Parę lat temu poszedłem na rozmowę o pracę. Bardzo mi na niej zależało, więc wskoczyłem w nowy, niedawno zakupiony garnitur, odpicowałem się na prawdziwego Belmondo - gościa, którego urokowi osobistemu oprzeć się nie sposób. Nie mogło być mowy o wtopie. Zęby dokładnie umyte, włos nienagannie uczesany, koszula gładka niczym walcem przejechana... No, normalnie - książę z bajki.
Przyszedłem na spotkanie parę chwil wcześniej i skorzystałem z tych kilku minut zapasu, aby spuścić namiar płynu z pęcherza moczowego. Jako że zwykłem nosić spodnie z suwanym rozporkiem, trochę zajęło mi rozpięcie guzików w pantalonach od garnituru, ale luzik - czasu miałem zapas, więc zdążyłem jeszcze przejrzeć się w lustrze i upewnić, że ciągle wyglądam jak trzeba.
Pewnie zastanawiacie się czemu tak bardzo przykładałem się do mojego wizerunku przed tą rozmową. Cóż - od znajomych, którzy również aplikowali na to stanowisko, wiedziałem, że wywiad prowadzą trzy panie w średnim wieku. Dość surowe i bardzo zwracające uwagę na prezencję kandydatów.
I faktycznie - kiedy wszedłem do sali przy stole siedziały trzy babeczki, a przed nimi, w odległości jakichś trzech metrów stał stołek, na którym miałem zasiąść. Rozpiąłem sobie marynarkę i tak niby nonszalancko, na luzie, lekko rozluźniłem krawat. Rozsiadłem się niczym basza na swoim tronie.
Paniom chyba spodobał się mój luz, bo od razu wszystkie trzy uśmiechnęły się, jak na zawołanie. Rozmowa trwała chyba z 20 minut, a panie cały czas chichotały i zadawały jakieś takie dziwne pytania w stylu "czy lubi pan bajki?, "czy bywa pan dziecinny?", "jaki jest pana stosunek do filmów Disneya?". Odpowiadałem błyskotliwie, uroczo się uśmiechając, ale w głębi duszy zastanawiałem się co to ma wspólnego z pracą naczelnego operatora linii produkcyjnej... No, ale wypadłem chyba dobrze.
Rozmowa skończyła się i już miałem wychodzić z sali, gdy usłyszałem, jak panie szepczą między sobą.
- Powiesz mu?
- Nie, ty mu to powiedz...
Byłem już przy drzwiach.
- Proszę pana! - krzyknęła w końcu jedna.
- Słucham panią. - odrzekłem odwracając się z najbardziej efektownym, szarmanckim uśmiechem na gębie. Myślałem, że usłyszę, że wypadłem świetnie, że mam te robotę, że brawo ja i w ogóle miodzik. Ale nie...
- Ma pan rozpięty rozporek.
Patrzę na swoje krocze, a tam ostentacyjnie rozwarta dziura na wysokości mojego przyrodzenia. Mało tego - z tejże dziury spogląda sobie radośnie wielka, jebutna Różowa Pantera, której to wizerunek przyozdabiał moje bokserki.
Teraz już wiem skąd te śmieszki i pytania o bajki...
Nie, pracy nie dostałem, ale w moje urodziny listonosz przyniósł mi paczkę od nieznanego nadawcy. W środku znalazłem bokserki!
... ze świnką Peppą.
Bardzo, kur#a, śmieszne! Ale z drugiej strony - chyba mnie dobrze zapamiętały.;)
Mieszkam na południu Polski, w małej miejscowości. Od jakiegoś tygodnia warunki jak na Syberii. No może prócz temperatur, ale śniegu jest w pierony. Niemniej jednak taka pogoda jest niezłym sprawdzianem dla kierowców.
Miałem jechać w jedno miejsce, trasa jakieś 20 km, czas operacyjny, przy aktualnych warunkach na drogach, +/- 1 godzina. Więc w drogę.
5 kilometrów od domu, odcinek najpierw kawałek prostej, potem stromy zjazd i zakręt, prawie 90 stopni. Widzę sznurek samochodów. Myślę, pewnie coś się stało. Dojeżdżając praktycznie do samego końca prostej, przed samym zjazdem w dół, okazuje się, że wszystko w porządku na drodze. Kierowcy są ostrożni i dopóki jeden nie zjechał, drugi nie ruszał. Ale w tym całym tłumie znalazł się jeden, mistrz kierownicy.
Idiocie, bo na inne określenie nie zasługuje, nie chciało się grzecznie czekać. Więc rura swoim Q7 na lewy pas, omija sznurek i jedzie w dół. W pewnym momencie brakło mu jednak przyczepności i najpierw przygrzmocił w jadące z przeciwka auto, potem zrobił pełne 360 stopni na drodze i na koniec, ciągnięty tak siłą bezwładności władował się w jadący w tym samym kierunku, drugi samochód, będący na samym już zakręcie. Tego ostatniego uratowała bariera energochłonna, bo zaliczyłby 2-metrowy rów.
