Kilka lat temu byłem ze znajomymi na ognisku w miejskim parku. Próbowałem pieczonych mięs, różnych sosów... w pewnym momencie poczułem, że w moim żołądku bulgocze i że czym prędzej muszę skorzystać z toalety. W parku nie było takiej opcji, a przynajmniej mi nie mieściło się to w głowie, dlatego na sztywnych nóżkach pobiegłem do domu.
Wszystkie lampki w głowie zapaliły mi się na czerwono, zwieracze zaciskałem ostatkiem sił. Minąłem plac zabaw dla dzieci. Na placu tym rosła dość rozłożysta wierzba płacząca. Zrozumiałem wtedy, że do domu jednak nie doniosę, więc co sił pobiegłem wypróżnić się pod tą wierzbą. Wbijam pod płaszcz gałęzi zapewniający anonimowość, kucając ściągam portki i majtki. Wypinam się, patrzę... a pod wierzbę ktoś kulturalnie zaciągnął ławeczkę i tuż przede mną na tej ławeczce leży jakaś panna, którą obłapia koleś, z którym chodziłem do podstawówki. Niestety, było już za późno... Zepsułem im atmosferę tamtego uniesienia.
Mało tego, tamta panna okazała się być siostrą mojego bliskiego kumpla, więc zaczęliśmy się częściej widywać. Na szczęście nigdy, ani na trzeźwo, ani po alkoholu, żadne nie wspomniało o tamtej sytuacji.
Mam 22 lata. Jestem młodym gejem, ze wschodniej Polski. Ukrywam się ze swoją orientacją, rodzina by nigdy tego nie zaakceptowała. Seks uprawiam zawsze w prezerwatywie. Wiedziałem, że chroni przed HIV i innymi chorobami przenoszonymi drogą płciową. Ale poznałem chłopaka. Spotkaliśmy się raz i tylko się całowaliśmy. I tyle.
Minęły ze 3-4 tygodnie i leżąc zacząłem odczuwać jakiś dziwny dyskomfort na szyi. Coś mnie uwierało, jakbym miał za mało miejsca żeby oddychać. Dotknąłem szyi i poczułem mocno powiększone węzły chłonne. Poszedłem do lekarza, kilka dni później, bo ogólnie czułem się dobrze, więc nie spieszyło mi się. Pan doktor bardzo gburowaty, chwilę myślał, myślał i zapytał czy jestem aktywny seksualnie. No ja, że tak. On coś pod nosem burknął i powiedział, ze muszę sobie oznaczyć przeciwciała na kilka chorób, była tam chlamydia, rzeżączka, HIV, ale też mononukleoza, toksoplazmoza, VDRL i inne. VDRL nie mówiło mi nic. Nie spodziewałem się, że jest to badanie na kiłę. Poszedłem. Pobrali mi krew. 2 dni później sms, że wyniki na koncie pacjenta do odbioru. Loguje się, wszystko ujemne, tylko VDRL prawie 4 tys. Nie lubiąc czytać w internecie i się nakręcać poczekałem na wizytę, idę znowu do tego lekarza, a on, że mam kiłę.
Ja w szoku. Totalnym. On mi zaczął tłumaczyć. Rozmawiać ze mną. Powiedział, że kiła jest bardzo zakaźna. Że wystarczy pocałunek do zakażenia i że prezerwatywa przed kiłą chroni tylko częściowo. Poinformował mnie, że muszę się poddać leczeniu, że jest obowiązek. Dał skierowanie na kolejne badania i kazał wrócić. Bardzo się martwiłem i wstydziłem. Nie chciałem tej informacji dopuszczać do siebie. Zrobiłem badania, to już były szczegółowe poziomy przeciwciał. Wróciłem do doktora i się rozpłakałem przed nim. Dorosły facet, 22 lata, radzę sobie w życiu, od podstawówki nie płakałem i siedzę w gabinecie lekarza rodzinnego i mu płaczę. Ale, i tu mu za to dziękuję, on bardzo do mnie dobrze podszedł. Wytłumaczył żebym się uspokoił, że kiła jest uleczalna w 100%. Że leczenie jest proste i nikt się nie dowie. Że muszę tylko go posłuchać i zażywać tabletki.
Uspokoił mnie. Spędziłem u niego godzinę wtedy rozmawiając z nim. Bardzo mi szczegółowo wytłumaczył chorobę. Dostałem antybiotyk, 15 dni doksycykliny rano i wieczorem. Wydawało mi się mało na chorobę, która kiedyś mordowała ludzi, ale doktor tłumaczył, że ten antybiotyk cechuje się ponad 99% skutecznością. Przyjąłem tabletki. Po miesiącu i po 3 powtórzyłem badania. Przez cały ten czas z nikim się nie spotykałem. Wróciłem z wynikami. Doktor zadowolony. Powiedział, że spadki bardzo duże, a VDRL nawet się wyzerował. Nie spodziewałem się, że leczenie będzie rzeczywiście tak proste.
