#gvb5V

Od paru lat jestem pracownikiem opieki społecznej. W mojej pracy zarówno ja, jak i moi koledzy spotykamy się z różnymi sytuacjami rodzinnymi. W związku z ostatnimi debatami aborcyjnymi i walką państwa o odpowiednio wysoki przyrost naturalny chciałabym Wam przybliżyć parę z nich. Nie wiem jak Wam, ale mnie dają do myślenia.

#1. Mieszkanie socjalne. Otwiera mi kobieta przed 40. Raz samotna, raz nie samotna, matka 5 dzieci w wieku od 4 do 17 lat. Głównym problemem tej rodziny jest alkoholizm i zaniedbywanie dzieci. Sprawdzam porządek, przyglądam się dzieciom, rozmawiam z nimi i z matką. Jednak gwiazdą tej wizyty jest najstarsza córka - Sylwia. Mama 2 dzieci (1,5-roczne i 2-miesięczne). Sylwia ma się dobrze, cieszy się, że ma córeczkę, bo ubrania dla dziewczynek są takie słodkie. Pytam jej partnera, z czego się utrzymuje. Odpowiada, że pracuje dorywczo, że się żenią i że "jakoś to będzie", bo 500+, bo opieka społeczna itd. Matce Sylwii na hasło 500+ też się oczy zaświeciły, bo w końcu ma 2 tys. więcej do kieszeni. Wyprawi Sylwii wesele, niech się dziewczyna bawi.

# 2. Dom na wsi, a w nim 8-osobowa rodzina. Ciężki przypadek. Ojciec należy do ludzi agresywnych i nie raz trafiał za to na policję. Matka zahukana, ale chętnie dotrzymuje mężowi towarzystwa przy wódce. Dzieci, które z nimi zostały chodzą obdarte i brudne. Na tle innych dzieci wybija się szesnastoletnia Ania. Świetnie się uczy, w gimnazjum dostała stypendium burmistrza. W papierach jest napisane, że Ania uczy się w szkole w innym mieście, dlatego nie mieszka w domu. Po jakimś czasie wraca... z dzieckiem. Syn Ani - Jaś - jest chorowity i ciągle płacze. Ania nie potrafi się nim zająć, ma depresję. W papierach napisane - ojciec nieznany. Wygląda to podejrzanie, bo Ania to dobre dziecko, inne niż wszyscy. Badamy sprawę. Okazuje się, że ojciec Ani jest też ojcem Jasia. Facet trafia do więzienia za gwałt i kazirodztwo, dziewczyna dostaje zapomogę. Jednak nikt nie zwróci jej godności i szansy na lepsze życie, a Jasiowi zdrowia.

# 3. Jak co tydzień odwiedzam Panią Elę. Pani Ela nie wygląda najlepiej, ale uśmiecha się i jest pogodna. Od 20 lat nieprzerwanie zajmuje się chorym synem. Chłopak jest całkowicie sparaliżowany, nie mówi, towarzyszy mu praktycznie nieustanny ból. Ela mieszka razem z nim i córką. Jej mąż odszedł 15 lat temu, bo nie był w stanie zająć się chorym dzieckiem. Pani Ela pozostawiła świetnie rozwijającą się karierę w banku, żeby zająć się chłopcem. Siedzimy sobie przy herbacie, a w tle debata o aborcji. Pani Ela patrzy i ze łzami w oczach mówi, że gdyby mogła, oszczędziłaby swojemu dziecku tego bólu, samotności i wytykania palcami, jaki towarzyszy mu od dnia narodzin. Mówi, że "wszyscy święci" chcą, żeby kobiety rodziły dzieci, ale kiedy urodzi się chore, to nie ma chętnych do pomocy. Poza pożałowaniem, nie dostajesz nic. Nieś ten krzyż sama.

I tak to często wygląda.

#KEBKd

Jak wiadomo, poniedziałek to najgorszy dzień tygodnia.

Budzę się, sprawdzam fb, widzę nowego posta na grupie klasowej. Okej, sprawdzam. Okazuje się, że odwołali trzy pierwsze lekcje. Jaka ulga, mogę spać dalej, do szkoły dopiero na 10:20...