Efekt? 3 rozbite samochody, 4 osoby ranne, droga zablokowana na ładnych kilka godzin, sprawca wychodzi bez szwanku i uwaga, najlepsze, kompletnie nie poczuwa się do odpowiedzialności. A całą winę zwala na sznurek samochodów i to jadące z przeciwka, któremu władował się na pas.
Szkoda tylko, że przez takich imbecyli cierpią postronne osoby...
Chciałbym, żebyś wiedziała, że jesteś najgorszą osobą, jaką spotkałem w swoim życiu.
Nie zasługujesz na to, żeby być dziewczyną mojego przyjaciela.
Nabijasz się z jego ciała i ciągle mówisz, że wygląda jak trup.
Nie wiesz, że walczył z anoreksją. Byłem z nim cały czas i do dziś mam przed oczami widok jego wychudzonego ciała. Teraz jest o niebo lepiej.
I wierz mi, że ja kocham jego "kościsty tyłek", "patyczkowate nogi" i "wystające obrzydliwe żebra".
Przeszkadza Ci to, że on nosi bluzy, swetry, golfy. Nie wiesz, że ukrywa pod nimi blizny. Miał problem z samookaleczaniem. Nie powiedział Ci tego, bo boi się, że będziesz poniżała go jeszcze bardziej.
A ja kocham każdą jego bliznę i nie przeszkadzają mi te jego swetry, bluzy, golfy. Nawet w worku po ziemniakach będzie piękny.
Nabijasz się z jego włosów. Nie wiesz, że naprawdę są rude i dlatego je farbuje. Wstydzi się tego. Nie wiem, dlaczego. Naprawdę jest mu pięknie w rudym.
Twierdzisz, że ma "bagienne" oczy. Dla mnie są najpiękniejsze i mogę w nich utonąć.
Jesteś zła, bo nie pije na imprezach. Nie wiesz, że jego matką była alkoholiczką i on ma uraz do alkoholu. Nawet jego ojciec przy nim nie napije się piwa.
Jesteś zła, bo kocha pandy, a przecież "to takie dziecinne". Gdybym był na twoim miejscu, codziennie dawałbym mu w prezencie coś z pandami.
Denerwujesz się, że nie lubi wychodzić z domu. Taki po prostu jest. Gdybym był na twoim miejscu, siedziałbym z nim dzień i noc. Nie chciałbym zupełnie nic poza jego obecnością.
Nudzi Cię, gdy on zasypia na filmie. Robi to od dziecka. Zawsze wyłączam film i patrzę na niego. Jest lepszy niż jakikolwiek film.
Poniżasz go ciągle i masz mu za złe dosłownie wszystko. Mimo to, on nadal z tobą jest.
Nawet nie wiesz, jak bardzo Ci zazdroszczę. Kocham go od 10 lat i pewnie będę kochał go zawsze. Nigdy mu tego nie powiem, ale będę przy nim do końca.
Historia z dzieciństwa. Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat, ale tak około 6-7.
Był to czas, kiedy księża chodzą po kolędzie. Genialna ja stwierdziłam, że uzbieram troszkę pieniędzy i dam księdzu. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Uzbierałam 1,30 zł, tak po 5 i 10 groszy, same drobne. Przyszedł ksiądz, wszystko ładnie pięknie, już wychodził, a ja dumna podchodzę, wręczam mu te 1,30 zł i mówię: "Niech ksiądz kupi sobie lizaka".
Rodzina do dziś wypomina :)
Jestem samotną matką. Od ojca mojego dziecka odeszłam, kiedy maluch miał 2 miesiące. Okłamał mnie i zdradził z byłą dziewczyną.
Facet to chodząca porażka. Niestety, kiedy to do mnie dotarło, było już za późno. Alkoholik, DDA, nałogowy kłamca, nigdy nie dotrzymuje danego słowa, przez rok po rozstaniu znęcał się nade mną psychicznie, fatalny ojciec. W zasadzie chyba nie znam gorszego mężczyzny od niego. Wciąż sobie myślałam: znajdź wreszcie dziewczynę i daj mi spokój! Znalazł. I tu zaczyna się właściwa historia.
Pewnego dnia dostałam telefon od nieznajomego. Poprosił o spotkanie w sprawie mojej relacji z ojcem dziecka. Zgodziłam się. Spotkaliśmy się w towarzystwie adwokata. Paweł (imię zmienione oczywiście) zaproponował uregulowanie moich spraw pokrywając wszelkie koszta. Ale jak to? Dlaczego? Odpowiedź nie przyszła od razu. Paweł jak powiedział, tak też zrobił. Poświęcił się całkowicie moim sprawom, zbierając zeznania świadków, dowody, pisząc pisma, utrzymując ciągły kontakt z adwokatem. Dzwonił do mnie niemalże codziennie, mobilizując do działania oraz ponaglając. Widząc kosztorysy adwokata robiłam wielkie oczy wiedząc, że prędko by mnie na to stać nie było. Paweł jednak wciąż zapewniał mnie, że to on pokrywa wszelkie koszta. Zupełnie obcy mi mężczyzna wydal na mnie i na mojego syna kilka tysięcy złotych, wnosząc 6 różnych spraw do sądu.