Mimo wyleczenia bardzo się dalej tego wstydzę, boje się przed kimkolwiek przyznać, boje się z kimś spotkać. Nie mogę sobie z tym poradzić.
Znalazłam kiedyś swojego sobowtóra. No, prawie.
Pewnego jakże pięknego, lecz mało słonecznego dnia, na zajęciach dodatkowych z chemii, którą uwielbiam, ujrzałam dziewczynkę. Rok młodsza, jak wszyscy na tych zajęciach (ja jako jedyna jestem z drugiej klasy, bo robię za prawą rękę pani). Włosy w takim samym kolorze blondu wpadającego w brąz, długości podobnej, z przedziałkiem w tym samym miejscu, okulary w podobnej barwie, tyle że z innymi końcówkami uszek, buzia podobna, też lubi chemię... Wzięli nas po prostu za siostry!
Co lepsze, nawet imię miała takie same.
Jednak najlepszy był mój przyjaciel. Po usłyszeniu tej informacji, gdy tylko ją spotkaliśmy (dziesięć minut później), podszedł, obejrzał, porównał i na koniec poklepał ją po głowie ze słowami:
- Może i bardzo do ciebie podobna, ale ładniejsza.
To wyznanie jest na tyle anonimowe, na ile pamięta je moja klasa, nauczycielka i ci, którym zostało to opowiedziane. Historia sprzed ponad 20 lat.
Miałam jakieś 7 lat, chyba 1 klasa podstawowa. Zawsze byłam uczona, żeby nie przerywać gdy ktoś mówi i szanować nauczycieli. Tak więc gdy nasza nauczycielka tłumaczyła coś zawzięcie bez żadnej pauzy, tak ja czekałam, czekałam i czekałam, żeby jej nie przerywać i nie być niegrzeczną. Strasznie chciało mi się siku, więc czekałam z podniesieniem ręki, aż zrobi chociaż malutką pauzę, żebym mogła zapytać o wyjście do łazienki. Kolega z ławki przekonywał, żebym się zgłosiła, ale ja uparcie mówiłam, że zaczekam, chociaż ledwo się trzymałam. No i nie wytrzymałam. Zesikałam się tak jak siedziałam, w klasie, na krześle. Nie tak całkiem od razu, ale jak popuściłam, to się popłakałam i gdy nauczycielka zapytała co się stało, to przez łzy wyznałam, że popuściłam. A skoro już się wydało, to uznałam, że nie warto się powstrzymywać i cały pęcherz z ogromną ulgą opróżniłam tak jak siedziałam. Zasmarkana, zapłakana i obsikana. Nauczycielka kazała wszystkim się spakować i iść na kolejną lekcję, a do mnie zawołała moją starszą siostrę, aby zaprowadziła obszczańca do domu. Pani sprzątająca raczej nie była pod wrażeniem, ale wstydu następnego dnia nie pamiętam, więc nie było mi chyba aż tak źle. A może wyparłam to z pamięci, kto wie. Jednak bycie grzecznym nie zawsze popłaca!
Witajcie! Nie jest to wyznanie czysto anonimowe, bardziej ku pokrzepieniu babskich serc. Może dzięki temu niejedna zakompleksiona kobieta poczuje się lepiej, że nie jest z tym problemem sama.
Otóż istnieje coś takiego jak hirsutyzm, jest to nadmierne owłosienie typu męskiego występujące u kobiet. Dla niejednej kobiety jest to niesamowity problem, gdyż musi depilować prawie całe ciało, ale i kompleks wizualny. Ja zmagam się z tym od okresu dojrzewania. Gdy wszystko miałam już mniej więcej obcykane (co i jak depilować), pojawił się kolejny problem pt. broda. I znowu pojawiły się kompleksy, brak chęci wyjścia z domu, ciągle przeglądanie się w lustrze "jak widzą mnie inni?", a nawet myśl "teraz to tylko strzelić sobie w głowę!".
Po pół roku takich zmagań z "nowym problemem" mogę wam powiedzieć, że nie ma co tłumaczyć tego sobie urodą (choć owszem, w niektórych przypadkach tak jest), trzeba biec do lekarza ginekologa i endokrynologa. Jeśli jesteście niepełnoletnie, a rodzice nie widzą problemów, bo" taka twoja uroda" (w moim przypadku też tak było), nie poddawajcie się, nalegajcie i nalegajcie, bo może to być objaw poważniejszej choroby, a nie tylko defekt kosmetyczny. I pamiętajcie, żeby zaakceptować siebie. Oczywiście walczyć z tym problemem, czy to kremem do depilacji, woskiem, pęsetą, lub całe kombo! Ale najważniejsze to się przebadać i zaakceptować swój defekt i myśl, że trzeba trochę więcej czasu spędzać w łazience.