Budzę się o 10...

...i tutaj plot twist, okazuje się, że to był sen i jednak nikt nie odwołał pierwszych lekcji.

Mama się uśmiała, koledzy z klasy później też.

Pozostaje mi tylko pozdrowić wszystkich śpiochów i niech żyją realistyczne sny :D

#TpMTp

Historia będzie krótka, zwięzła i na temat. Nie ma sensu, żebym się jakoś rozpisywała, po prostu wyobraźcie sobie sytuację.

Siedzicie w kościele (na wsi), nadchodzi czas przystąpienia do komunii świętej, ludzie jeszcze nie zdążyli wyjść z ławek, kiedy świnia wbiega do kościoła prosto przed ołtarz. Prawdziwa chrześcijanka!

#pRHPm

To wyznanie będzie dla wielu raczej mało istotne ale mnie to poruszyło.


Z Powodu pandemii moje praktyki w hotelu zostały przeniesione na wakacje. Odbywać je miałam w jednej z ogólnoświatowych marek.


Z powodu wcześniejszego kryzysu w tej branży wiele osób się przebranżowiło przez co pracowników było niewielu. Praktycznie 2\3 osób to byli praktykanci że szkół.


Nic więc dziwnego w tym że rzeczy które się robi nie do końca zgadzają się z tym co powinno być. Tak też było że mną ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało.


Jednak jednego dnia dobiegła mnie dyskusja jak szefowa kuchni skarży się szefowej z restauracji że praktykantka postawiła się i nie chce zmywać "bo robi to już 11 dni" na co padła odpowiedź "no ale przecież musi, nie ma wyboru".


Sprawa faktycznie jest błaha ale z tego co mi wiadomo to do końca praktyk już tylko zmywała naczynia. A z tego co wiem uczy się na kucharkę.


Jak pomyślałam o tym że wkrótce będzie pisać egzamin zawodowy m.in. z tego czego się tam nauczyła a jedyne co jej pozwolili robić to zmywać cały dzień (250 śniadań dziennie nawet było więc dosyć spory ruch, a tylko ona myła naczynia) to mi jakoś przykro się robi.


Oczywiście zdaje sobie sprawę że przedmiotowe traktowanie praktykantów i wykorzystywanie ich (nie opisałam tego tutaj ale takie sytuację miały miejsce. Głównie chodzi o to gdy pracownicy są zwalniani wcześniej bo płacą im za godziny a praktykanci zostają robić co w teorii jest zgodne z prawem bo musimy przepracować daną liczbę godzin) dzieją się wszędzie. Jednak z drugiej strony szkoda mi ludzi, którzy przyszli się czegoś nauczyć a zaganiani są np jak tu do sprzątania.

#30Ub0

Z Beatą poznałyśmy się w przedszkolu. Zaprzyjaźniłyśmy się przy zupie mlecznej i była jak siostra. Przedszkole razem, szkoła razem, liceum i internat razem.Gdy byłyśmy w szkole średniej, u mamy B: nowotwór. Choroba postępowała szybko, nieoperacyjny, zmarła w ciągu może trzech miesięcy od diagnozy. Mieszkałyśmy w internacie, ale kiedy jej mama chorowała, B wróciła do domu. 


Mogę sobie tylko wyobrazić, co przeżyła patrząc jak mama umiera. Na pogrzebie byłam z rodzicami, tata B po śmierci żony zupełnie się załamał, na silnych lekach uspokajających, w ogóle nie był w stanie się pojawić. Potem wakacje i na dwa miesiące wróciłam do domu. Cały czas spędzałyśmy z B, moja mama codziennie gotowała dodatkowe dwa obiady i pakowała w słoiki by B zaniosła jedzenie ojcu. B wtedy już pracowała i zajmowała się domem, bo jej tata wciąż był pogrążony w żalu. Pewnego dnia było lepiej, tata B wstał rano, zrobił śniadanie nim B wyszła do pracy i dał jej pieniądze na kino. 