Po czasie okazało się, że Paweł miał kiedyś narzeczoną, Anię. Był bardzo zakochany. Planował kupno domu, rozwój własnej firmy, założenie rodziny. Ania jest obecnie dziewczyną ojca mojego dziecka. Była w ciąży z Pawłem. Mój były zmusił ją do usunięcia ciąży. To dlatego Paweł mi pomaga, to jego zemsta.
PS Właśnie wygraliśmy pierwszą sprawę.
PS2 Nie, nie jestem z Pawłem.
Byłam na wieczornej mszy. Piękne kazanie, wszystko fajnie, okej, aż w końcu stało się. Zaswędziało mnie krocze.
Chciałam się dyskretnie podrapać i już moja ręka leżała na moim kroczu, gdy jakiś moher zaczął się drzeć na cały kościół, że się masturbuję.
Noż k*rwa :/
Sprawa sprzed kilku lat.
Moja już na szczęście była żona siedziała sobie przy kompie w gabinecie, w tym samym czasie ja przysnąłem na kanapie po całym dniu w pracy. W pewnym momencie ocknąłem się przestraszony, że zapomniałem o wizycie u dentysty i zaraz się spóźnię. Wparowałem do gabinetu po dokumenty. Moja eks siedziała i gawędziła z kimś przez telefon, na mój widok wstała i wyraźnie speszona wyszła - ja grzebiąc w szufladach biurka zerknąłem na monitor, a tam był pisany przez nią list do jej kochanka - sprawa jednoznaczna, nie było możliwości pomyłki.
Wychodząc z gabinetu podszedłem do niej mówiąc, że chyba zapomniała czegoś zamknąć na monitorze. Ta z przerażoną miną zaczęła mówić różne brednie, że to nie ona pisze, a podesłała jej koleżanka, potem jakieś inne wymysły, którym rzecz jasna nie dałem wiary, bo musiałbym być debilem. Wywiązała się kłótnia, podczas której eks zemdlała, próbowałem ją ocucić, lecz nie przynosiło to skutku. Wezwałem pogotowie, zanim dotarli trwało to ok. 15 min, a eks cały czas była nieprzytomna. Przyjechała karetka, lekarz szybko wziął się za badanie, po 20 sek. wstał i wziął mnie na bok pytając co się działo. Streściłem szybko całą akcję, po czym lekarz stwierdził "Bo wie pan, to omdlenie to mocno teatralne jest".
Wtedy mnie olśniło, że to nie był pierwszy raz, kiedy nie mając argumentów albo będąc na czymś przyłapaną udawała omdlenie...
PS Już po rozwodzie zaczęła opowiadać dzieciom, że ja ją wtedy pobiłem, dlatego zemdlała... Nie dość, że sucz sama rozwaliła małżeństwo, to jeszcze kłamstwa prawi na mój temat dzieciom. Na szczęście zawczasu zabezpieczyłem "materiał dowodowy", przyjedzie czas, że się dzieci dowiedzą.
Takich akcji miałem z nią więcej - może kiedyś napiszę o tym.
Przypomniała mi się pewna historia związana z okresem świąt Bożego Narodzenia. Od początku...
Moja babcia ma przyjaciółkę, Krysię. Ta pani była kiedyś związana z naszą rodziną, ponieważ jej córka wyszła za mąż za syna mojej babci. Rozstali się po kilku latach małżeństwa. Pani Krysia ma jednak bliską rodzinę. Czasami ją odwiedzali. Starszy syn i młodsza córka. Niestety, na ostatnie święta ani jedno, ani drugie nie zaprosiło do siebie matki.
Moi rodzice zawsze na święta gotują wszystko sami, sami robimy pierogi i zbieramy do nich grzyby. Moja babcia zabrała więc ze sobą przyjaciółkę na wigilię do naszego domu. Atmosfera była miła, do czasu kiedy pani Krysia nie zaczęła narzekać... i to z jakiego powodu... Barszcz był za ostry, pierogi mdłe, pani Krysia przyprawiłaby lepiej, tu za dużo soli, a tam za mało. Cały czas coś jej nie pasowało w jedzeniu. Kręciła nosem.
Byłam zaskoczona i zirytowana.
Moi rodzice kupili jej prezent, usiadła z nami do stołu, staraliśmy się.
Niestety, z bólem muszę stwierdzić, że chyba już wiem, czemu nawet jej własne dzieci nie zaprosiły jej na wigilię.
W ramach wstępu: od kilku lat jestem wegetarianinem.
Dzisiaj, podczas ostrej kłótni z moją siostrą, nagle uderzyła mnie... plasterkiem szynki. Nie wiem co chciała przez to osiągnąć, ale po tej akcji nastała cisza i szybko skończyliśmy kłótnię i zaczęliśmy się śmiać :)
Leże na podłodze i duszę się ze śmiechu. Mama nazwała mnie skurwysynem.
Dodaj anonimowe wyznanie