Dobiegłem w miejskim maratonie jako ostatni, chociaż od początku byłem faworytem typowanym do pierwszej trójki z ponad 170 uczestników.
Stało się tak, bo jedna z biegaczek skręciła kostkę i musiałem ją nieść przez całą trasę.
Przegrałem maraton, ale wygrałem żonę :)
Gdy miałam 10 lat, mieszkałam na wsi, praktycznie 70% wsi to była moja rodzina. Mój tato to wojskowy, pułkownik batalionu saperów, a mój wujek to stary górnik (oni obydwaj + głupie pomysły = wybuchowa mieszanka, dosłownie).
Wiadomo, jak to na wsi, szopy, obejścia i tym podobne. Moja babcia, starsza kobitka, pożaliła się, a zarazem darła się na wyżej wymienionych, że dwóch chłopów w domu, a z wielkim pniem jest problem, aby się go pozbyć zza szopy. Tak więc mój drogi tatuś wraz z wujkiem wpadli na pomysł: po co wykopywać, można wysadzić pień! A że obydwoje dużo związanego mieli ze środkami wybuchowymi, postanowili tak zrobić.
Tatuś, jako że saper, przyniósł lont i zapłon, wujek, jako że górnik, wziął saletrę i ćwiartkę laski dynamitu. Zaczęli robić swój eksperyment, poszli do babci, poprosili o garnek, a że babcia nie wiedziała po co, dała im nowiuśki garnek, który kupiła do pędzenia bimberku... Dwaj geniusze zapakowali saletrę, dynamit, lont do garnka, zrobili podkop pod owym pniem tuż za szopą, sami się schowali i kazali się wszystkim schować. My jako dzieciaki z bratem i kuzynami schowaliśmy się w domu na piętrze z widokiem na szopę, no a wujek z tatusiem poszli za dom. Chichy śmichy, wszystko pięknie, zapłon poszedł. Jak nie hukło... Siwo, kurz, popiół, garnek w górę, pół szopy w drobny mak, w kuchni poszły szyby, a babcia wylatuje z domu krzycząc "Wy skurczysyny, mój nowiuśki garnek!" :D
Dziś w nocy miałam upiorny sen, w którym mój brat Adam miał wypadek samochodowy. Urwało mu obie nogi, zmasakrowało większość ciała, a przy życiu utrzymywała go jedynie specjalna maszyna. Przez większość snu bardzo płakałam i co chwilę dzwonił do mnie lekarz, aby poinformować mnie o pogarszającym się stanie brata. W końcu, po długiej walce o życie, Adam zmarł, a ja obudziłam się z krzykiem. Jeszcze otumaniona koszmarem, nie do końca przytomna, zerwałam się z łóżka i pobiegłam do jego pokoju, aby przytulić go mocno i uspokoić się, że wszystko z nim OK. Wpadłam z impetem do jego sypialni i… zastałam go walącego konia do jakiegoś filmu dla dorosłych oglądanego na komórce. „Kur#a!” - wrzasnął – „Ale mogłabyś zapukać, głupia krowo!”.
W ten sposób, w krótkim czasie, nabawiłam się dwóch traum, które prawdopodobnie nie opuszczą już mnie aż do śmierci.
Myślałam, że dość ciężko jest mnie czymś zdziwić. Ja wiem, to anonimowe, tu wszystko może się zdarzyć... ale najbardziej zaskoczona byłam, gdy moja koleżanka uwierzyła, że te pasy na autostradach itp., powodujące charakterystyczne buczenie w samochodzie, są dla niewidomych kierowców...
Niedawno odwiedziła nas pracownica SS (Social Service) tj. opieki społecznej w UK.
Kobiety z przedszkola zaraportowały, że córka jest wyraźnie chudsza od pozostałych (ważne: angielskich) rówieśników i często podkrada innym dzieciom jedzenie (tosty z dżemem i inne słodkie, niezdrowe, angielskie jedzenie).
My wiedząc o ichnich nawykach żywieniowych dawaliśmy córce własne jedzenie, w tym owoce i soki, ale córa jak to dzieciaki, pewnie chciała jeść z innymi, i to co oni, często mega słodkie/słone itp.
SS przyszła, zobaczyła zdrowe, uśmiechnięte dziecię i stwierdziła, że z młodą jest wsio okej, a sprawa według jej oceny do umorzenia.
A skąd zarzuty, że córa za chuda?
Zgodnie ze słowami Pani z SS: to angielskie dzieciaki są za grube od fish and chipsów itp. śmieciowego jedzenia; stąd różnice w posturze.
Jestem wysoko funkcjonują alkoholiczką (HFA).
