#xOonM
Wyobraźcie sobie teraz, że w środku nocy stoi na warcie dwoje uczestników - jesteśmy w lesie, więc mają na sobie obowiązkowe "moro". Nagle do bramy głównej podchodzi kilku nieznanych nam mniej lub bardziej nastoletnich chłopców z pobliskiej wsi, niezwykle kulturalnie przekazując chęć wejścia na podobóz. Nie da się ich przekonać, że bez przepustki nie wejdą. Co robią wartownicy? Uruchamiają syrenę alarmową, błyskający kogut, do megafonu krzyczą "Ogłaszam alarm...". Przybiegają do nas i krzyczą "Towarzyszu, intruzi w komitywie! Towarzyszu, szpieg!". Tymczasem reszta dzieciaków, obudzona, wychodzi z namiotów na środek placu, każdy obowiązkowo w kaloszach (strój ochronny), a najstarszy stażem krzyczy "Obywatele i obywatelki, ogłaszam stan wyjątkowy..."
Panowie zrezygnowali z odwiedzin.
To niezłą masz fantazje.
W czasach PRL nigdy nie było czegoś takiego jak godzina policyjna, bo coś takiego jak policja nie istniało.
Podejrzewam, że Ci mniej lub bardziej nastoletni chłopcy nie kojarzą PRL.
Godzina policyjna? To w takim razie w Europie zapanował PRL.
Ja na wakacyjnych obozach najbardziej lubiłem chrzest i zlizywanie śmietany z kolana wychowawcy ;)) :) Do dziś czasem lubie kupić bitą śmietane i wpaść do wujka z prośbą żeby "użyczył" mi swojego kolana! :)
Ty to masz jednak łeb
Slaby troll