Namawiał żeby nocowała u nas. B wróciła do domu następnego dnia po pracy by odkryć, że jej ojciec strzelił sobie w głowę. To wstrząsnęło B (bo jakby miało nie). Musiał to planować, skoro zadbał, żeby nie było jej w domu, szkoda, że nie zadbał by ktoś inny go znalazł. Jak dla mnie mógł zabić się w miejscu publicznym, a nie narażać córkę. Po tym B bardzo się zmieniła. Zajęła się nią ciotka, która sprowadziła się z jakiejś wsi. "Zajęła się" na papierze, tak naprawdę mieszkała w domu B i jako prawny opiekun dysponowała jej finansami (dzięki rodzicom tych B miała sporo, choć wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy, ile tak naprawdę). Ja skończyłam szkołę i wróciłam do domu, spotkałam chłopaka i szybko wyszłam za mąż. B była często u mnie i u moich rodziców. 


Gdy byłam w zagrożonej ciąży, a mama spadła z krzesła wieszając firanki i złamała biodro, to B się nią zajęła, bo tata zmarł kilka miesięcy wcześniej. Studiowała zaocznie, spod ziemi zdobywała witaminy dla ciężarnych, załatwiła poród w dobrym szpitalu... zajęła się wszystkim. Do siebie nie dopuszczała nikogo. Rozmawiała z nami o nas, o sobie nie. Zmieniała temat. Jednocześnie widać było, że w jakiś sposób nas potrzebuje. Na dystans, na swoich warunkach. Raz powiedziała że "nie ma nic do dania" i od nas tylko bierze: energię, uczucia, życie w ogóle. 


Mój mąż wdał się w wódkę, hazard. Straciliśmy wszystko razem z domem mamy. B chciała pomóc, ale nie mogłam wziąć od niej pieniędzy. W trakcie rozwodu, dwoje dzieci. Skraj bankructwa. I cud, mama wygrała w lotto. Spora suma, stanęliśmy na nogi. Miesiąc temu B się zabiła. Zapisała mi wszystko. Żadnej wygranej nie było, to też ona. Była najcudowniejszą osobą na świecie, której nie umiałam pomóc. Nieważne, że nie chciała, mogłam więcej. Nie wiem, jak z tym żyć.
Tęsknię za tobą, B.

#NqN1q

Chciałem wam opowiedzieć historię mojego taty. Tata będąc mały stracił w wypadku nogę, więc już od małego nosi protezę. Jako że mieszkamy w małej miejscowości, to raczej większość o tym wie i przez długi czas będąc mniejszym słuchałem tekstów typu "bo twój stary nie ma nogi". Teksty te podgrzewały we mnie krew i bolały, ale to tata mimo kalectwa nauczył mnie jeździć na rowerze, grać w piłkę, zawsze mi pomagał.

Około 2 lata temu byłem z nim na łyżwach, widziałem chłopaka, który zawsze docinał mi głupimi tekstami na temat niepełnosprawności taty. Najmilszy moment to gdy ten chłopak nie umiejąc jeździć ciągle się wywracał, a tata śmigał jak opętany po lodzie :)
 
Jeśli ktoś jest niepełnosprawny, to nie znaczy, że jest gorszy, on umie tyle co my, nawet więcej niejednokrotnie. Niestety nasze państwo nie szanuje tych ludzi, gdyż refundacja protez to zaledwie kropla w morzu pieniędzy jakich trzeba. W tajemnicy przed nim odkładałem pieniądze z wakacyjnych prac i chcę spełnić jego marzenie o porządnej protezie. Mam nadzieję, że uda mi się jak najszybciej uzbierać tę kwotę, trzymajcie kciuki.

#Ca4j4

Tuż po studiach z braku lepszej opcji i z wizją głodowania w tle, postanowiłem, że zatrudnię się w pewnym korpo. Robota nudna, a zarobki marne, więc po około roku zwolniłem się. Obiecałem sobie, że następna praca będzie lepsza. No i tak zaczęły się moje frustrujące poszukiwania.