Mam 27 lat, skończone niezłe studia i dobrą pracę. Jestem w związku z mężczyzną, jest nam razem dobrze. Nie mam żadnych większych problemów. Sama nie wiem kiedy z jednego, wieczornego kieliszka wina zrobiła się jedna butelka. A w weekend czasem dwie, trzy. Na początku nie widziałam żadnego problemu, traktowałam to jak chwilę dla siebie, sposób na odprężenie się po ciężkim dniu w pracy. Nie upijałam się do nieprzytomności, nie leżałam nawalona na ławce przed blokiem. Nigdy też nie urwał mi się film. Bliscy też nie widzieli (niektórzy nadal nie widzą), że mam problem. Ja sama nawet go nie widziałam, przecież chodzę do pracy, dbam o dom, o siebie, o mojego narzeczonego... A zresztą dobre wino to nie alkohol.
Każdego dnia musiałam się napić. Następnego dnia oprócz delikatnego kaca dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że znowu sięgnęłam do butelki. Narzeczony zaczął się denerwować, często się kłóciliśmy. Mówił mi wprost, że mam problem. Wieczorny kieliszek był dla mnie ważniejszy. W końcu zagroził, że się wyprowadzi.
Po kolejnej kłótni i moich łzach zdecydowałam się na terapię. Chcę zawalczyć o siebie, o swoje życie i mój związek.
Dziś mija miesiąc, odkąd nie piję. Tak chciałam to z siebie wyrzucić. Trzymajcie kciuki :)
Dzisiaj kolega mojego brata (który jest sporo młodszy ode mnie, ale bardzo mu się podobam), powiedział mi, że jedyną rzeczą, jaką by chciał we mnie zmienić, jest moje nazwisko.
Pomyślałam, że to słodkie i gdy mój chłopak wrócił do domu, to go zapytałam, co by chciał we mnie zmienić (liczyłam na podobne, równie romantyczne wyznanie). Odpowiedział, że... kształt nosa.
Mam dwoje dzieci, mąż bardzo chce trzecie. Ja nie. Są z tego powodu awantury, potem ciche dni.
Dlaczego nie chcę kolejnego dziecka? Bo chciałabym je mieć z nim. Z moim bezpłodnym mężem, a nie z jego młodszym bratem, który jest już ojcem tej dwójki. Nie chcę po raz kolejny robić tego z moim szwagrem tylko dlatego, że mój mąż pragnie dziecka, którego nie jest w stanie mi, brzydko mówiąc, zrobić, ale wymaga, żeby było "z jego krwi"...
Tak, dobrze czytacie. Mój mąż o tym doskonale wie, ba, to on wpadł na ten szatański plan i przekonał do niego mnie i swojego brata.
Tylko że ja mam już dość.
Tym bardziej że szwagier jest od niedawna żonaty, choć nie przeszkadza mu to w pełni popierać kolejnego pomysłu brata...
Żałuję, że się zgodziłam za pierwszym razem. Za drugim też. Zrobiłam to z miłości do męża, bo widziałam, jak bardzo pragnie dziecka. Ale też z własnego zwykłego egoizmu...
Moje życie to szambo...
Boli mnie podejście płci pięknej do zagadnień finansowych w związku. Pokłóciliśmy się o pieniądze, których ona nie chce mi oddać. Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Moja była to córeczka tatusia, pomimo że pracuje w sklepie z butami za minimalną krajową, życie prowadzi jakby zarabiała co najmniej dwa razy tyle. Wszystko było dobrze, dopóki tatuś sypał hajsem, ale kiedy pandemia wykończyła mu biznes, siłą rzeczy musiał przestać, bieda zajrzała mu w oczy i sam teraz ledwo ciągnie. Zamiast współczuć staruszkowi, zaczęła mieć do niego pretensje i to był dla mnie pierwszy sygnał ostrzegawczy.
Połowa miesiąca mija, a moja była laska już nie miała pieniędzy nawet na chleb. Pomyślałem sobie – no dobra, kij, nauczy się i przywyknie w kolejnym miesiącu. Jedliśmy za moje, pożyczyłem jej jeszcze 700 zł na jej babskie rzeczy, i przyszedł drugi miesiąc, gdzie było to samo. Znów żyliśmy za moje i nie dość, że mi hajsu nie oddała, to pożyczyła kolejne 700 zł. Znamy się rok, pół ze sobą mieszkamy i zakomunikowałem jej, że związek związkiem, ale ma się ogarnąć i zacząć żyć jak przystało na minimalną krajową, bo nie jesteśmy w małżeństwie, a ja nie mam napisane na czole bankomat. Rypła focha, mieliśmy kilka cichych dni i jakoś to życie wracało do normy.