Droga kobieto, dziewczyno! Nie jesteś sama z tym problemem, jest nas o wiele więcej. Z tym defektem da się żyć, to nie jest koniec świata, gorzej jeśli jest to objaw poważnej choroby. Nastolatko, kobieto, zaakceptuj siebie, bo jesteś piękna!
Ściskam Was wszystkie cieplutko. A wszystkich innych przepraszam za taki apel społeczny zamiast wyznania, ale to była jedyna strona jaka przyszła mi do głowy na taki "apel ku pokrzepieniu babskich zakompleksionych serc".
Ostatnio śniło mi się że jestem w ciąży. Przez sen rozpaczałam, co to ja zrobię, że ze mną koniec, że mam tylko 16 lat itd. Rozkminiałam, jak tu ukryć brzuch w szkole i że później, jak już urodzę, dam dziecko na wychowanie rodzicom.
Rano budzę się, dochodzę do siebie, odblokowuję telefon... a tam wpisane w wyszukiwarkę "jak ukryć brzuch ciążowy?".
W wakacje jeździłam do cioci na wieś. Była krawcową i miała dom pełen ludzi. Cały czas była u niej jakaś sąsiadka na kawce lub ktoś z prośbą. Goście najczęściej plotkowali o sąsiadach, rodzinach czy parafii. Ciocia nauczona doświadczeniem nikogo nie obgadywała, ale przyznać trzeba, że była najlepiej poinformowaną osobą we wsi.
Mieliśmy takiego księdza "donata", który często wymieniał gosposie na plebani i ludzie uwielbiali spekulować na ten temat. Ogólnie ksiądz pomimo małej parafii był bardzo odizolowany. Obracał się w gronie tylko dwóch rodzin, z nikim nie pogadał, nikim się nie interesował. Jeśli już zaszczycił jakąś babulinkę chwilą rozmowy, to ta miesiąc tym się chwaliła ze wzruszeniem.
Najlepszą zabawą i rozrywką z tamtych czasów było podsłuchiwanie sąsiadów. Pewnej letniej nocy wymyśliłyśmy z koleżanką, że bawimy się w detektywów - będziemy chodziły pod domami i zbierały informacje o każdej rodzinie. Wieś była biedna, z blokami PGR i masą bliźniaków, rzadko kto był ogrodzony, a wszyscy wtedy przesiadywali przed domami, grillując i pijąc piwo. Czasami udawało nam się podejść pod sam nos biesiadującej rodziny. Było ciemno i nikt się nie spodziewał, że tuż obok jakieś smarkule siedzą w krzakach i podsłuchują. Krzaki to nic! Często leżałyśmy na ziemi pod płotem lub stałyśmy przytulone do ściany budynku. Jakich my się rzeczy dowiedziałyśmy. to można książkę napisać... Zdrady, pomówienia, bójki, tajemnice i sekrety. Ta adrenalina, czy ktoś nas zauważy, szybkie bicie serca, gdy jednej nocy dowiedziałam się, że chłopak, który mi się podobał, opowiadał bratu, że chce ze mną chodzić.
Stało to się naszą najlepszą rozrywką i opanowałyśmy sztukę skradania się do perfekcji. Pod plebanię też chodziłyśmy, ale nic ciekawego tam się nie działo. Jednej nocy widziałyśmy tylko, jak ksiądz donat przyjechał super furą i podchmielony, a nad ranem ktoś przyjechał i ten samochód zabrał.
Zabawa skończyła się z końcem wakacji i nigdy do niej już nie wróciłyśmy. Myślę, że przez strach i wstyd, gdyby ktoś nas przyłapał. W końcu 10 lat to już poważny wiek. :)
Zdarzyło się to niemal 20 lat temu, pewnego upalnego lata.
Miałam wtedy 13 lat i mieszkałam w małej wsi. Wszyscy dobrze się znali. Korzystając z wolnego popołudnia wyszłam na spacer i skierowałam się na polną drogę biegnącą między łanami zbóż. Chciałam nazrywać chabrów, uwielbiałam je. Tamta droga była mało uczęszczana, korzystali z niej jedynie właściciele okolicznych pól.
Byłam już całkiem pochłonięta zrywaniem kwiatów, pochylałam się ostrożnie tak, aby dosięgnąć chabry i jednocześnie nie zadeptać zboża, gdy nagle usłyszałam wesołe "Chodź ze mną w pole, Kasiu!"