Moje CV dupy nie urywało. Co prawda studia na dobrej uczelni skończone, ale kogo to teraz obchodzi. Jedynymi atutami było moje doświadczenie z poprzedniej pracy, języki obce i znajomość trudnego programu graficznego. Kolejne rozmowy nie przynosiły efektów - nie jestem ani jakimś mrukiem, ani walniętym śmieszkiem, więc wnioskowałem, że problem tkwi w moim dosyć ubogim doświadczeniu. Stwierdziłem, że czas na uczciwość już się skończył i nakłamałem w CV. Powrzucałem jakieś zagraniczne staże studenckie, staż w firmie o podobnym profilu itd.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. HR zachwycone moimi "nowymi" doświadczeniami i nazwami znanych firm, zapraszały na nowe rozmowy. Jedną rozmowę miałem w firmie X. Najśmieszniejsze jest to, że miesiąc wcześniej aplikowałem na takie samo stanowisko w innym dziale z moim starym prawdziwym CV (oczywiście nie zadzwonili). Na spotkaniu kazali rozwiązać test z programu graficznego i potem zaczęły się pytania. Najpierw próbowaliśmy pogadać o mnie po angielsku. Piszę próbowaliśmy, bo babka mówiła na poziomie max B1, także nie była to głęboka rozmowa. Później, kobieta popatrzyła w CV i zawiesiła oko na "moim" stażu zagranicznym, pytała co tam robiłem. Jakoś głupio było mi przesadnie kłamać w żywe oczy, więc rzuciłem paroma frazesami, że robiłem raporty, praca biurowa itd. Czyli co do zasady, rzeczy, które w mojej potencjalnej pracy nie miały znaczenia. Ona jednak była zachwycona. Potem pytała o moje inne fejkowe doświadczenia, a na koniec dosyć pobieżnie o poprzednią pracę, która w około 70% pokrywa się z tą nową i studia, które są związane z profilem ich firmy.

Tydzień później zadzwonili i zaoferowali posadę. Oczywiście przyjąłem. Cieszyłem się, że w końcu będę mógł użyć moich umiejętności graficznych i języka. Trafiłem do pewnego zespołu i co się okazało... że nikt tam nie miał pojęcia o wykonywanej pracy. Owszem, mogli się pochwalić erasmusami i stażami w wielkich firmach, ale wiedzy nie mieli żadnej.

Jaka jest pointa... no nie wiem, chyba, że opłaca się kłamać w CV, bo to co faktycznie umiesz i tak nie ma dla nich znaczenia. Liczą się tylko firmy z wielkimi nazwami i bezsensowne staże, które się tam odbyło.

#oPHdr

Jestem kierowniczką w markecie, awansowałam po 2 latach pracy. Dziewczynom z pracy mówiłam od początku że skończyłam zawodówkę, ale raczej starałam się nie poruszać tematu wykształcenia. Tak naprawdę mam wyższe, kilka lat byłam nauczycielką. 


Rzuciłam tę pracę, bo zarobki początkującego nauczyciela są śmieszne, do tego ciężko było mi się dogadać z dyrekcją, a rodzice to kilka historii na piekielnych. Wstyd mi było jak cholera, że po studiach siedzę na kasie albo wykładam towar, ale jakoś to przełknęłam, do tego market za miastem, nikt mnie tu nie znał. 


Nawet polubiłam tę robotę, szefostwo okazało się w porządku, klienci głownie też, pracowałam 8h i wracałam do domu mając spokojną głowę. Niestety nadal nie mogę się przemóc, żeby powiedzieć współpracownikom prawdę o swoim wykształceniu.

#shUsY

Mąż wybaczył mi zdradę. Miało to miejsce 10 lat temu. Dopiero niedawno powiedział mi czemu mi wybaczył: ponieważ mnie kochał oraz nie był ze mną dla siebie, tylko dla mnie. Jakby mi nie wybaczył to byłby pustym egoistą, a on miłość traktuje poważnie, odwzajemnioną czy nie. Fakt, przez ostatnie lata bardzo się starał dla mnie, że aż momentami mi głupio. Na dobrego mężczyznę trafiłam, ale i tak czuję się jak pusta suka.
Dodaj anonimowe wyznanie