Pewnego pięknego słonecznego poranka wyciągam ze skrzynki rozliczenie za wodę. 1800 zł niedopłaty. Wyszło jej kąpanie się dwa razy po 30 minut w ciągu dnia we wrzątku. Powiedziałem jej, że niech będzie, że dzielimy na połowę i odejmuje sobie od mojej części jej dług dla mnie. I jeb, kłótnia, gdzie już chciałem się wyprowadzać, później druga, gdzie już się wyprowadziłem. Poczułem się tak, jakby moim obowiązkiem było jej utrzymanie. Związku, który istnieje od około roku. Może są faceci którzy sobie pozwalają, ale ja nie jestem jeleniem, żeby dawać się naciągać lasce na hajs. Nie mogę ogarnąć sposobu w jaki na mnie patrzyła i jak mi próbowała grać na męskim ego. Zarzuciła, że zostawiam ją z długiem, którego nie ma jak zapłacić i poleciały do mnie słowa powszechnie uznane na obelżywe i wulgarne. Nie poznałem dziewczyny. Zagotowałem się, kiedy znajomi zaczęli mi mówić, że rozpowiada, że jestem złotówą i takie inne.
Nie ogarniam jak można być tak pozbawionym wstydu i honoru jak ona, żeby robić facetowi jazdy, bo nie chciał jej utrzymywać, jednocześnie być za równouprawnieniem. A jeszcze bardziej rozwalają mnie jej koleżaneczki, które by mi oczy wydrapały, no bo jak to? Jakim prawem nie chcę dawać jej swoich pieniędzy? XD Zapalił mi się poważny error w głowie. Po tym co odwaliła i odwala mam nadzieję, że będzie tak głupia i nabierze providentów na życie i na zadłużenie ze wspólnoty. Później bociana, żeby spłacić providenta, a później vivusa, żeby spłacić bociana, a później to już z górki i windykator zrobi puk, puk…
Obserwuję syna, jak śmiga na rowerze i powraca moje najgorsze, najbardziej skrywane i najobrzydliwsze wspomnienie...
30 lat temu, tak jak on teraz byłam dziewięcioletnim dzieckiem. Razem z rok młodszym bratem całe lato spędzaliśmy poza domem - w lesie na jagodach, na placu zabaw, moczyliśmy się w strumyku, zbierało się puszki żeby było parę groszy na lody. Zawsze sami - matka była zajęta na zmianę "układaniem sobie życia" z którymś nowo poznanym fagasem lub opijaniem kolejnego rozstania z koleżanką.
Tego dnia bawiliśmy się nad strumykiem, ja w kostiumie kąpielowym, brat w samych majtkach. Na mostku obok nas zatrzymał się facet na rowerze - pamiętam jak dziś, że miał ciemne włosy, wąsy, był wysoki i szczupły. Wypytał gdzie mieszkamy, jak mamy na imię, ile mamy lat. Pamiętam jak włożył dłoń pod dół mojego kostiumu, dotknął mnie "tam" i stwierdził "No, ty rzeczywiście jeszcze mała jesteś". Potem kazał bratu zejść z nim pod ten je@$ny mostek, ja miałam poczekać. Chciałam uciekać, ale bałam się zostawić brata, nie miałam pojęcia co robić. Niedaleko były domy, a ja stałam jak sparaliżowana zamiast krzyczeć o pomoc. Kiedy wrócili spod tego mostku brat był blady, ale spokojny, nie płakał ani nic. Pamiętam, że facet odczepił się od nas dopiero kiedy nadjechał ktoś z naszej wioski i zapytał go czego od nas chce.
Miałam tylko 9 lat. Nie wiedziałam z kim mamy do czynienia, co to jest seks, penisa widziałam raz jak dziadek zapomniał zamknąć drzwi do łazienki. Nikt nas nie nauczył żeby nie rozmawiać z obcymi, żeby w razie potrzeby wołać o pomoc, jakie są granice, których dorosły nie może względem dziecka przekroczyć. Nigdy nie słyszałam słowa PEDOFIL. Brat ma się dobrze, ożenił się, ma dzieci. Może gnój nie zdążył go skrzywdzić, to moje jedyne pocieszenie. Nie zapytam go nigdy o tamten dzień. Mam nadzieję że chociaż jemu udało się wyprzeć to wspomnienie z pamięci, mnie będzie męczyło już zawsze. A może spoglądając na swoje dzieci, jak powoli stają się samodzielne, oboje mamy przed oczami twarz tamtego mężczyzny..
Dodaj anonimowe wyznanie