Odwróciłam się i zobaczyłam nadchodzącego pana Wiesia z kosą na ramieniu (widok w tamtych czasach standardowy, często chodził na łąkę kosić swoim zwierzakom trawę). Pan Wiesio był "starym kawalerem", czyli mężczyzną w wieku ok. 40 lat, stanu wolnego, lubującym się w trunkach patykiem pisanych, ale jednocześnie uprzejmym, zawsze wesołym, żartobliwym. Zawsze na moje "dzień dobry" odpowiadał z uśmiechem, często sam coś zagadał.
Przywitałam się z nim grzecznie, przystanął na chwilę i powiedział coś o kwiatach - że często mnie widzi jak robię z nich bukiety, że są takie piękne. Ja przytaknęłam i wróciłam do zrywania, kątem oka widziałam jak odchodzi.
Nagle poczułam jego rękę na mojej talii i jego szybki oddech na szyi. "Chodź ze mną w pole", powtórzył. Zerwałam się do biegu ale przytrzymywał mnie mocno, drugą ręką błądząc od mojego uda aż po koszulkę. Jego łapy latały po moim ciele jak oszalałe. Krzyczałam, ale w pobliżu nie było nikogo. Gdy jedną ręką zakrył mi usta a drugą mocował się z zamkiem przy moich spodenkach, udało mi się wyrwać i uciec. Krzyczał za mną, żebym zaczekała ale chyba mnie nie gonił.
Pobiegłam na przełaj do domu, cała roztrzęsiona i zapłakana. Długo nie mogłam się uspokoić. W domu nikogo nie było, domownicy wrócili dopiero późnym wieczorem. Wiedziałam, że to co się stało było złe i sama czułam się z tym obrzydliwie, ale nikomu nic nie powiedziałam. Bałam się reakcji mamy i wstydziłam. Jak to możliwe, zapytacie?
Otóż kilka lat przed tym wydarzeniem moja pełnoletnia siostra jadąc do Warszawy została napadnięta w pociągu i zgwałcona. Sprawę od razu zgłosiła kierownikowi pociągu, była policja, sprawcę złapano. Odbyła się rozprawa, dostał zawiasy. Za gwałt. Podobno był jedynym żywicielem rodziny i wyraził skruchę.
Ale nie to jest najgorsze.
Siostra po powrocie do domu nasłuchała się jaka to tragedia, jaki wstyd, szczęście w nieszczęściu, że stało się to daleko od domu i nikt we wsi o tym nie wie, bo ludzie by nas wytykali palcami do końca życia. Że nigdy by sobie męża nie znalazła. W ekstremalnych nerwach padały nawet słowa, że sama jest sobie winna.
Dlatego ja milczałam, choć było mi z tym ciężko. Po tylu długich latach dzielę się tym dopiero z Wami.
Zabawne jak ludziom zmienia się punkt widzenia od punktu siedzenia. Facet założył mi sprawę o mobbing, a sam całkiem niedawno sprawiał, że chodziłem do pracy z psychicznym niepokojem. Śmiał się publicznie z mojego brzucha, którego prawie nie mam, ale według niego osoba bez kaloryfera jest gruba. Śmiał się z mojego wzrostu, samochodu za 2 tys. (odkładałem gotówkę na nowy) i ogólnie szukał powodu, żeby sobie ze mnie jaja porobić. Nie dawałem się, ale codzienne słowne utarczki i psychiczna walka mnie wykańczały.
To było wcześniej, teraz jestem jego przełożonym i role agresora się odwróciły i jakoś te "tylko żarty", jak on to sam niegdyś określał, przestały go bawić. Już nie jest taki wyszczekany wiedząc, że od mojego humoru zależy jego los w firmie i stan jego konta, więc nic mi za bardzo nie może powiedzieć, a ja za to dużo mogę. No i facet nie wytrzymał psychicznie. Sprawa i tak upadnie, ale szokuje mnie ludzka natura. Sam zmieniłby czyjeś życie w piekło, ale jego samego dotknąć nie można.
Gdy byłem u dziadków na działce, dziadek postanowił kupić panel słoneczny do LED-ów. Oczywiście chciał przez Internet, a ponieważ nie ogarnia nowych technologii, robiła to za niego moja ciocia. Przy kupnie była opcja "Zapłać przy odbiorze". To oznaczało, że nie płaciła przelewem.
Kilka dni później przyszedł kurier. Gdy dziadziuś odbierał paczkę, chciał wręczyć pieniądze kurierowi, a ten powiedział, że mówiono mu, że płacono przez Internet. Mój dziadek dalej chciał dać pieniądze, bo przecież firma straci na tym. Jednak kurier nie chciał ich wziąć i pojechał.
No cóż, teraz mamy energię słoneczną za darmo!
UNLIMITED POWER! :D
Dodaj anonimowe wyznanie