiem. X szybko się wyprostował i chwytając za kark powiedział:
- O kurna! Ale mi jebło w karku jak kichnąłem!

W tym momencie wszyscy którzy to widzieli wybuchnęli śmiechem, a pani W obserwująca wydarzenie z tyłu sali podeszła do X i powiedziała mu, że może by używał innych słów.
Wtedy X jeszcze bardziej zaskoczony widząc leżący obok niego podręcznik i stojącą nad nim W krzyczy:
- A to pani mi tak jebnęła tą książką?

Po tym zdaniu cała klasa dusiła się ze śmiechu przez następne 10 minut.

#qHFbF

Nie rozumiem tej mody, która przyszła z zachodu aby laski obejrzały na wieczorze panieńskim gołego faceta, albo żeby na kawalerskim striptizerka wymachiwała cyckami.
Nawet poszukałem jak wyglądają występy striptizera: panowie ładnie macają panie, w zamian panie też mogą podotykać to co najbardziej lubią:

https://www.youtube.com/watch?v=XqghMvhbEj8
Ze striptizerką można sobie na mniej pozwolić, chociaż one mają moralność wielkości ziarenka groszku nie ze względu na to, że się rozbierają tylko tajemnicą poliszynela jest to, że nagle faceci słabną po drinkach proponowanych przez striptizerki, a karta kredytowa nagle jest taka pusta...

Ale do rzeczy: po co przyszłej panie młodej macający striptizer na wieczorze panieńskim, którego można złapać za cohones?
"Pożegnanie się z wolnością", ale że co: z facetem/kobietą byliście/byłyście dopiero kilka miesięcy i bierzecie ślub?
Już bardziej zrozumiałbym striptizera/striptizerkę na 18 urodziny.

Zacząłem przeglądać te wszystkie oferty panieńskich i jest nowość: akt nagiego modela.

Do klubów go-go w życiu nie zajrzę po tych nagłośnionych aferach, ale raz na wieczorze kawalerskim była striptizerka. Zamówiona Azjatka aby było bardziej egzotycznie. Ale to jest jak lizanie loda przez szybę i miałem wrażenie, że bardziej w tym chodzi o to, że za kasę ma się kontrolę nad drugim człowiekiem niż o samą erotykę, zwłaszcza kiedy to przecież nie jest pierwszy raz kiedy widzi się gołą kobietę. Za czasów studenckich zdarzało mi grać z koleżankami w rozbieranego pokera i to już było bardziej emocjonujące i podniecające (płeć przeciwna zdejmowała ubranie ;).

PS Nie mówię już o amerykańskich wieczorach, bo tam już są orgie...
Dodaj anonimowe wyznanie